krucjata, dziecięca

Definicja: słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Krucjata dziecięca.

Słownik: Tfór pierwotnie pisany na konkurs "Fabryka Masek", dodam nieskromnie, iż podobno jeden z moich lepszych. O ile ja wogóle mogę mieć dobre teksty.
Definicja: Tego dnia słońce wyznacza pierwszy dzień Cozcacuauhtli, szesnastego miesiąca sępa.
Blond-włosa dziewczyna idzie środkiem ruchliwej ulicy, wyzywająco kołysze obleczonymi w falbaniastą spódnicę biodrami, ręce trzyma zatknięte w kieszeniach. Zielone oczy podkreślone ma smolistą, długą kreską nad górną powieką, kształtne, bezczelne usta połyskują wściekłą czerwienią, z wydłużonej szyi, między nagimi, drobnymi piersiami, zwiesza się spory, metalowy wisiorek w kształcie krzyża. Samochody przemykają w okolicy niej bezszelestnie, niczym przerośnięte owady, lusterka muskają opaloną delikatnie skórę.
Dziewczyna idzie ulicą, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Aroganckie wargi wykrzywia coś w rodzaju uśmiechu, powieki przymykają się sennie. Krótka, nastroszona czupryna koloru dojrzałego zboża powiewa na mocnym wietrze. Zielone oczy uważnie lustrują sterylne ulice Bezimiennego Miasta, metalowe konstrukcje pnące się aż pod fioletowy nieboskłon. Gotyckie, wykute z kamienia anioły wpatrują się w nią oskarżycielsko.
Dziewczyna idzie ulicą, niemalże wpadając pod czarne, zabytkowe auto. Do jej zgrabnych uszu nagle dochodzi istny potok niezbyt subtelnych wyzwisk.
Dziewczyna patrzy w okno pojazdu, w którym nagle pojawia się chłopięca twarz tylko trochę starszego od niej, pokraśnianego z wyraźnej wściekłości nastolatka.
- Ja pierdolę, jak łazisz, niemądra dupo, życie Ci nie miłe? – pyta uprzejmie chłopak, a później, nie czekając na ewentualną odpowiedź, przecina atmosferę następnym stosem niewybrednych obelg.
Dziewczyna wzrusza ramionami i na powrót podejmuje śpiewaną przedtem piosenkę. Przyzwyczaiła się już do podobnych sytuacji.
Chłopak jeszcze poprzez chwilę wymachuje w jej stronę wyciągniętym środkowym palcem, po czym znika w czeluściach czarnego auta i odjeżdża z piskiem opon.
Jego noga niemalże sama naciska pedał gazu, ręce zaciskają się kurczowo na kierownicy, na tyle mocno, że jego palce stają się niemalże kompletnie sine. Ciągle nie może opanować płynącego z ust strumienia przekleństw, na wysokie czoło wstępują mu kropelki potu.
- Histeryk.
Nastolatek spogląda w bok i każe siedzącej na fotelu pasażera osobie spierdalać. Postać śmieje się krótko, jej chichot przypomina głuchy szczek. Jest chuda, nieduża, blada, niczym porcelanowa lalka. Ciemną głowę ma odwróconą do okna, usta blade, wąskie, przypominające prostą kreskę.
Chłopak ociera prawą ręką czoło, palce rozluźniają się lekko, stopa przestaje nieprzyzwoicie mocno przyciskać pedał do deski rozdzielczej.
- Było blisko. Kolejnym wspólnie obiecuję, przejadę durną dziwkę.
Postać wzrusza obleczonymi w czarną szatę ramionami, zwraca czaszkę ku kierowcy, spod czarnych włosów, niemal kompletnie zasłaniających szczupłą twarz, nieśmiało wyłania się uśmiech.
- Nie dbam o nią – przyznaje szczerze i porusza lekko brodą w stronę okna - Popatrz, to Anat. Przemieszcza się – mówią blade usta, długi palec wędruje w górę, wskazując ciemnobłękitną smugę na intensywnie purpurowym niebie. Chłopak za kierownicą prycha z irytacją.
- Wiem. Czuję.
Uśmiech postaci nagle rozpoczyna ociekać ironią.
- Dosłownie, czy w przenośni?
- Zwyczajnie. Nie jestem niemądry – warczy chłopak wściekle. Grymas na twarzy pasażera poszerza się jeszcze bardziej.
- Nie?
Nastolatek momentalnie dociska pedał gazu, piorunuje towarzysza zirytowanym spojrzeniem.
- Zwolnij, kurwa! – krzyczy postać, łapiąc chłopaka za ramię, włosy odrzuca do tyłu.
Młokos patrzy z przerażeniem w jej ciemno-bordowe tęczówki, jego drobnym ciałem wstrząsa zimny dreszcz. Czerwone oczy lśnią prostym, niemym zdecydowaniem, przypominającym blade światło gwiazd, spojrzenie jest ostre, niczym nóż. Chłopak pokornie spuszcza wzrok.
- Nie będę zwalniał tylko dlatego, iż zobaczyłaś kurwę. – mruczy z rozdrażnieniem, lecz potulnie minimalizuje szybkość do takiej, która nie budzi jakichkolwiek zastrzeżeń w żadnych kodeksach - Aż roi się od nich w całym mieście, zdążysz się jeszcze napatrzeć.
- Zwolnij, ponieważ nabiorą podejrzeń.
Młodzieniec przewraca kpiąco ślepiami, wydaje z siebie głośne, pełne dezaprobaty westchnięcie.
- Masz paranoję – stwierdza pocieszająco. Postać kiwa lekko głową, rozsiada się wygodniej w fotelu, twarz zwraca w stronę pełnego dziur dachu.
- Skrzywienie zawodowe – obwieszcza obojętnie, splatając ręce na karku.
Pełne, chłopięce usta wykrzywiają się w pełnym satysfakcji uśmiechu.
- Denerwujesz się? Czyżby spadek formy?
Czarnowłosa postać spogląda na niego ostrzegawczo, palce chwytają szybko za długi rękaw szaty.
- Pieprz się – radzi troskliwie, przygryzając bladą wargę - Z kimkolwiek, byle nie ze mną.
Nastolatek unosi kpiąco brwi.
- Nie chcesz skończyć jak tamci? No już, podziel się ze mną własnymi wątpliwościami, to przecież nie boli...
- Jeszcze nie. lecz może, jeśli się nie zamkniesz – ostrzega złowieszczo jego towarzyszka, po czym odwraca kruczy łeb w stronę okna. Chłopak wzrusza ramionami.
- niebrzydka dziś pogoda. Ani razu nie padała krew. Nepesze będą nie do życia. – rzuca bez większego zainteresowania, po czym ponownie oddaje się nieskrępowanej przyjemności prowadzenia auta po prostej, asfaltowej drodze.
Atmosferę przeszywa głośny, piskliwy skrzek. Za zabytkowym autem w powietrzu wlecze się istny skrzydlaty korowód, przypominający burzową chmurę.
Nepesze, a więc ogromne, czarne ptaki, podobne trochę do kruków, lecz z dłuższą szyją, ostrzejszymi pazurami i dziobem zakrzywionym, jak u sokoła, obserwują ich bacznie sporymi, okalanymi grubymi rzęsami oczami.
Droga kończy się, gładko przechodzi w brudnawo-żółty piasek. Chłopak przekręca kluczyk w stacyjce, wystukuje dziwaczny rytm na kierownicy, przeciąga się leniwie.
- Ostatnie pytanie – strzela nagle, bez uprzedzenia. Postać kwituje to krótkim, odrobinę ironicznym spojrzeniem. Pozwala mu. Nastolatek uśmiecha się uśmiechem, który w normalnych okolicznościach potrafił zapewne sprawić, że na jego widok co odważniejsze dziewczęta zapominały rozmiaru własnego stanika.
- Nie korciło Cię kiedyś, tak aby odejść? – pyta, bacznie przyglądając się skulonemu na fotelu maleństwu, które, początkowo, odpowiada mu przypominającym szczekanie śmiechem.
- Gdzie? – zadaje pytanie po chwili milczenia, po czym pośpiesznie dodaje - Jestem Akrobatką, a Akrobatą nie można się stać. Akrobatą trzeba się urodzić. Z pierwszym oddechem dociera do Ciebie głos Hermesa, który staje się Twoim odwiecznym drogowskazem. Nie wolno mi odejść, ponieważ „nie dla mnie zaciszne alkowy, ani ciepło domowego ogniska”. –cytuje wolno, z nabożną czcią - Bez obrazy, lecz nie zrozumiesz tego. Nigdy.
Chłopak poprzez chwilę próbuje nadać swojej twarzy obojętny słowo.
- Zapomnij. Chodzi mi tylko o to... Chryste! – krzyczy, wściekłość wybucha w nim nagłym strumieniem, w oczach iskrzy się poczucie niesprawiedliwości - Masz piętnaście lat! Powinnaś się bawić teraz lalkami i smarować mordę błyszczykami matki! Tj. takie...
- Niesprawiedliwe? – pyta retorycznie, ogarniając go współczującym wzrokiem rdzawych oczu. Chłopak wpatruje się we swoje palce.
- Wy faktycznie jesteście przeklęci.
- lecz w tym przekleństwie jest także błogosławieństwo.
Nastolatek opiera brodę na dłoni, poprzez chwilę lustruje liczne dziury w tapicerce auta.
- Pierdolisz – mówi stanowczo, zaciskając wargi. Dziewczyna, mimo powagi sytuacji, pozwala sobie na delikatny uśmiech.
- Wiem. I jak mi idzie? – pyta, a chłopak uważnie rejestruje ruchy jej ręki i poprzez chwilę wydaje mu się, iż między oplatającymi szczupłe ramię fałdami materiału dojrzał subtelny blask obsydianowego ostrza. I ta chwila w zupełności wystarcza, by stracił pewność siebie.
- Dobra, czas zacząć ten cyrk –mówi szybko, brodą wskazując latające w powietrzu nepesze - Gotowa?
- Bardziej już nie będę – stwierdza dziewczyna, biorąc do ręki ukrytą przedtem pod fotelem kolorową, zabudowaną maskę i obracając ją poprzez chwilę w palcach.
- Bądź pozdrowiona – szepce bezgłośnie, po czym zakłada ją na głowę i zdecydowanie wychodzi z samochodu.
Nagie stopy dotykają rozgrzanego piasku, ciemna, wydekoltowana szata, przypominająca kimono, lecz zdecydowanie krótsza, sięgająca połowy ud, z kapturem, rękawami do kolan i szerokim, białym pasem obi powiewa lekko na wietrze. Chłopak również wysiada z auta, przenikliwie niebieskie oczy wpatrują się w usłane ptakami niebo, zgrabne, siedemnastomilimetrowe cacko, zdolne, przy odpowiedniej determinacji strzelca oczywiście, powalić słonia, wprawnie leży w jego szczupłych dłoniach.
Powietrze znów przecina głośny skrzek. Znaczy to, iż nepesze zauważyły intruzów szybciej, niż powinny. Zazwyczaj znaczy to także dodatkową liczbę trupów, lecz tym akurat faktem niewiele kto przejmuje się w dzisiejszych czasach. A co najmniej nie tutaj. Nie w tym miejscu.
Chłopak staje w lekkim rozkroku, wznosi wypolerowaną dłoń ku pikującym stworzeniom i powoli, spokojnie, pociąga za spust.
Ptaki z dzikim skrzekiem upadają na popękaną ziemię, w powietrzu, niczym czarny śnieg, fruwają ich delikatne pióra. Nastolatek patrzy na towarzyszkę z lekkim rozbawieniem.
- Wyrobiły sobie kondycję ostatnimi czasy, skurczy syny.
Czarnowłosa postać klnie siarczyście, sięga po uwieszony na ramieniu kołczan, wyciąga z niego rubinowy łuk i podnosi wysoko, w gęstą atmosferę, tak, że dłoń z cięciwą znajduje się tuż za jej uchem.
Czas staje w miejscu.
Powieki przymykają się delikatnie, palce drętwieją lekko, na kark wstępują drobne igiełki podniecenia. Strzała wylatuje w powietrze, bezszelestnie, niczym puma, przebijając kilka ptaków równocześnie.
Walka trwa. Po kilku minutach dziewczyna spogląda na swojego towarzysza- wyraźnie zakończyły mu się naboje, co widać po niebezpiecznie przybliżających się do jego ciała ptaszyskach. Postać po raz następny napina cięciwę, zabija ptaki tak, by mogła co najmniej dojrzeć twarz przyjaciela.
Ten, widząc przez ciemną zasłonę ptasich ciał jej graniczące z cudem wysiłki, macha tylko ręką i wzrusza ramionami. Daje jej w ten sposób do zrozumienia, iż ma go nie ratować. Wypada tutaj nadmienić, iż to faktycznie wspaniałomyślnie z jego strony.
- Idź do piekła, dziwko –śmieje się serdecznie, krew tryska z otwartej rany na ramieniu - I nie przynieś mi tam wstydu.
Dziewczyna kiwa lekko głową, po czym odwraca wzrok. Nie chce patrzeć, jak nepesze rozrywają ostrymi dziobami jego młode, szczupłe ciało. Biegnie naprzód, wprost w gorącą pustynię, piasek niemiło pali ją w stopy.
- A kiedy już zejdę z tego świata, zagrajcie mi pieśń żałobną, treny na moją cześć wygłaszajcie. Lamentujcie i głowy popiołem posypcie- krzyczy na cześć zmarłego przyjaciela, a wspólnie z nią pieśń wykrzykują wiszący na krzyżach wszyscy martwi Akrobaci.
stosunkowo, jak coraz bardziej oddala się od wraku zabytkowego samochodu, pustynia staje się coraz bardziej cicha. Dziewczyna rozumie, co to oznacza.
Widzi ich, jak pojawiają się nagle, podstępnie, niczym południowy wiatr. Wysokie, smukłe postacie o zbyt długich kończynach i umiejscowionych na nich brzęczących bransoletach, ubrane w lekkie, długie tuniki. Każda jest piękna w dziki, egzotyczny sposób, chociaż właściwie wszystkie wyglądają tak samo, jedna mogłaby stanowić odbicie drugiej. Postać przygryza wargę, w ustach czuje gorzkawy smak krwi.
Czarne, wąskie oczy Nag, ukryte pod zwiewnymi warstwami kefii, błyszczą, niczym szlachetne kamienie.
Obysydianowe ostrza powoli wysuwają się z rękawów szaty i wbijają się w powietrze, zupełnie jak wypuszczony na wolność motyl.
Nagi nie czekają na więcej, uznają gest dziewczyny za jawny sygnał do walki. Jedna z nich zbliża się do niej bezszelestnie, próbuje poderżnąć jej gardło barwnym nożem, ona jednak jest szybsza, kopie przeciwnika w brzuch i wytrąca mu broń z ręki. Naga mruczy cicho hebrajskie przekleństwo, wzywa własne towarzyszki. Te przystępują do dziewczyny równie podstępnie, zdradliwie atakując ją swymi wyszczerbionymi sierpami.
Nie na darmo jednak postać w masce nazywano Akrobatką – z równą lekkością odbija ona ich zdradzieckie ciosy to z lewej, to z prawej ręki, po czym wybija się z klatki piersiowej napastnika i zastyga poprzez chwilę w gęstym powietrzu, a kiedy tylko jej stopy dotykają ziemi, wykonuje niebotyczne wręcz, skomplikowane ewolucje, za którymi pustynne powstania nie umieją nadążyć.
Piasek przesypuje się wolno z jednej wydmy na drugą. Akrobatka bawi się leniwie odebranym swojej oprawczyni nożem, mrucząc przy tym, jak rozochocony kocur w momencie rui, Kwiaty Pustyni zalewają się czarną, smolistą krwią.
Kiedy wydaje się już, iż walka jest skończona, dziewczyna w ostatniej chwili łapie cienkie niczym druty ostrza i bezpardonowo przebija nimi ostatnie atakujące ją Nagi, po czym spluwa rdzawą posoką na wyschniętą ziemię i charczy:
- Nie pójdę do piekła, Zdrajco. Nie wierzę w piekło.
Biorąc pod uwagę położenie, w jakim się znajduje, trudno nie przyznać jej racji. W tym świecie gdyż nie ma ani nieba, ani piekła. Jest tylko telewizja, zupy w proszku, morze szkarłatnej krwi, szare kilometry bezpańskiego gruntu, gdzie królują pustynne Nagi i Bezimienne Miasto, którego sercem jest Fabryka Snów, gdzie plecie się boskie marzenia, zawieszona w powietrzu, zachłannie połykająca purpurowe chmury.
Ten świat nie istnieje faktycznie. Nosi on nazwę Metec, co znaczy Martwe Drzewo.


***

Wiatr niesie pojedyncze ziarenka piasku na kamienne, zakrwawione schody, prowadzące prosto do serca Fabryki Snów.
Dziewczyna wstępuje na nie uważnie, serce wali w drobnej piersi, a >stosunkowo, jak pokonuje następne stopnie, coraz bardziej dostrzega podobieństwo budynku do gotyckiej katedry.
Na krzyżach, zatkwionych wzdłuż schodów, wiszą zgniłe, ludzkie szczątki, przybite do krucyfiksów za nadgarstki i skrytą za kolorową, zabudowaną maską akrobaty głowę.
Niektóre z nich ciągle mają jeszcze kształt człowieka.
Dziewczyna nie zwraca na nie większej uwagi, z determinacją biegnie ku żelaznej, misternie zdobionej bramie.
Kiedy już stoi przy niej, delikatnie spogląda w lewo, gdzie na kamieniu siedzi, ze spuszczoną głową, Pusty. Pokraczne skrzydła sterczą mu z barków pod dziwnym kątem, popękana skóra, naciągnięta na żebra, ma kolor świeżego śniegu. Cienkie, wypłowiałe włosy opadają mu na czoło, prawie kompletnie zakrywając przeraźliwie chudą twarz. Skulony, ze spiczastą brodą opartą na kościstych kolanach, przypomina trochę antyczną rzeźbę.
Dziewczyna przygląda mu się dokładniej i widzi, jak po wystających kościach policzkowych z nieistniejących oczu toczą się powoli kryształowe łzy.
- Cześć, optymisto. Jesteś strażnikiem?
Pusty kiwa przecząco głową. Nastolatka prycha z lekką irytacją.
- także nie? Cholera, co jest? Czyżbym przegrała jakiś zakład?
Pusty milczy, odwracając od niej ślepą czaszkę.
- Hej, odezwiesz się do mnie?
Pusty ciągle nie daje żadnego znaku życia, zaciskając palce na własnych, chudych ramionach. Dziewczyna wzrusza ramionami.
- Nieważne. Zwyczajnie życz mi powodzenia.
Nagle, ku jej zaskoczeniu, Pusty łapie ją nagle za ramię i zwraca ku niej bladą, pozbawioną oczodołów twarz.
- Na zewnątrz nie ma strażników, ponieważ któż pilnowałby piekła? – pyta świdrującym głosem, starym, jak sama Śmierć.
- Ta, ta, jasne. Dzięki za niezłą radę, a teraz wracaj do swoich umartwień – mówi, po czym podchodzi do wrót i przechodzi poprzez nie szybko, zachłannie.
Świat nagle staje się jednym ogromnym zwierciadłem. Dziewczyna rozgląda się szybko po lustrzanej komnacie i zauważa, jak w jednej ze ścian odbija się krocząca dumnie ku niej postać, z głową kobiety, ciałem lwa i trzema parami przeraźliwie białych, delikatnych niczym gaza skrzydeł. Nastolatka schyla ku niej głowę, pół-długimi włosami zamiata marmurową podłogę.
- Witaj, Abu Hol – mówi. Istota również kiwa głową, szczerząc szaleńczo długie kły.
- Witaj, Itzpapalotl. Przyszłaś zabrać sen mojego pana?
- Tak, Ojcze Strachu.
powstanie zamknęło oczy.
- To dobrze –stwierdza łagodnie - To oznacza, iż wkrótce zginiesz.
W jednej ze ścian nagle otwiera się przejście. Itzpapalotl przełyka głośno ślinę. Jest gotowa.


***

Mężczyzna, stojący przed nią jest wysoki, czarny i łysy. Twarz osłania dziwną maską, podobną do tych noszonych poprzez Akrobatów, lecz wykonaną z żelaza, mniej zabudowaną, z powykręcanym, niebotycznie długim jęzorem, widać spod niej wyraźnie dwoje wpatrzonych w nią przeraźliwie jasnych, zielonych oczu i pełne, wesołe usta. Umięśnione ręce trzyma luźno, wspierając się na sporym, zakrzywionym mieczu, koło lewej nogi stoi, wyprężony dumnie, pokaźnych wielkośćów lampart.
Dziewczyna klnie siarczyście, przebrnęła już poprzez kilka sal najeżonych pułapkami, których efekty ewentualnych działań mogłyby przyprawić o drżenie nawet w najwyższym stopniu zdeprawowanego psychopatę, nie sądziła, iż ktokolwiek, oprócz niej, byłby zdolny przeżyć spotkanie z nimi.
Mężczyzna uśmiecha się, lecz ślepia płoną mu niewypowiedzianą podejrzliwością.
- Cześć aniołku – wita ją serdecznie, odchylając lekko łysy łeb do tyłu, by lepiej się jej przyjrzeć. W bordowych tęczówkach zapalają ostrzegawcze ogniki.
- Kim jesteś?
Murzyn unosi lekko brwi, jego mina wyraża daleko posunięte nie zainteresowanie.
- Zakładam, iż głupszego pytania nie mogłoś już zadać, moja śliczna.
- Jesteś akrobatą?
- Czy gdybym nim nie był, miałbym na łbie tą idiotyczną maskę?
Sprawne, dziewczęce ręce pośpiesznie chwytają za schowany przedtem w kołczanie rubinowy łuk, cięciwa, pod wpływem gwałtownego ruchu, napina się momentalnie, dwie ostre strzały są gotowe do natychmiastowo rozpłatania przeciwnika. Intruz kiwa przecząco głową, zielone oczy połyskują teraz paraliżującym strachem.
- Hej, spokojnie, sarenko. Nie chciałem Cię przecież zdenerwować, chciałem tylko...
Jedna ze strzał śmiga mu koło ucha.
- Ej. Tak się bawić nie będziemy –mówi świdrującym wnętrzności głosem, z drewnianej pochwy wyciąga zardzewiały, wygięty miecz - Polubiłem Cię, aniołku, lecz teraz troszkę przegięłaś.
Murzyn staje w lekkim rozkroku, pewnie chwyta swój zdezelowany sierp. Dziewczyna po raz następny napina cięciwę, czerwone oczy patrzą na przeciwnika z niezmierzoną wrogością. I już ma wypuszczać, kiedy nagle rozpoczyna czuć zimny pocałunek stali na własnej głowie.
- Wstrzymaj strzałę – odzywa się beznamiętny, męski głos, tuż przy jej uchu. Akrobatka mruży ostrzegawczo powieki, zaciska palce na łuku.
- Co?
Głos prycha z lekką irytacją.
- Nie nawykłem do tego, by się powtarzać, lecz dla Ciebie zrobię wyjątek. Wstrzymaj własną strzałę – prosi stanowczo władczym tonem.
Dziewczyna odwraca lekko głowę i spod jego kolorowej, zabudowanej maski jest zdolna dojrzeć jedynie cienką, prostą brew i oko, o bliźniaczo podobnych do jej własnych tęczówkach koloru rdzawej posoki. Czarne ostrza wysuwają się powoli z przepastnych rękawów jej szaty.
Ciemny mężczyzna, zauważając powstałe zamieszanie, śmieje się głośno, miecz chowa do pochwy.
- Wybacz, jestem niegrzeczny, nie przedstawiłem się – kłania się dworsko, szczerząc przymilnie białe siekacze w nieszczerym grymasie - Xipe Totec, to oznacza „nasz pan, obdarty ze skóry”.
Dziewczyna poprzez chwilę stara się utrzymać opadającą szczękę na swoim miejscu.
- To ty? Ten słynny...- pyta ostrożnie, mimo znajdującego się ciągle na jej skroni nożyka. Murzyn uśmiecha się po raz wtóry.
- Tak, Czarne Ostrze. O Tobie również ludzie mówią sporo- mówi, z wyraźną aprobatą.
Wygląda, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, niestety, włócznia, która przeszywa jego głowę, stanowczo mu to utrudnia. Lampart rozpływa się w gorzkim zapachu migdałów.
Akrobaci odwracają się i widzą ich, jak, mamrocząc inkantacje, ocierają broń ze świeżej posoki. Przy drzwiach stoją, w dumnych pozach, Dieva Deli, mityczni przewodnicy Słońca, piękni, lecz w niepokojący sposób, jak piękna jest klęska żywiołowa, siejąca zniszczenie. Mają krótko ostrzyżone, jasne włosy, drapieżne oczy i szaty koloru kości słoniowej. Pierwszy z nich trzyma w ręku długą, wysadzaną szafirowymi kamieniami włócznię, z ramienia zwiesza mu się żelazny łańcuch, znak pokuty, drugi zaś opiera się na ozdobionej głowami wężów klindze paradnego miecza o rozdwojonych na wzór litery V ostrzach.
- Akrobaci. – mówi pierwszy ogromnym głosem.
- Czy chcecie zawisnąć na krzyżach, tak, jak inni, wam podobni? – pyta drugi, śmiejąc się szyderczo.
- Wiecie, co powiadają: Maledicus omnis, qui pendet in ligino. – kończy pierwszy, unosząc lekko brew. Mężczyzna hojnie obdarza ich lekko znudzonym spojrzeniem zza długich rzęs.
- Zagradzacie mi przejście – stwierdza, po czym wyciąga własną długą katanę z sayi, i przecina jednego z nich na pół. Krew koloru królewskiego błękitu tryska na marmurową podłogę, przypominając wyjątkowo makabryczną fontannę.
Drugi charczy coś w niezrozumiałym języku, paradny miecz podnosi wysoko, jakby w geście zademonstrowania swojej siły i przystępuje do ataku, mężczyzna jest jednak szybszy.
Bordowooka otwiera szeroko ślepia ze zdumienia. Zastanawia ją nadzwyczajna siła smukłego Akrobaty, i ta unikalna łatwość, z jaką pokonał jednego ze Strażników Światłości, słynących przecież z mocy i niesłychanego okrucieństwa.
Ciemnowłosy mężczyzna w masce pochyla się lekko, zanurza dłoń w rozlanym na podłodze krwawym śladzie, po czym zręcznie uchyla się od ciosu, odskakuje na najbliższą ścianę. Czerwonymi oczami mierzy żonglującego starodawnymi przekleństwami przeciwnika. Cienka brew ponad długimi rzęsami mruży się niebezpiecznie.
Akrobata odpycha się szybkim ruchem od ściany i przepoławia również drugiego, a później podbiega do nastolatki i rękojeścią miecza niszczy jej kunsztowną, kolorową maskę.
Itzpapalotl oddycha głośno, oburzona do głębi, mężczyzna przygląda się jej bacznie, z wypiekami na twarzy. Nagle ściąga własną maskę i, jakby w geście protestu, rzuca ją na podłogę. Kawałki drewna rozbryzgują się na podłodze, niczym deszcz na szybie. Dziewczyna mruga powiekami, patrzy na piękną, trójkątną twarz o zadziwiająco arystokratycznych rysach, długi, prosty nos, dziwnie znajome, blade, wąskie usta i czuje, jak w jej sercu otwiera się stara, wyjątkowo głęboka rana.
- Br...bracie?
Mężczyzna kiwa lekko głową.
- Siostro.
Dziewczyna przygryza wargę, powieki zamykają się gwałtownie. Znów próbuje sobie przypomnieć, obrazy jednak nie zamierzają się jej słuchać, biegają bez wyraźnego sensu po jej głowie. Wydaje się, iż jedynie, co może zaproponować, to pomoc.
- Dokończmy to wspólnie – prosi, ścierając cieknącą po brodzie stróżkę krwi.
- Nie. – mówi mężczyzna, odpychając ją stanowczo - Akrobaci pracują w pojedynkę.
- Idiotyczny argument.
- Odsuń się.
Dziewczyna przewraca oczami, próbuje coś powiedzieć. Mężczyzna ucisza ją jednym gestem.
- Powiedziałem Ci już przedtem, nie nawykłem do tego, by się powtarzać. jeśli nie ustąpisz mi z drogi, zabiję Cię. Dalsza konwersacja jest bezcelowa – zakańcza triumfalnie, po czym kroczy dumnie do ostatnich wrót. Dziewczyna podąża w ślad za nim, zachłannie obserwuje wszystkie jego ruchy.
- Uparta dziewucha – mówi mężczyzna, a później wspólnie przechodzą poprzez ostatnie drzwi.
Pomieszczenie jest wysokie i prawie puste, wszystkie ściany pokryte są gęsto rozmaitymi trybami i kołami zębatymi, wzdłuż czarnej, marmurowej posadzki, pną się drobne korzenie kwitnącej na różowo sakury. Dziewczyna podchodzi do jednego z drzew, dotyka delikatnych kwiatków opuszkami palców.
- Kiite gokuraku mite jigoku... – cytuje stare, japońskie przysłowie, uśmiechając się do siebie, po czym słyszy dochodzący wprost spod jej stóp cichy, choć piękny, pełen tęsknoty i oczekiwania, śpiew.
Dziewczyna schyla lekko głowę i widzi siedzącego pod drzewem wielkiego, orientalnego kota. Zwierzę jest pokryte bardzo jasną sierścią, migdałowe, głęboko osadzone ślepia utkwione ma w kolorowych resztkach maski pozostałych jeszcze na jej młodziutkiej twarzy.
- Dokąd śpieszysz, Córko Słońca, ze srebrnymi grabeczkami? Siano grabić chcę nad Dżiwiną przy porannym Auseklisie – śpiewa, oblizując wargi małym języczkiem. Akrobatka przygląda mu się bacznie, jak gdyby chciała przez wątłe ciało dojrzeć jego kocią, niczym nieskrępowaną duszę.
- To pieśń z epoki Poza. – mówi, marszcząc brwi. poprzez chwilę próbuje przypomnieć sobie, co było dalej, lecz nie potrafi.
Być może minęło zbyt sporo lat, myśli, po czym z powrotem podejmuje dialog z wpatrzonym w nią stworzeniem:
- Czyżbyś żył aż tak długo? – pyta ciekawsko, liczy na wyczerpującą odpowiedź. Kot nie odpowiada, zwinnym ruchem wskakuje na drzewo, tęskne spojrzenie kieruje pod sam dach przeklętego budynku.
- Spójrz w górę, akrobato – prosi, po czym rozpływa się w oparach gęstej mgły. Dziewczyna spełnia jego życzenie i czuje, jak jej serce zalewa fala ciepłego zachwytu.
Nad kruczym sklepieniem, zaplątana w zgrzytające wściekle koła zębate, wisi najpiękniejsza istota, jaką kiedykolwiek widziała, o sporo piękniejsza nawet od samych Strażników Słońca. Ma białe, długie, sięgające stóp, powtykane niechlujnie w co niektóre trybiki włosy, kobiecą, owalną twarz i blade, współczujące oczy, okalane równie śnieżnobiałymi rzęsami. Długie, rozłożone rozpaczliwie kończyny oplatają grube gałęzie kwitnącej wiśni, palce powykrzywiane są na różne strony, na zbroczonych ciemno-czerwoną krwią nadgarstkach lśnią srebrne bransoletki. Usta koloru płatków królewskiej lilii poruszają się delikatnie, szepcząc rozpaczliwie tęskne modlitwy, słowa z jego warg wbijają się mocno w lśniące, gładkie ściany, rozbłyskując co chwila fantastycznymi barwami tęczy.
Dziewczyna klęka na kolana, rękami obejmuje głowę. W umyśle słyszy głos, przejmujący, dobry, senny.
- Ergo lepra Jobi et claves Pietri sum, ergo principulium et finis, bellum et benedictio. Morpheus sum. Vitam vestram manibus meis teneo.
Itzpapalotl mruga powiekami, czuje na ramieniu dotyk czyjejś ciepłej ręki.
- Wiesz, co to oznacza? – pyta jej brat, ciągle uspokajająco gładząc ją po łopatce - To oznacza, iż oddał nam władzę swojego imienia. Myślę, iż my tez powinniśmy się przedstawić.
Nastolatka patrzy uważnie na brata, po czym kiwa potakująco głową. Serce uspokaja się, jego rytm powoli staje się spokojny, wręcz flegmatyczny.
- Jestem Itzpapalotl, to oznacza „Obysydianowy motyl” i słuchają się mnie dusze umarłe i nad ogniem sprawuję pieczę – mówi, z godnością unosząc podbródek. Mężczyzna skłania lekko głowę ku dołowi.
- A ja jestem Huizilopochtli, to oznacza „Koliber Który Przybył Z Lewej Strony” i zarządzam wojskiem, co jest jak gwiazdy liczne i mam władzę, nad słońcem w zenicie. I dziś oddasz mi własne pragnienie – dodaje zuchwale. Białe oczy boga odwracają się w jego stronę, cała komnata wybucha przepełnionymi gniewem słowami:
- jeśli je znajdziesz.
Mężczyzna unosi pewnie brwi, wzdycha przeciągle. I nagle robi coś dziwnego. Przenosi ciężar ciała na palce stóp, katanę chowa w skórzanej sayi, zamyka oczy i wybija się w górę.
Itzpapalotl krzyczy coś za nim, sama nawet nie wie, co, lecz on już nie słyszy. Wznosi się coraz wyżej i wyżej, a kiedy już znajduje się twarzą w twarz z Władcą Boskich Snów, mocno przytula się do niego i gwałtownym, mocnym ruchem wyrywa mu serce.
W pomieszczeniu zapada kompletna cisza. I nagle, rozpoczyna się apokalipsa. Drzewa w pośpiechu gubią własne kwiaty, słowa wytryskują nieokrzesanym strumieniem ze szklanych ścian. Itzpapalotl przygląda się zjawisku z rosnącą paniką. Wie, co się stało: Morfeusz krzyczy, a jego krzyk jest donośny, niczym anielska trąba, pełen rozpaczy i niewypowiedzianej wściekłości.
Rubinowa posoka spływa powoli z bladego, boskiego ciała wprost na marmurową posadzkę, która, jakby pod jej ciężarem, rozpoczyna nagle pękać.
Nastolatka kurczowym gestem chwyta się za włosy, zaledwie rozpoczyna czuć wiatr na swojej skórze i nawet nie zauważa, kiedy silne, męskie ramiona otulają ją w opiekuńczym geście.
Obysydianowy Motyl wtula szczupłą, młodzieńczą twarz w czarną szatę brata, łzy spływają z jej spiczastej brody, wprost na jego dłonie, palce zaciskają się kurczowo na mocnych ramionach. Wspomnienia, nienaturalnie żywe, pełne cieni i światła przepływają poprzez jej umysł rwącym strumieniem, lśniąc w martwym świecie Gnijących Bogów Dawnych Epok, niczym Poranna Gwiazda.
- Już pamiętam – szepcą jej blade usta, a mężczyzna, na te słowa, wkłada jej w rękę coś lepkiego, owalnego, jakby tętniącego.
Dziewczyna czuje pod palcami bijące wibracje boskiej mocy, już rozumie, co trzyma w dłoni. Podnosi głowę, spogląda w bliźniacze, rdzawe tęczówki i uśmiecha się, chociaż z oczu ciągle leją się przeźroczyste, słone krople.
- Wiesz... jak już stąd wyjdziemy... jak już stąd wyjdziemy, odejdziemy na zawsze – mówi szybko, jak gdyby w obawie, że nie zdarzy przekazać mu wszystkiego, co chce - Zamieszkamy gdzieś wspólnie, może na pustyni? Będę Ci piekła każdego dnia ciasteczka, kruche, w kształcie rybek... takie, jakie robiła nam mama... w tamtym świecie... W tamtym domu...
Mężczyzna kiwa głową przecząco, ponownie przytula do siebie dziewczynkę, mocno, stanowczo, odpychając wszystkie jej lęki.
- Bredzisz – w jego spokojnym, beznamiętnym głosie słychać iskierki uśmiechu.
Itzpapalotl zaciska mocno powieki, pozwala sobie poczuć chłodne macki wiatru bardziej, niż dotychczas. Już więcej nie będzie się bała.


***

Dziewczyna otwiera oczy, rozgląda się wokoło. Leży na wyschniętej ziemi, gdzieś poza Miastem, z dala od Fabryki, otulona subtelnym blaskiem stojącej przed nią tajemniczej postaci. Głowa Południowego Kolibra spoczywa spokojnie na jej nagich, kościstych kolanach, połamanymi palcami gładzi go po długich, czarnych włosach.
Jaśniejąca postać ma misternie zdobioną, złotą szatę i srebrny, starannie zapleciony warkocz, na nim zaś duży, wysadzany drogimi kamieniami diadem. Opiera się nonszalancko o zaprzęgnięty w siedmiogłową, gniadą chabetę, rydwan, a pod jego stopami, niczym biblijny wąż, wiją się dwa dorodne kwiaty lotosu.
- Ty – mówi dziewczyna - Ty nas uratowałeś.
- Tak - przytakuje świetlista postać, krzyżując ręce na piersiach.
- Dlaczego?
Postać nie wymienia wyrazu twarzy, lecz w jej głosie słychać uśmiech.
- by odebrać wam to, co przed chwilą ukradliście.
- Zabijesz nas? – pada pytanie, na które odpowiedź jest prosta, tak prosta, iż aż groteskowa.
- Tak.
Itzpapalotl uśmiecha się nieznacznie, wzrok wbija w brata.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? – pyta, oddychając lekko - faktycznie w to uwierzyłam. Uwierzyłam, iż to już koniec.
Na te słowa leżący na jej kolanach porusza się lekko, wargi wykrzywia w delikatnym uśmiechu, otwiera powoli przedtem przymknięte powieki. Dziewczyna ciągle gładzi go troskliwie po głowie, wzrok ma nieruchomy, umysł czysty, duszę ciągle wyzbytą wszelkiego strachu. Nagle pod jej stopami rozpoczyna rosnąć trawa, purpurowe chmury rozstępują się, ukazując nieprzyzwoicie błękitny nieboskłon. Atmosfera, nie wiadomo dlaczego, momentalnie przesyca się zapachem kwitnących lilii i słodkim smakiem truskawek. Świetlista Postać wypatruje się w dziewczynę z niekłamanym podziwem.
Huizilopochtli patrzy w niebo, zachwycony jego intensywnym kolorem.
- Przecież tj. koniec – mówi, po czym jego głowa stacza się po jej kolanach, a kolibrze serce przestaje bić. Postać wyciąga rękę w stronę Itzpapalotl.
- Oddaj– prosi, a kiedy dziewczyna podaje mu je, on nagle klęka przed nią i dotyka lekko jej czoła, szepcząc do drobnego ucha:
- Dziękuję. A kiedy przepłyniesz już Styks i staniesz oko w oko z Hadesem, napluj mu w twarz i powiedz, iż Surja go pozdrawia.
Dziewczyna pada na ziemię, nieżywa, we włosach błyszczą ślady kolorowej maski. Postać ściska mocno w garści boskie serce i patrzy prosto w ostre słońce, niemalże dorównujące mu ciepłym, niewymuszonym blaskiem. Paznokcie zanurzają się powoli w tętniącym jeszcze narządzie, po długich palcach powoli spływa bordowa krew, kapie na wyschnięta, bezimienną ziemię.
Czeka nas jeszcze sporo wojen, myśli postać, i sporo wrogów do pobicia, a ten świat dalej będzie się rządzić własnymi prawami, a dzieci będą ginąć, zanim jeszcze nauczą się porządnie żyć. To takie smutne.
Cykady, w duecie blond-włosą dziewczyną, mruczą sennie żałobną pieśń.