pracą co to jest
Definicja: A więc impresje o pracy w Polsce słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Co z tą pracą?

Słownik: A więc impresje o pracy w Polsce.
Definicja: Co z tą robotą?

a więc impresje o pracy w Polsce.

Wielu ludzi mówi, iż Polska przeszła ogromną transformację i rynek pracy wygląda prawie jak Disneyland. Jak dotąd nie miałem okazji się o tym przekonać. Po dosyć długim czasie pobytu za granicą nareszcie przyjechałem spróbować do Krakowa. Siedząc na plantach, ćmiąc papierosa i kontemplując to wszystko, za czym tak tęskniłem - marzyłem, iż znajdę tutaj jakieś sensowne zajęcie na miarę moich możliwości. Przecież Kraków to miasto kultury i sztuki, ludzi w dreadach, wyluzowania i wszechogarniającej wolności, która z pewnością ma własne choćby nikłe odzwierciedlenie na rynku pracy. Więc zacząłem szukać. Poprzez pierwszy miesiąc chodziłem jak lord na rozmowy, przyzwyczajony do angielskich stawek i angielskich warunków pracy i raczej o politowanie przyprawiały mnie propozycje pracodawców.

No nic, zgodziłem się nareszcie, budżet mi szczuplał, chodzenie bez celu nawet z najlepszymi książkami pod pachą także bywa męczące. Jako, iż jestem typowym melancholikiem, który jesienną porą siedzi na plantach, ćmi tytoń i czyta dramaty Witkacego, ucieszyłem się, gdy trafiłem na jakże przytulną i jesienną knajpkę w samym centrum Krakowa. Rozmowa kwalifikacyjna przypadła dziennie iście wilgotno-szary i świąteczny, w którym ulice były puste i tylko jakiś kundel i wiatr wałęsali się po opuszczonych węgłach. Tak tam trafiłem. Najpierw zdawało mi się, iż knajpa jest zamknięta - sugerowały to zabite dyktą drzwi - odszedłem więc na okres, by zobaczyć jak to się wszystko przedstawia. Otworzyła kobiecina lat 28, karnacja koloru pleśniejącej ściany zdradzała wypalanie 2 paczek papierosów na dzień i „nocny tryb życia” – była to, bardzo miła i „kulturalna”, menadzerka. Zaproponowała mi pracę na ¼ etatu w papierach - w rzeczywistości mogłem pracować na całym etacie. Wiedziałem już, iż to jest stała praktyka oszczędzania pracodawców w tym mieście. Oprócz tego miałem otrzymać proc. od sprzedaży alkoholu, stawkę 5 zl/h plus napiwki.

W środku było bardzo nastrojowo: kominek, przyćmione światło, wszystko z drewna.

Pracowało się fajnie, nocne zmiany, grzane wino, gdy za oknem szalał jesienny chłód, wieczorne rozmowy z ludźmi, których nigdy bym nie poznał. Opowieści o duchu zamieszkującym tą knajpę i palące się w kominku drewno wprawiały w bezpieczny, domowy nastrój, doprawiając go szczyptą baśniowej niesamowitości. W pewnym momencie lubiłem tam przychodzić. Współpracowników miałem fajnych. Jednym z nich był Kacper - rok przedtem skończył genetykę (czy coś w „ten deseń”) na Uniwersytecie Jagiellońskim - po studiach trochę „kelnerzy” - zrezygnował. Mówił, iż miał dość gastronomii i upokorzeń. Trafił tutaj, jak ja, z przypadku - lubił „zachlać” z kolegami u nas w knajpie. Był w nim jakiś smutek i nigdy nie wiedziałem czy on zwyczajnie taki jest czy tak działa na niego chroniczny brak pieniędzy. Był szczupłym, czarnowłosym okularnikiem z roztargnionym słowem twarzy i poczuciem ciągłej nieobecności, był także wrażliwym i inteligentnym kompanem do rozmowy. Kiedyś podchmieleni rozmawialiśmy o tym, dlaczego poszedł na genetykę. Odpowiedział, iż chciał upiększać świat, nadać mu więcej kolorów. Kiedy ze mną rozmawiał zajmował się kładzeniem kostki chodnikowej i dorywczą robotą w knajpie. Nie mógł się z tego utrzymać, wyjechał do Irlandii - powiodło mu się otrzymać tam na studia doktoranckie.

Janek (szef knajpy) był twardym a zarazem wyluzowanym „mężczyzną marlboro” – a co najmniej za takiego chciał uchodzić w oczach wszystkich, co wychodziło mu raczej słabo. Chyba, iż chodziło mu o tych „mężczyzn marlboro”, którzy umarli na raka. Znany był z tego, iż lubił wypocząć i pojechać na wakacje nie informując o tym nikogo, nie wspominając o wypłaceniu gaży dla pracowników. Raz zrobił sobie miesięczną wycieczkę do Niewiadomo Gdzie, zaś cała załoga została bez pieniędzy i bez pracy. Rano zamknął knajpę i wyjechał. Miałem okazję przekonać się o jego nieodpowiedzialności i chyba zwyczajnie bezmyślności, gdy bez mrugnięcia okiem „nakazał” ryzykować zdrowie klientów swojej knajpy. Pewnego dnia postanowiłem poszukać sprawcy potłuczonych butelek, poprzegryzanych kartoników z sokami i notorycznie kradzionych paluszków. Sprawca sam mnie znalazł, skacząc mi na nogawkę – był to dużych wielkośćów szczur. Szefa poinformowałem o śladach szczurzych zębów odciśniętych w znajdującym się w stosownym naczyniu cukrze – ten spokojnym i opanowanym, a równocześnie wyrażającym zadziwieniu na skutek mojego nieukrywanego szoku, tonem oświadczył, iż mam ów cukier podać klientom…

Coraz częściej wpadał stary skład pracowników knajpy, dziwiąc się, iż w ogóle mamy piwo i zakładając się o to, ile jeszcze wytrzymamy.

Wszystko szło jeszcze stosunkowo sprawnie do momentu wypłat, kiedy „okazało się”, iż wszyscy mamy manka - co było ponoć sprawdzoną praktyką szefa na pokrywanie strat knajpy: Jedna z dziewczyn się popłakała – miała dużo długów i mamę na utrzymaniu… Połowa ludzi się zwolniła, zaś ja straciłem wszelakie nadzieje co do przyszłości w tym klubie. Nie wypłacono nam procentu od sprzedaży alkoholu, mimo, że było to zagwarantowane w umowie. Jak mówił szef: jesteśmy rodziną, odpowiedzialność ponosić musimy wspólnie. Rodzina rodziną, tata po wszystkim pojechał na wakacje.

Pierwsze koty za płoty, pomyślałem - może to pomyłka, czasem można źle trafić. Drugim pracodawcą był Pan Tadek vel Tadeczek >a więc bliżej niezidentyfikowana postać, mały, ryżawy trzydziestoparoletni facecik przypominający cinkciarza albo bazarowego biznesmena. Były student europeistyki w Krakowie.

Przy pierwszej naszej rozmowie wszystkie śrubki wypadły mu z dłoni, mówił nerwowo i cały czas zgrywał chojraka, rozkraczając nogi to znów je łącząc w jakichś całkiem niepotrzebnych nerwowych spazmach. Tadek lansował przysłowiowy zapierdol, jednak wiedziałem, iż pracując u niego, będę mógł opłacić następny semestr studiów. Mogłem zapomnieć o wszelkiej dekadencji i fajeczkach na Plantach. Oddając się rannemu chodzeniu po dachach obserwowałem budzące się miasto, rozcierałem zziębnięte ręce i słuchałem jak to „jebane urzędasy wchodzą do ciepłych biur a sekretarki z ochotą obciągają swym szefom”. Wszystko to było dla mnie kompletnie nowe i obce. Wiedziałem, iż i tak mam programowo przechlapane: moje ręce nie przypominały szpachli, nie kląłem co drugie wyraz a na bonus jeszcze coś tam studiowałem. Pewnie pedał, student, albo co najgorsze - „inteligent”. Męczyło mnie udawanie rasowego budowlańca, męczyły mnie ich żarty. Nie wychodziło mi to zupełnie i wszyscy to widzieli, lecz nie przyszedłem się tam zwieszać, ale zarabiać. No i zarabiałem. Zaczynaliśmy o 5 rano, pracowaliśmy na dachach w zimie, nosząc pustaki, ukladając stalowe maszty odbiorcze na krawędziach dachów. Pracowaliśmy bez jakichkolwiek zabezpieczeń. Tadek stwierdził, iż praca z szelkami zabezpieczającymi będzie szła za wolno. Dlatego czasem, by nie spaść z oblodzonego dachu, zwyczajnie trzeba było się czegoś trzymać. Marzliśmy cholernie, robota w grudniu poprzez 10 godz. na dzień w czasie zwiewającego cię z dachu wiatru ze śniegiem, dawała nam dużą dawkę motywacji do zmian w swoim życiu. Każdy z nas miał jednak dobry bodziec, a było nim obiecywane 13 zł netto na godzinę.

Było nas trzech: wysoki, szczupły milczek z Katowic: postać dla mnie dość tajemnicza. Patrząc na niego zacząłem rozumieć dlaczego to właśnie na Śląsku, pomijając uwarunkowania geologiczne, znajduje się tyle kopalń węgla. W pracy był gotowy wykonać każde, nawet najtrudniejsze zadanie. Nie przeszkadzał mu mróz, deszcz, zmęczenie był zacięty do granic. Drugi - gruby cwaniura, synonim „milczka”. Do niedawna TIR-owiec, lubiący pogawędzić i poleżeć, podśmiewując się z pracowitości kompana i zaskarbiając sobie poprzez to, o dziwo, względy szefa, który także lubił pośmiać się z „milczka” i jego pracowitości. Byłem wreszcie również i ja, >a więc zagubione dziecko, szukające zarobku na drugi semestr studiów. Żaden z nas nie miał podpisanej umowy, ryzykując każdego dnia własne życie na oblodzonych dachach. Uparcie chcieliśmy wierzyć, iż pracując tak ciężko z pewnością zaskarbiamy sobie względy pracodawcy. Zresztą, umowy Tadzik przynieść miał lada dzień, a my postanowiliśmy nie naciskać szefa w sprawie formalności..

Pan Tadek był zadowolony, praca szła. Każdy miał jakieś zobowiązania – ja akurat studia i spłacenie czesnego. Wypłatę mieliśmy otrzymać dzień przed Świętami Bożego Narodzenia. Wszyscy aż zacierali ręce na myśl o tym co kupią swoim bliskim, wypłacane stawki miały być gdyż spore. W dzień wypłaty, >a więc w przeddzień Wigilii, Pan Tadek wysłał SMSa z wiadomością, iż jest teraz zajęty spędzając święta z rodziną i iż wypłaci kapitał po świętach. Nie wypłacił. Dowiedziałem się w agencji pracy, poprzez którą otrzymałem tę ofertę, iż im natomiast nie zapłacił za pośrednictwo. Pół miesiąca pracowałem za darmo, na święta zostając bez grosza.

Po tym wszystkim straciłem zupełnie wiarę w to, iż w Polce może mi się udać, od tamtej pory moje stosunki z pracodawcami w ojczystym państwie są już całkiem inne: podejrzliwe i raczej chłodne. Pracować jednak musiałem, pomimo usilnych prób żywienia się światłem lubiłem jeszcze czasem zjeść śniadanie.

Pojawił się on Amerykanin - Polak - Kanadyjczyk, właściwie człowiek multikulturowy. Coś dla mnie, myślałem, nareszcie może ktoś kumaty - kto łyknął trochę świata i wie, jak tj. żyć i pracować normalnie - wie jak tj. być normalnym szefem. Właściwie byłem o tym przekonany. Nosił czapeczkę, krótkie spodenki i był prawdziwym kowbojem: pomimo braku licencji na wykonywanie zawodu, zatrudniania ludzi „na lewo” i nieposiadania zezwolenia Sanepidu na sprzedaż wytwórów spożywczych, od 3 lat radził sobie całkiem nieźle. Miał wypożyczalnię rowerów i robił wycieczki dla klientów z zagranicy. Pracowałem od 9tej do 16tej, kwota 5 zł/h, bez umowy na tzw szeroko pojętym „okresie próbnym”. W zamian za zaawansowany angielski i pełną dyspozycyjność. Byłem już wtedy doświadczonym wyjadaczem - wiedziałem, iż pracując bez umowy kapitał chcę dostawać każdego dnia - tak tez się umówiliśmy. Szło nieźle co najmniej najpierw. robota wydawała się prosta. Byłem przyparty do muru, musiałem gdzieś pracować, resztkami sił łudziłem się, iż Tadek zadzwoni i przepraszając mnie na mentalnych kolanach, odda mi moje kapitał. ale chleb dalej nie taniał a moje buty i żołądek nie stały się zjawiskami eterycznymi. Marcel wydawał się być w porządku. Po jakimś czasie zorientowałem się, że w istocie był to nad słowo zgorzkniały, narzekający na wszystko człowiek – „wszystkim” byłem w tym przypadku ja. W chwili, gdy dochodziło do chwili wypłaty, robił to tak, jak gdyby ruchem dawania chciał mi te kapitał odebrać. Całe wyluzowanie w tej chwieli pryskało, był skrupulatny co do 50 gr. Nie wiem czy była to manifestacja jego amerykańskiej biznesowej połowy, czy fantazyjnej słowiańskiej duszy. Po miesiącu pracy za 5 zł, będąc na każde skinienie mojego szefa, poczułem, iż coś tracę. Spostrzegłem moich znajomych żyjących w Polsce i świetnie prosperujących. Myślałem, iż to ze mną jest coś nie tak. Sprzedawanie tak niedrogo każdej bezzwrotnej godziny i tak krótkiego przecież życia wydawać mi się zaczęło profanowaniem samego siebie. Czułem się jak frajer, który na swoich plecach daje zarabiać innym. nareszcie zwolniono mnie i zastąpiono nowym modelem. Nie byłem już w stanie z uśmiechem na ustach znosić ciągłych pretensji za to, iż trzeba mi w ogóle za coś płacić.

Ostatnio już bez złudzeń co do możliwości pracy w Krakowie trafiłem na rozmowę kwalifikacyjną. Odbyła się w krakowskim hotelu, miałem być tam recepcjonistą, do moich obowiązków miało należeć: siedzenie na recepcji , pełna obsługa gości, mycie kibli, kuchni, pokoi + ścielenie łóżek. Na koniec po wyliczeniu wszystkich tych obowiązków Pani zmieniła kwotę 4zł /h

Nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak czy z rykiem pracy w Krakowie, przytoczyłem tutaj tylko parę bardzo rażących przykładów, były tez stosunkowo normalne propozycje. Nie to jest w żaden sposób jakaś objawiona prawda. Wiem jednak tyle, iż nie ja jedyny miałem problemy ze znalezieniem normalnej pracy. Zdesperowani studenci z małych polskich miast przyjeżdżający do Krakowa na studia chwycą się każdej szansy, by zostać w „magicznym mieście”. Idealnie wiedzą o tym pracodawcy, wiedzą to także właściciele mieszkań i tak kółko się zamyka. Pomimo ciągłych zapewnień o wysokości średniej krajowej i jej wzroście, w rzeczywistości tego nie widać - owszem może i coś wzrasta, ale proporcjonalnie rosną ceny mieszkań i wynajmu.

Po tym wszystkim może miałbym się czym przejmować, lecz nie jestem niemądry i wiem, iż nad każdym moim posunięciem finansowym czuwają eksperci z Colgate o zdrowie dbają najlepsi farmaceuci, a nad bezpieczeństwem czuwa PZU.

Konrad Stachnio