bezpańska, muzyka

Definicja: jedna za drugą. Szare postacie przemykające pod zdartymi drzwiami toalet słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Bezpańska muzyka

Słownik: Blask neonowej postaci, wokół dym i kurz. Lepkie ciała wyłaniające się z mglistej masy. Tlące się papierosy, wylewane na stoły piwo. Kolejka wypijana jedna za drugą. Szare postacie przemykające pod zdartymi drzwiami toalet.
Definicja:

Sprzedawane proszki, nowoodkryte specyfiki. Mocniejsze i słabsze, tańsze i lepsze. Wszystko doskonale pokryte warstwą wystukiwanych dźwięków, krzyków, odgłosów łamanych kości, uderzeń ciężką ręką o stół.



Ręką lekką, choć wypchaną wszelkimi dziś dostępnymi środkami wspomagającymi niezłą zabawę, oparł się o bar. Trzeci raz w tym tygodniu już nie ma siły, ponieważ ta uleciała i krąży wraz z mgiełką z dymu ponad głowami, aby później zostać pożartą poprzez kratkę klimatyzacji. Majaczy także o źle zawiązanym bucie i zdzierstwie. Drugą ręką sięga do kieszeni, chwilę maca, po czym uderza głową w stół. Sam nie myślał, iż zdzierstwo szerzy się aż na tą skalę. Kieszeń pozostała całkiem pusta. Zamyślił się chwilę. Próbował odnaleźć w głowie, co robił jeszcze kilkanaście min. temu. Zerknął na zegarek. Wpadła mu do głowy myśl, iż i tak za chwilę nie będzie pamiętał co teraz robi. Roześmiał się głośno. Barman przyglądający mu się od dłuższej chwili podszedł, nachylił się nad nim, jakby chciał coś powiedzieć, w tej chwili ktoś go zawołał i odszedł.
Zrozumiawszy, iż przy barze mile widziany już nie jest, zwlekł się, lekko zatoczył i odszedł w stronę drzwi. Fala zimnego powietrza uderzyła go tak dogłębnie, iż poważnie zaczął rozważać, czy nie lepiej usiąść jeszcze na chwilę. Nogi sprzyjały tej idei na tyle, iż ostatecznie same się zgięły i upadł jak długi na wysokości drewnianej ławeczki. Będąc już na zewnątrz, starał się nie myśleć. Jego przedostatni głośno wypowiedziany wniosek dotyczył słabego, a drogiego towaru. Następny, bądź co bądź ostatni, przerwany dużym bełtem, stał się tylko niewyraźnym bełkotem i w zasadzie nie dotyczył niczego. Wycieńczony nieuprzejmością obsługi klubu, oszukany poprzez sprzedawczyków i pozostawiony sam sobie poprzez znajomych, nagle wybuchnął szczerym płaczem. Smęcił z dobre pół godziny, gdy nagle obudziło go kopnięcie z prawej i szarpnięcie z lewej. Omotany podniósł głowę, nie miał zbytniej ochoty otwierać oczu, więc krzyknął tylko, iż oprócz zegarka nic cennego nie ma i znowu zasnął.
Drugi raz obudził go upadek wydzieliny kuprowej ptaszka wprost na twarz z niewielkiej wysokości. Rozwścieczyło go to do tego stopnia, iż sam postanowił zapluć i zalać świat własnymi płynami żołądkowymi i pewnie aby to zrobił, ponieważ zaczął całkiem nieźle, lecz w pewnym momencie coś w nim gruchnęło, później strzyknęło i zakończyło się pozycją leżącą w bezruchu z miną tryskającą bólem. Dopiero po chwili obudziła się w nim myśl, iż przecież nie czuje nic, więc może wstać. Tak wstał. Chwiejnym, lecz dość stabilnym krokiem ruszył aleją w stronę centrum, do domu.
Po drodze przewrócił się tylko raz. Nagle zaczął dzwonić telefon, a dźwięk w połączeniu z silną wibracją nieco go przestraszył, stracił równowagę i upadł. Szybko się ogarnął, odebrał. Z telefonu wypływał skrzekliwy głos, przeplatający się z nierównym oddechem, sypiący gradem słów i informacji. Otumanienie i przyjęcie informacji zajęło raptem kilkadziesiąt sekund. Stał wówczas z miną ryby połykającej następny litr wody w ciągu swojego życia. Otrząsnął się, zapomniał kto dzwonił i co mówił, schował telefon do wewnętrznej kieszeni kurtki, nie mniej jednak rzucił nim o ziemię jeszcze dwa razy i skierował się do domu. Przeszedł kilkadziesiąt kroków, gdy nagle coś syknęło mu spod buta. O dziwo nie przestraszył się, za to spojrzał badawczym wzrokiem i dostrzegł płytę. także niewiadomo jak to się stało, płyta była jako taka cała, pomijając wielokrotne rysy towarzyszące rażącej zieleni układającej się w spory napis „PYSIA”. W pierwszym momencie parsknął śmiechem, a iż cały, wczoraj zaaplikowany towar jeszcze nie zdążył się ulotnić, wziął płytę i zaczął jej się bardziej przyglądać. Wzrok odmawiał mu posłuszeństwa, światło miejskiej lampy nie sprzyjało, więc ostatecznie płytę schował do i tak już pełnej kieszeni, zapiął kurtkę pod samą szyję i ruszył do monopolowego.
Na domiar złego, a szczęście tego dnia naprawdę zaginęło w trzecim kieliszku, sklep na dzisiejszą noc zaplanował remanent i nawet głośne krzyki, czy dobijanie się do drzwi i okien nie pomagały w ogóle. Tak ponownie włożył ręce do kieszeni i ze spuszczoną głową poszedł wzdłuż ulicy aż do niewielkiego domku ze spadzistym dachem, przed którym to upadł jeszcze dwa razy szukając kluczy, a później wszedł. W ciemnościach odnalazł drzwi swojego pokoju, spadając cudem trafił na łóżko i tak spał aż do teraz.

Gdy nagle zerwał się z krzykiem. Płyta się zacięła i markotnie powtarzała te same dźwięki. Ukradkiem spojrzał na zegarek, a godzina zamiast go pocieszyć pogrążyła jeszcze bardziej. Rzucił się w stronę półki. Przewrócił się o swoje spodnie, jeszcze szybciej wstał. Wyjął z wieży płytę z rażącym napisem „PYSIA”, szarpnął kurtkę, wybiegł z domu w stronę klubu, by oddać znajomemu barmanowi płytę pożyczoną wczoraj wieczorem...