omn moriar co to jest
Definicja: Umierasz. A co potem słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Non omnis moriar

Słownik: Umierasz. A co potem? ...
Definicja: Po ciele rozpłynęło się przyjemne odprężenie. Nie czuł już strachu. To tak się umiera - pomyślał - nie jest tak źle. Zabawne, w tak poważnej chwili chciało mu się śmiać. Był zimny, listopadowy dzień. Deszczowy, szary, bury. Jego to już nie dotyczyło - było mu dobrze. Miał wrażenie jakby go opatulono ciepłym, mięciutkim puchem. Leżał w ulicznej kałuży. Z wgniecionego zderzaka skapywała krew...jego krew, która przed chwilą pędziła autostradami tętnic.

Ocknął się. A jednak ciągle żyje. Istnieje! Tylko dlaczego? Jakim prawem? Analityczny umysł nie mógł tego ogarnąć wywołując w nim uczucie dyskomfortu - pragnął tylko pogrążyć się w zapomnieniu. Zawsze myślał iż po śmierci człowiek przestaje istnieć. Tylko czerń i pustka. Nie sądził iż pozostanie choćby szczątkowa swiadomość. Takie to wszystko dziwne.

poprzez całe życie zatwardziały ateista. Modlitwa? - nawet teraz gdy schodził ze sceny życia coś takiego nie przyszło mu do głowy. A jednak życie go nie opuściło. Niestety. Czuł się bardziej świadomy i żywy niż kiedykolwiek przedtem. Otaczała go nieprzenikniona ciemność, gęsta i niemiła. Gdzie jest? Od jak dawna tu tkwi? Ogarneło go uczucie, iż czas przestał istnieć. Pogłębiało się niemiłe poczucie zagubienia...tu nic nie istniało - nie miał jakichkolwiek pkt.ów odniesienia, dzięki którym mógłby określić własne położenie. Tylko ta czerń, czerń ,czerń.

Mogła minąć cała wiecznośc lub ledwo chwilka. tak aby chociaż cokolwiek się wydarzyło. tak aby ktoś albo coś powiedziało co ma robić. Wszystko byłoby lepsze niż ta bezczynność. Wołał rozpaczliwie. Nawet echa nie było. Co robić? Co robić? - umysł, jak zacięta płyta, nie był w stanie prawidłowo funkcjonować. Czekanie nie ma sensu. Coś tu musi być? Może nawet jest stąd jakieś wyjście. Może tu jest gdzieś ktoś jeszcze? Trzeba sprawdzić.

Szedł ale nie słyszał swych kroków. Nie czuł podłoża. Stawiał następne kroki mając wrażenie iż stoi w miejscu. Topniała w nim nadzieja. W umysł wsączał się lęk. Chciał wyć. Samotny, zapomniany; ciągle żywy.

Im dłużej maszerował tym gorsze wspomnienia wkradały się w umysł, nieproszeni, nielubiani goście. Walczył z nimi jak z rojem natrętnych much. Próbował wyłowić z odmętów umysłu jakąś przyjemną myśl - skupić się na niej. Nadaremnie, wszystkie się gdzieś ulotniły...

Siedem lat temu. Wywiózł psa do lasu i przywiązał do drzewa. Nie mieli z żoną pomysłu co z nim zrobić. Urlop. Perspektywa leniuchowania na złocistej plaży na Azorach nie komponowała się ze starym przygłuchawym Azorkiem. Oczyma duszy widział biednego osowiałego psiaka wpatrującego się tęsknie w malejący samochód. Biedaczyna pewnie drżał z zimna. Skomlał ze strachu nie mogąc pojąć tego co się stało. Dlaczego jego pan go zostawił? Ta biedna psina. Potraktował wiernego przyjaciela jak starą zepsuta zabawkę.Gorzej! Zostawił na pewną smierć. Czuł to co musiał czuć Azorek. Dlaczego prześladują go te myśli? Dlaczego? Są torturą. Nie chce już czuć tej rozpaczy, nie chce!!!

Usiadł. Otępienie opanowało jego umysł. Ta wszawa bezradność, której zawsze tak bardzo nienawidził.. zawsze był panem swego losu. Był przywódcą,szefem. Liderem! Był. Teraz nic już od niego nie zależało. Bezsilny w takich czeluściach jak mucha usiłująca przelecieć >poprzez szybę. Bez sensu. Po co podejmować wysiłek i szukać stąd wyjścia skoro nawet nie wie czy się przemieszcza?

Nie, nie, nie! wszystko co wywalczył w swym życiu zawdzięczał temu iż nigdy się nie poddawał, nawet w przypadkach wyglądających beznadziejnie. Wstał. Zaczął biec. Coraz szybciej i szybciej przebierał nogami ale nadal miał niemiłe wrażenie bezruchu. Przypadek wyglądała beznadziejnie. Położył się. Chciał jak najszybciej zasnąć. Gdy był dzieckiem to była jego taktyka na przetrwanie kłótni pomiędzy rodzicami. Zakopywał się w pierzynie i znikał we śnie. Kompletny brak świadomości - o tym teraz marzył. Długo czekał ale sen nie nadchodził.

Był jak żelazna kulka zawieszona >poprzez szalonego naukowca w polu elektromagnetycznym; jak kosmonauta, który bezradnie dryfował w przestrzeni. Będąc na miejscu tego nieszczęśnika mógłby mówić o ogromnym szczęściu - Dryfowałby w kosmosie czekając na ratunek albo co bardziej prawdopodone na śmierć. A na co tu może czekać? Przecież jest martwy. Brakowało mu smaku, dotyku, wzroku. Poczuć coś zmysłami, cokolwiek, nawet gdyby to miało być jakieś obrzydlistwo. Byle tylko tylko aczkolwiek na chwilę przerwać ten obłęd. Tą nudę. Ten brak poczucia istnienia. Świat materialny stał się dla niego tym czym narkotyk dla ćpuna na głodzie.

W ustach pojawił się metaliczny smak. Poczuł - jakby ktoś wysłuchał jego próśb, jakby się zlitował - smak krwi! Uderzenie. Ból. Mimo iż doznania były niemiłe, rozkoszował się tą chwilą. Niespodziewanie zalała go fala zażenowania, upodlenia i poczucie pogodzenia się z beznadziejnym losem. Nim uzmysłowił sobie co się dzieje, odzyskał wzrok. Ujrzał siebie - z czasów podstawówki. Dookoła stała gromada podnieconych gówniarzy. Najdziwniejsze było to, iż stał oczekując na cios od samego siebie, zupełnie jakby się rozdwoił...o Boże! Przecież jest w ciele kolesia, którego w budzie zawsze tłukł i poniżał. Wizja zniknęła tak nagle jak się pojawiła.

Zdał sobie sprawę, iż był obserwowany. Coś się z nim bawiło jak kot truchłem myszy. Coś bardzo złośliwego co czerpało radość z jego cierpienia. Jak inaczej wytłumaczyć to wszystko? No jak?

- Odpieprz się! Słyszysz? - nie czuł już lęku. Czy mogło aby go spotkać coś jeszcze gorszego? - Zostaw mnie w spokoju!

Potworny ból przeszył jego szczękę. Jakby stado psychicznie chorych dentystów-sadystów przewiercało na wylot wszystkie zęby. Wył, miotając się w cierpieniu. Nie chciał już nic czuć nawet gdyby to miało trwać całą wieczność. Byleby tak nie bolało. Miał wrażenie iż aż zapada się w sobie. Ból zniknął. Pozostał tylko lęk. Bał się ruszyć. Pragnął tylko jednego - aby jego oprawca znalazł sobie lepszą zabawę, aby o nim zapomniał.

Jestem w piekle - jego rozedrgany umysł znalazł logiczne wytłumaczenie dla tego wszystkiego - Trafiłem do piekła. Całe życie uważał iż po śmierci człowiek przestaje istnieć. Odkąd pamiętał zawsze był ateistą a teraz...teraz zaczynał wierzyć. Co robić? Co ma zrobić aby się uratować? Modlitwa - olśniło go - muszę się modlić. Znał tylko jedną, nawet nie całą.

Musi spróbować, to jego jedyna nadzieja.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie
- Słucham - coś przemówiło łagodnym ale podszytym nutką ironii głosem
Zamarł przerażony. Po trwającej wieczność chwili zdobł się na odwagę.
- Nie jesteś Bogiem? Prawda?
- Och faktycznie? a skąd ty to mozesz wiedzieć? Nie przyszło ci do głowy iż to wszystko nie musi wyglądać tak jak piszą o tym w waszych księgach?
- Jesteś Szatanem? Przecież to nie jest niebo... - Przeraził się tym co powiedział; szykował się na następne tortury.
- Mój drogi Bóg i Szatan to ja. - rzekł wesoło, jakby usłyszał świetny dowcip - Jestem jednością. Jestem jin i yang.
- Lecz... lecz jak to możliwe? Przecież...
- Każdy widzi to w co wierzy - Odrzekł uprzedzając jego pytanie - oczywiście o ile na to zasłuży.
Ogarnęła go rozpacz. Czy był już za późno. Dlaczego był takim zarozumiałym arogantem. Dlaczego!
- Ja już wierzę. - krzyczał błagalnie - Teraz wierzę!!! Gdybym tylko wiedział. Gdybym... Wybacz!
- Za późno. - głos się zaczął oddalać - Dobrze się bawię oglądając takich jak ty.
- . lecz dlaczego?
- A dlaczego wy ludzie oglądacie filmy?