wróg schematów co to jest
Definicja: odpowiedzialny. Okres zlustrować Damona Albarna słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Wróg schematów

Słownik: … to już trzecia noc…
Nie mogę zasnąć, a od snu jestem uzależniony. Nawet przemówienia premiera już nie pomagają. Tylko jeden osobnik za tj. odpowiedzialny. Okres zlustrować Damona Albarna.
Definicja:

Od dwóch tygodni nie potrafię oderwać się od pewnej płyty. Doprawdy - moje bębenki znają już wszystkie takty. Trochę jestem skonsternowany, przecież po pierwszym razie mi się nie podobało. A teraz śpiewam na ulicach Warszawy o Londynie. Jak to brzmi? Z moim akcentem? No cóż, śpiewanie zostawię chyba jednak tym, którzy się na tym znają. A wszystko zaczęło się od… FIFY.
Jestem zapalonym piłkarzem na odcinku klawiatury. Całe wieki temu, w 1998 roku, kiedy to odpaliłem nowiuśką „Fifę”, od razu otrzymałem w uszy kopa w formie „Song 2” zespołu Blur.

Każdy jakoś rozpoczyna

W zasadzie to mój artykuł powinien mieć swój początek gdzieś w roku 1968, kiedy to na świat przyszedł owoc związku Hazel i Keith`a Albarnów. Tak chyba powinna się rozpoczynać jakaś nudna biografia. Albarn zdecydowanie zasługuje na coś lepszego. Nie sposób pisać jednak o jego fenomenie nie zgłębiwszy chociaż odrobiny z jego życia.
Rodziców miał całkiem, może się wydawać, normalnych. Mama – scenograf, ojciec – zajmował się programami o sztuce telewizyjnej. Gołym okiem widać, iż synalek musiał się parać sztuką. Kwestią zasadniczą pozostawał jedynie wybór sztuki. Wybrał aktorstwo, mimo edukacji gry na skrzypcach i fortepianie. Własne kroki skierował do Stanway Comprehensive School, gdzie poznał Grahama Coxona, przyszłego gitarzystę zespołu Blur. Damon nie od razu czuł powołanie do „bycia” muzykiem. W latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia zaczął studia w East 15 Drama School. Na szczęście tam zakończyła się jego wewnętrzna rozterka. Wrócił i stwierdził krótko, iż jest „najgorszym aktorem na świecie”. I dzięki Bogu! Dalej to już przysłowiowa bułka z masłem. Założył kapelę, w skład której wszedł on sam, Graham Coxon, Alex James i Dave Rowntree. Blur, ponieważ takim mianem się okrzyknęli, skorzystał z rodzącej się koniunktury zwanej poprzez historyków Britpopem i nagrał w 1994 roku płytę „Parklife”. Po wydaniu tej płyty okazało się, iż konkurencja, w formie Oasis, nie śpi. Nastąpił taki oto niezamierzony podział: Oasis grali muzykę dla albo z tak zwany „working class”, mniej absorbującą artystycznie. Blur natomiast własne dźwięki wydobyli z tak zwany „middle class”, a muzykę kierowali raczej w stronę definicje „art-rock”. Konflikt był nie do uniknięcia. Obrazowo rzecz ujmując – spór był mniej więcej na tym samym intelektualnym poziomie co spór pomiędzy Polską liberalną a solidarną. „Sir” Gallagher i „Sir” Albarn nie przebierali w środkach. Polem ich manewrów stała się brytyjska prasa, w której to Gallagher rzucił, iż ma nadzieję na to, iż Albarn i James złapią AIDS i umrą.
Wróćmy jednak to tematu. Albarn napisał tekst do nie każdego utworu Blur. Z pewnością także miał znaczny wpływ na muzykę zespołu, co najmniej w razie dwóch ostatnich płyt. W Wielkiej Brytanii płyty Blur sprzedawały się jak świeże bułeczki w poniedziałkowy ranek. Nie trzeba było ich porównywać do The Beatles. Zainteresowanie zespołem było wielkie. Towarzyszyła temu charakterystyczna dla brytyjskiej prasy wrzawa. Okładki pism prześcigały się w eksponowaniu nowych „władców dusz”. Coraz częściej Albarn przejmował inicjatywę w kształtowaniu zespołu, z czym nie zgadzał się Graham Coxon, który miał inną wizję Blur. Damon miał wizję powstania ekipy wykraczającej poza ramy zespołów rockowych. To był doskonały okres na wprowadzenie zamętu.

Wejście na ścieżkę ewolucji

Artystyczna dusza Damona Albarna zaczęła się wiercić. Zbieg okoliczności sprawił, iż Damon zaczął dzielić mieszkanie wspólnie z Jamiem Hewlett`em, autorem komiksów, w tym „Tank Girl”. Ich pogawędki doprowadziły do stworzenia projektu/zespołu Gorillaz. Tu musimy skupić się poprzez czas na zwierzątkach, których zbytnio nie lubi wiceminister nauki pan Orzechowski. Mianowicie, Gorylki nie miały być stricte zespołem muzycznym. Był to w zamyśle projekt na pograniczu muzyki i komiksu. Nie stała za tym żadna handlowa marka, a jedynie chęć wprowadzenia zamętu, być może nawet wpuszczenia świeżego powietrza do umysłów odbiorców albo także podstawienia im nieco krzywego zwierciadła, w którym miała odbijać się współczesna popkultura. Proszę wybaczyć ogromne słowa, lecz panowie Albarn i Hewlett wyprzedzili nieco czas i dokonali, z dzisiejszego punktu widzenia, rzeczy zasługującej na najwyższe pochwały. Obaj również podzielili się rolami. Albarn miał się zająć muzyką, a Hewlett rysowaniem postaci, które miały przybrać formę muzyków. W skład zespołu Gorillaz wchodzą takie nietuzinkowe postacie jak: 2-D, Murdoc, Noodle i Russel. Za każdą z nich stoi jednak człowiek. Każda z postaci jest komiksową wizją danego muzyka. Jak na prawdziwy zespół przystało, każda z postaci ma swój instrument. Dlatego ekipa została zaopatrzona w niespotykaną dotąd oprawę graficzną, która stała się wręcz tak samo istotna jak muzyka. Damon postanowił podeprzeć się znanym nazwiskiem pewnego aktora i wypuścił singiel pod szyldem „Clint Eastwood”. Zbił z tropu prawie wszystkich. Gwiazda dużego formatu, jaką niewątpliwie już wtedy był, skryła się pod postacią zblazowanej kreskówki śpiewającej usypiającym głosem. Patrząc na listę nazwisk związanych z projektem Gorillaz można było stwierdzić, iż to coś więcej niż żart. Traf chciał, iż Goryle trafiły na początek szaleńczego rozwoju Internetu. Ich witryna www.gorillaz.com z miejsca stała się miejscem klikających pielgrzymek. Po pierwszej płycie Damon stwierdził: „Właściwie jedynym nadrzędnym założeniem było od samego początku odczłowieczenie Gorillaz”. Czemu nie. Tu Damon poczuł zew prawdziwego poszukiwacza dźwięków. Jego teren nie zawężał się tylko do Gorillaz. Nagrał płytę „Mali Music” uwieczniając jego fascynację Afryką. Nawiązał przy okazji znajomość z perkusistą Tonym Allenem, członkiem zespołu legendarnego Fela Kuti. Warto dodać, iż Tony Allen odpowiada w części za powstanie w latach 60 stylu opartego na afrykańskich rytmach zwanego szerzej afrobeat`em. Damon również komponował ścieżki dźwiękowe, w tym do obrazu 101 Reykjavikk. Zbierał doświadczenie i szukał swojego brzmienia, czego wg Wojciecha Waglewskiego szukać powinien każdy artysta.
Kwintesencją wycieczek artystycznych Damona Albarna staje się wydana w 2003 roku płyta Blur pt. „Think Tank”.

Koniec z łatwizną

Słychać to już na singlu „Out Of Time”. Albarn nie jest już wesołkiem, ani błaznem. Dojrzał. Dotknął problemów współczesności, sprzeciwił się sytuacji na świecie, w wywiadach podkreślał swój wegetarianizm, wypowiadał się w kwestiach globalnych. Szczęśliwie nie zaczął dryfować w stronę Bono. Po latach można zaobserwować, iż płyta „Think Tank” dodała mu skrzydeł. natomiast Blur się troszkę posypał. Odszedł Coxon. Albarn łagodnie stwierdził, iż na następnej płycie Blur zagra na gitarze sam, aczkolwiek jego zdaniem Coxon jest najwspanialszym gitarzystą na świecie. „Think Tank” stała się wydarzeniem praktycznie z marszu. Wtedy zaczęto szukać podobieństw pomiędzy Blur, a zespołem Radiohead, który w tym czasie już był okrzyczany mianem „ogromny”. W 2005 roku Albarn został stachanowcem. Skrzyknął ponownie Gorillaz i stworzył genialną płytę „Demon Days”. Okazało się, iż Goryle wciąż się bawią. Troszkę jednak wskazali nam na pewne niedociągnięcia w postępowaniu ludzkości. To wskazywanie przybrało iście wysmakowaną i kunsztowną formę muzyczną. Tym wspólnie zaserwowali zakręconą miksturę. Zespół nabrał rumieńców, a muzyka nowatorstwa. To już nie są łatwe pioseneczki pop. Utwory nabrały mocy i stały się pełnokrwistymi muzycznymi kompozycjami. Damon ciągle pozostaje jednak w ukryciu, co można zobaczyć na koncercie Gorillaz wydanym na DVD. Jego sylwetka artystyczna nabrała pełnego kształtu. Wydaje się, iż znalazł swój kamień filozoficzny. Kreatywność zaczęła go rozsadzać. W czerwcu 2006 roku New Musical Express podał do informacje, iż Albarn skrzykuje jakąś supergrupę, co było zaskoczeniem, gdyż przedtem wypowiadał się, iż kończy z muzyką na dłużej. Kłamał.

Moja bezsenność

Do współpracy nad nowym projektem zaprosił Paula Simonon`a (The Clash), Simona Tonga (The Verve) i Tony`ego Allena (Fela Kuti). Wydaje się, iż chciał ściągnąć z ramion ciężar „tego sławnego” i rozłożyć go na znanych kolegów. Wątpliwe to założenie, bo moc oddziaływania Albarna w roli lidera przestała być już możliwa do ukrycia. Jego wypowiedzi, w których ustala siebie jedynie jako część zespołu, można pomiędzy bajki wsadzić. Producentem płyty został Danger Mouse, ten sam, który pomagał Albarnowi przy szalonych gorylach i który jest połową znanego duetu Gnarls Barkley. Nazwa wydaje się być wymyśloną na poczekaniu, a brzmi The Good The Bad & The Queen. W tych sytuacjach należy wznieść się ponad krajową marność i napisać: płyta niedoceniona w Polsce. Niestety lepszego ustalenia nie znajduję. Genialna, wielowarstwowa płyta. Tak, to ona i jej twórca jest przyczyną mojej bezsenności. Muszę zażyć choćby „Herculean” albo „Kingdom Of Doom” przed snem. Inaczej nie zasnę. Damon Albarn jest Ogromnym Kompozytorem. Na dowód proszę posłuchać – „Three Changes” z płyty The Good The Bad & The Queen.
Zupełnie oszalałem na punkcie tego albumu. W zgodzie z prawdą napiszę, iż nie od początku. Za poradą brata wziąłem się za nią po wcześniejszym odrzuceniu. Kilka spacerów z moim odtwarzaczem wywołało, iż się przekonałem. Pochłonęła mnie głębia muzyczna, świetny klimat będący pomieszaniem zadumy „Think Tank” i nuty szaleństwa „Demon Days”. Spoiwo obu tych płyt, a więc wokalista, brzmi lepiej niż dotychczas. Emocjonalnie dojrzały nagrał płytę o swoich obserwacjach dotyczących jego ukochanego Londynu. Warto przesłuchać tej płyty zanim się tam pojedzie. Tylko brak chęci świecenia blaskiem gwiazdy spowodował, iż albumu nie sygnował nazwą „Damon Albarn”. To, iż jest największym zwycięzcą Britpopu już stwierdzono. Stanął na równi z innym gigantem Thomem Yorke`m z Radiohead. Być może w tym roku usłyszymy jeszcze płyty obu ich macierzystych formacji. O odwadze, ponadprzeciętności, niezwykłym talencie Albarna można aby mówić i pisać baaardzo długo. To wszystko i jeszcze więcej jest konieczne do istnienia w ciężkim światku artystycznym. O jego determinacji świadczy jeszcze jedna rzecz. Plotka głosi, iż kiedyś przed występem na żywo The Good The Bad & The Queen Albarn krzyczał na resztę kolegów, iż mają grać tak jak on im każe. Teraz, proszę Państwa, proszę o chwilę szczerości. Spójrzcie na twarz Paula Simonona i powiedzcie szczerze - ilu z was byłoby w stanie nakazywać mu cokolwiek?