pudełko co to jest
Definicja: słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Pudełko

Słownik: Opowiadanie wygrało pewien konkurs, jednak uznałam iż jest najlepszym kandydatem również i do tego. Miłej lektury.
Definicja: Od dłuższego czasu było zupełnie ciemno. Ulice rozświetlały latarnie i blask lamp pozapalanych w domach. Pomimo raczej niesprzyjających warunków do robienia zdjęć, ulicą szedł młody fotograf pogwizdując cicho. Czarny płaszcz zapiął wysoko pod szyję, opatulił się szalikiem i głęboko wcisnął na głowę czapkę. Na ramieniu miał dużych wielkośćów torbę, której kształt wyraźnie przypominał obiektyw. W ręku niósł statyw. W pewnym momencie skręcił w stronę kamienicy. Wyjął z kieszeni klucze, otwarł drzwi i powędrował schodami w górę. Wyminął po drodze mieszkanie sąsiadki, z którego dochodziły odgłosy świadczące o toczącym się w środku przyjęciu. Uśmiechnął się pod nosem i doszedł na trzecie piętro. Wszedł do mieszkania, zapalił światło i zaczął się rozbierać.
- Już jestem! – zawołał w stronę słabo oświetlonego wnętrza.
Nikt mu nie odpowiedział. Nieco zdziwiony zdjął buty i zapalił następne światło. Na środku pokoju stała kanapa. Na kanapie leżał na plecach mężczyzna. Ręce i nogi miał rozrzucone, lekko otwarte usta i przymknięte powieki Fotograf położył torbę i statyw na ziemi i podszedł do niego. Przysiadł na ziemi w okolicy i przyglądał mu się poprzez chwilę nie bardzo wiedząc, co zrobić.
- Michał? – mruknął pod nosem i chwycił leżącego za ramiona. – Ty mnie… słyszysz?
Odsunął zaniepokojony ręce i przyłożył ucho w okolicach serca, spodziewając się delikatnych uderzeń. Uniósł dłoń ponad jego usta, czekając aż poczuje powolny, delikatny oddech.
Po chwili dotarło do niego, iż chyba czeka za długo.

Po dziesięciu minutach zjawiła się karetka pogotowia. Przed budynkiem stała czarnoskóra kobieta w długim płaszczu i rozglądała się uważnie. Natychmiast podbiegła do sanitariuszy i zaprowadziła ich na miejsce wypadku. Kiedy fotograf piętro ponad nią przerażony rozbił kilka talerzy, klnąc i usiłując znaleźć w zagraconej kuchni telefon, usłyszała go poprzez uchylone okno. Zajrzała do niego upewnić się, czy z pewnością wszytko jest w porządku. Poza stwierdzeniem faktu, iż nic w nim nie jest, przysłała z przyjęcia swego znajomego, który był lekarzem i zaczął fachowo badać nieprzytomnego z kanapy. Fotograf chodził w kółko po pokoju wyraźnie nie wiedząc jak się zachować. Posadziła go na krześle i kazała się uspokoić, a sama oznajmiła iż idzie przed budynek wypatrywać służb ratowniczych. Kiedy tylko wyszła, fotograf od razu wstał. Chodził wokół pokoju do czasu przyjazdu sanitariuszy. Powiadomieni o domniemanym stanie nieprzytomnego mężczyzny od razu załadowali go na nosze i znieśli do karetki.
- Chwileczkę! Ja go nie zostawię! Jadę z wami! – chłopak zbiegł za nim po schodach.
- Nie ma mowy – powiedziała beznamiętnie sanitariuszka w średnim wieku. Już-już zatrzaskiwała drzwi, kiedy ten chwycił je mocno i otworzył na nowo. Wypchnęła go z karetki i krzyknęła. – Co ty wyprawiasz? Chcesz go uratować czy wysłać na tamten świat?!– trzasnęła drzwiami przed jego nosem i samochód ruszył. Chłopak stał na jezdni ciągle bez butów, i przyglądał się odjeżdżającemu pojazdowi. Przypomniało mu się, jak do tego momentu było mu dobrze...

Studiował swój wymarzony kierunek. Od zawsze pasjonowała go fotografia, i nie rozstawał się z aparatem, nawet, kiedy szedł kupić gazety. Szczególnie lubił fotografować ludzi. W domu miał kilka tys. zdjęć – czasem wyciągał jakieś starsze serie i wspominał okoliczności, w jakich powstawały. Jego starszy brat – Michał - uwielbiał kino. Miał tyle marzeń, i to nie tylko z filmem związanych, iż nie mógł ich zapamiętać. Już dawno wpadł na pomysł, aby te najważniejsze spisywać i wrzucać do tekturowego pudełka. Co jakiś czas zaglądał tam i zadowolony przyglądał się, jak etapowo urzeczywistnia je. Jakiś czas temu zaczął spełniać te największe. Pojechał szukać szeroko rozumianego szczęścia do Sydney - wyboru miejsca dokonał, celując strzałką w mapę przypiętą do tablicy korkowej. Zebrał kapitał, spakował torbę i wsiadł w samolot.
To było już prawie dziesięć miesięcy temu. Teraz w Polsce zaczynało się lato, a w Australii łagodna zima. Nadszedł chwilę na odwiedziny. Pamiętał, jak wyglądała podróż – przecież przyleciał przedwczoraj. Wziął osobną torbę z wałówką od rodziców, ponieważ nie mogli się zdecydować, które wyroby mamy są idealne. Później oglądał zabawny pokaz na wypadek katastrofy przed startem, a w czasie lotu jeszcze jakieś dwa filmy. Przesłuchał nie wszystkie płyty, na które nie miał nigdy czasu i ciągle nie był na miejscu. Ktoś jakby z oddali zawołał go po imieniu. I jeszcze raz. Nareszcie wysiadł ze samolotu i odnalazł Michała w terminalu. Nic się nie wymienił. No, może w szczegółach...
- Julian, co ty wyrabiasz! Do domu, kretynie! – usłyszał głos. Potrząsnęła nim czarnoskóra sąsiadka. Terminal zniknął i z powrotem pojawiła się ciemna aleja, na którą wybiegł za sanitariuszami, a ona za nim. Spojrzał na nią nieprzytomnie. Kobieta ucichła i próbowała sobie wyobrazić, jak bardzo musi być zagubiony. Odwróciła się na chwilę i pociągnęła w stronę budynku. Wbrew woli zaczęła go pocieszać i, pomagając wchodzić po schodach, wymyślać inne możliwe scenariusze sprawy. Popchnęła drzwi do jego mieszkania, pozwalając mu wejść pierwszemu. Julian zrobił kilka kroków w stronę kanapy, na której znalazł nieprzytomnego Michała. Spoglądał niepewnie na stolik, na którym rozsypany był biały proszek. Nie było go sporo, lecz wyróżniał się na tle gazety. Usiadł ciężko słuchając tyrrady sąsiadki. Nie wyglądało na to, iż ma zamierzenie skończyć. Rozejrzał się wokoło.
- Diana? – przerwał jej nagle wpół słowa. – Możesz się zamknąć?
- Och… - zająknęła się lecz od razu dodała rzeczowo. - Pewnie. Chcesz herbaty?
- Lepiej czegoś, po czym stracę świadomość.
- Zaraz skoczę po coś na sen i zaparzę miętę. Siedź spokojnie – uśmiechnęła się ciepło i wyszła.
Julian zmrużył oczy i spoglądał zaciekawiony na gazety. Nie mógł w to uwierzyć. To musiała być pomyłka. Nie Michał. To zupełnie do niego nie pasowało. Przetarł czoło ręką i rozejrzał się za pilotem. Bliżej leżał ten od radia. Włączył je i podkręcił dźwięk. Przełączył kilka stacji i podciągnął kolana pod brodę. Przymknął oczy i ku swemu przerażeniu zobaczył cały koszmar od początku. Szybko otwarł je powrotem i rozejrzał się po mieszkaniu. Siedział na stylowej, krwistoczerwonej sofie. Ściany miały kolor słońca. Wisiały na nich plakaty videoów oprawione w ramy, nierzadko z czyimiś autografami. W kuchni panował nieporządek – ze zlewu wystawały brudne naczynia, na stole stało kilka pustych butelek. Na kafelkowej podłodze leżała szmata i trochę rozsypanego makaronu. Stamtąd można było przejść do niewielkiego pokoiku, w którym stało łóżko i rozłożony fotel, na którym bracia chcieli spać na zmianę. Im dłużej Julian spoglądał na to wszystko, tym bardziej napełniało go to żalem. I nagle dostrzegł coś, co przepełniło czarę. Na szafce stało pudełko. To, które towarzyszyło Michałowi od zawsze. Podszedł powoli do niego i zdjął pokrywę. Coś się nie zgadzało – w środku było pusto. Ani jednego życzenia. Zamknął je i zamyślił się.
Po kilku minutach Diana wracała do góry z metalowym kubkiem zatrzymującym ciepło, torebką mięty i środkiem nasennym. Popchnęła delikatnie drzwi i zawołała Juliana. Weszła do pokoju i zobaczyła, iż zdążył zasnąć na sofie. Trochę zrzedła jej mina, lecz postanowiła go nie budzić. Nakryła go tylko przyniesioną z pokoju kołdrą i pogasiła światła, po czym wróciła do siebie.

Julian otwarł oczy. Powoli i leniwie rozejrzał się po pokoju. Czegoś mu brakowało…
- Wstawaj, leniwcu. Już po ósmej – usłyszał znajomy głos. Usiadł na łóżku i podrapał się po głowie. – O właśnie. Uczesz się, ubierz i pomóż mi.
- Jak tu weszłaś? – zapytał Dianę, nadal siedząc.
- A zamykałeś drzwi? – zawołała z kuchni. Po chwili zastanowienia dotarło do niego, iż spał w otwartym mieszkaniu. Weszła do pokoju i kontynuowała. – Pozwoliłam sobie wyrzucić tą gazetkę co tu leżała – mruknęła i wskazała na stolik, na którym wczoraj znalazł proszek. – Uprzątnęłam także kuchnię, ponieważ wczoraj chyba trochę się zdenerwowałeś – przerwała na chwilę, lecz nie rozwijała tematu. - Na koniec wywietrzyłam sypialnię i starałam dać ci się wyspać. Macie pustą lodówkę więc ze śniadaniem będzie gorzej. A u mnie po mojej imprezce nic nie zostało.
Julian rozejrzał się po pokoju. Nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Diana stała na środku pokoju i chyba oczekiwała wypowiedzi na temat śniadania. Miała kręcone, brązowe włosy, które spięła w kucyk, i ciemnozielone oczy. Ubrała się w bluzę koloru khaki w orientalne wzory i dżinsy. Była wysoka i szczupła – czasem nosiła także okulary. Teraz miała je schowane w kieszeni i spoglądała na Juliana wyczekująco.
- Bardzo ci dziękuję za wszystko…
- Ależ drobiazg – przerwała mu natychmiast.
- Nareszcie zapanował tu porządek…
- Wystarczyła odrobina dobrych chęci – wzruszyła ramionami i zadecydowała sama. – Doprowadź się do porządku, pojedziemy odwiedzić Michała. Zjemy na mieście.
Wizyta w szpitalu nie pocieszyła Juliana. Lekarze tłumaczyli zawile, co się stało Michałowi, co mu zrobili i co mają zamierzenie zrobić. Nie zauważyli, iż znudzony ich słowotokiem i trudnością z jego zrozumieniem, Julian zaczął ich ignorować. „Przeklęty mają akcent”, pomyślał niezadowolony i spojrzał na ciągle nieprzytomnego brata. Podłączony był do kilku kroplówek i dopiero w świetle dnia widać było, jak źle wygląda.
- Więc zgadza się pan? – nagle dotarło do niego pytanie. Odwrócił wzrok w stronę specjalistów i spojrzał niewinnie. Oczywiście, nie miał zielonego definicje, o czym mówią.
- Panie doktorze… On jest bardzo wstrząśnięty tym co się stało, i rozumie pan, prosiłabym o chwilę zastanowienia… - wtrąciła Diana.
- Oczywiście – doktor uśmiechnął się i odszedł w stronę innych pacjentów.
Kiedy znalazł się w bezpiecznej odległości, Diana spojrzała na Juliana z wyrzutem.
- On to mówił do ciebie, nie do mnie!
- Prawie nic nie zrozumiałem. Jakby wystrzał karabinu maszynowego przyprawiony jakimiś trudnymi terminami – wzruszył ramionami.
- Chodziło mu o leczenie... – zaczęła.
- Niech robią wszystko, byle tylko żył. To mi wystarczy – nawet nie starał się słuchać Julian i spojrzał w ścianę. – Powiedz im to, dobra? Chciałbym z nim posiedzieć – wskazał głową na Michała.

Po dwóch godzinach, trudnym pożegnaniu, śniadaniu w formie rogalików i kawy i powrotnej podróży metrem znaleźli się w domu. Po drodze zrobili zakupy. Julian wniósł torby do mieszkań i u siebie zajął się rozpakowywaniem. Starał się zachować porządek zrobiony poprzez Dianę, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Wstawił na półkę cukier i poszedł otworzyć. Wysunął rękę, by spojrzeć poprzez „judasza”, lecz okazało się, iż Michał obchodził się bez niego.
- Tak słucham? – wystawił głowę za drzwi.
Okazało się to błędem. Odpowiedź była szybka – nawet nie zdążył się przyjrzeć gościom. Zdecydowana – nie pozostawiała złudzeń, w jaki sposób mają zamierzenie rozmawiać. Jednoznaczna – ponieważ zaraz po niej pojawiło się jej wyjaśnienie w formie okrzyku.
Nagle do niego dotarło, iż chyba traci równowagę. Poczuł niesamowite gorąco na głowie. Wydawało mu się, iż jego nos znajdował się bliżej twarzy, niż zazwyczaj. „Zabawne uczucie”, pomyślał. Zorientował się, iż leży na podłodze, i dotknął ciepłej twarzy. Po chwili spojrzał ciężko zdziwiony na rękę umazaną we krwi. w czasie gdy szeroko otwarły się drzwi, i wpadł poprzez nie zwalisty brodacz. Zamachnął się potężnym ramieniem, celując ponownie w przerażonego Juliana wielgachną pięścią.
- Czekaj, czekaj! – nagle uwiesił mu się na ręku drobny chudzielec, wrzeszcząc karcącym tonem głośno. – To nie ten! – brodacz spojrzał na biadolącego towarzysza zbity z tropu. - Już mu rozkwasiłeś nos, a to nie ten!
Julian nie śmiał się ruszyć. Brodacz opuścił powoli rękę i zaczął mu się przyglądać. Po chwili spojrzał na chudzielca i oparł dłonie na biodrach.
- No fakt. Podobny, lecz to nie ten – pokiwał głową, przyznając się do błędu, po czym zrobił coś nieprawdopodobnego. Wyciągnął do Juliana rękę i dodał: – Sorry, chciałem zrobić efektowne wejście. Nie spodziewałem się, iż otworzy ktoś inny – uśmiechnął się szeroko.
Julian wpatrywał się tępo w faceta, jednak ciągle się nie ruszał. „Kto inny miał otworzyć?” spytał się siebie retorycznie. Otwarł usta ze zdziwienia. Nareszcie brodacz zniecierpliwił się i podszedł do niego, chwycił za ramiona i bez problemu postawił do pionu, po czym posadził na kanapie. Spojrzał na jego krwawiący nos.
- No wiesz, z pewnością dobrze nie wyglądasz, lecz kości chyba ci nie uszkodziłem… - przyjrzał się Julianowi uważnie. Ten zaczął wstrzymywać oddech, czekając na najgorsze. – Ty, człowieku, oddychaj! – brodacz potrząsnął nim intensywnie. – Andy, poszukaj w kuchni, może ma tam jakąś gazę i trochę bandaża.
Miał na sobie skórzaną kurtkę. Oprócz brody nosił jeszcze długie włosy zaplecione w warkoczyk. Z jego twarzy biło niesamowite opanowanie i pewność siebie. Z kieszeni w przetartych dżinsach wystawało coś, czego kształt przypominał nóż. „Cichy Bob z <Clerks>” przemknęło mu nagle poprzez myśl.
- Andy ruszaj się, przecież on krwawi! – Cichy Bob, jak go ochrzcił Julian, zaczął zniecierpliwiony popędzać chudzielca nurkującego w kuchni.
- lecz tu chyba nic nie ma…- odparł Andy zza ściany.
- Idę do ciebie – oznajmił i obrócił się w stronę Juliana. – Poczekaj, zaraz cię opatrzę.
Poszedł do kuchni i obaj zaczęli przeszukiwać szafki. Po chwili, wrócił narzekając na chudzielca.
- Jesteś koszmarny, chłopak tu cierpi a ty…
- Czy to moja wina, iż schował je w tak dziwnym miejscu? – bronił się Andy.
- Jakbyś pomyślał, może byś je szybciej znalazł!
- No wiesz co?!
- No nie wiem, mów – powiedział zaczepnie Bob.
Andy zaciął się. Spojrzał niezadowolony na niego i machnął zrezygnowany rękami.
- Opatrz go. Podobno cierpi.
Cichy Bob parsknął zadowolony i uklęknął przy ciągle przerażonym Julianie. Delikatnie ułożył mu na nosie gazę, umożliwiając oddychanie, i owinął fachowo bandaż wokół głowy. Andy przyglądał mu się z bezpiecznej odległości. Spojrzał na dzieło kumpla zadowolony, a Bob spytał kontrolnie:
- Nie uwiera? Wygodnie założone? To zmieniaj opatrunek co trzy godziny lub jak ci gaza nasiąknie krwią. Smaruj to jakimś tłustym kremem, za kilka dni zostanie tylko opuchlizna, a później będzie dobrze – uśmiechnięty poklepał pacjenta po plecach i przeszedł do sedna. – Nie ma Michała?
Julian przecząco pokiwał głową.
- ponieważ wiesz, ten raz był dla niego. Jak nie zapłaci poprzez najbliższy tydzień, wymierzę mu taki, tylko celniej – powiedział kompletnie poważnie Cichy Bob.
- Nie zapłaci? – wyrwało się Julianowi. – Za co?
- Wydawał się wiarygodnym klientem, więc odpaliłem mu trochę towaru na kredyt. Zabrakło mu gotówki. Widzę, iż popełniłem błąd – stwierdził Cichy Bob, jakby mówił o pogodzie. – Otrzymał wiele czasu na spłatę i wie, jak nas znaleźć – dodał i obrócił się w stronę wyjścia. Przystanął nagle i spojrzał ostatni raz na Juliana. Spytał, siląc się na obojętność. – A ty? Co tu robisz?
- Ja? Przyszedłem oddać video – skłamał gładko Julian.
- Ach. Dla dobra Michała przekaż mu moje przesłanie – zakończył poetycko i uśmiechnął się przesadnie słodko. – Jeszcze raz przepraszam cię za ten nos.
Wyszli obaj bez pożegnania. Andy zamknął cicho drzwi i zostawili długo jeszcze oniemiałego Juliana na kanapie. Oto poznał dostawców swojego braciszka… Sarkastycznie stwierdził, iż to musiało być jedno z marzeń brata, z którego się nie zwierzał. Nawet swojemu pudełku.

Nabrał ostrożnie powietrza poprzez nos. Opatrunek rzeczywiście był dobry. Po chwili wstał i wrócił do kuchni rozpakowywać zakupy. Robił to szybko, prawie nie widząc tego, co trzyma w rękach. Wkrótce okazało się iż skończył i zadowolony zajrzał na półki. Postanowił zrobić coś, co zajmie całą jego uwagę i odciągnie go od rozmyślania nad wydarzeniami z ostatnich dwudziestu czterech godz.. Była rzecz, która mogła go pochłonąć kompletnie. Zrobił krok i spojrzał na stół. Zmrużył oczy i po chwili rzucił okiem na lodówkę. Wodził wzrokiem pomiędzy tymi dwoma rzeczami coraz bardziej zaniepokojony. Ostatecznie spanikowany otwarł gwałtownie zamrażarkę. Poczuł na twarzy zbawienne dla jego nosa chłodne powietrze. Na frytkach leżał jego ukochany aparat fotograficzny. Julian oniemiały pokiwał głową, próbując zrozumieć, co się dzieje. Nareszcie puściły mu nerwy i rzucił sprzęt na stół. Cisnął drzwiczkami od zamrażarki i odsunął się od niej.
Po chwili otarł aparat z wody i sam przeniósł się na kanapę. Z szeroko otwartymi, przerażonymi oczyma zwinął się w kłębek, tak jak poprzedniego wieczoru, i postanowił zasnąć. Coś musiało być z nim nie tak, jeżeli przestał odróżniać litrowe pudełko lodów od ukochanego aparatu fotograficznego. Nareszcie powiodło mu się uspokoić oddech, przymknąć oczy i pomyśleć o domu. Zaczął delikatnie się uśmiechać, po czym podskoczył na kanapie. Zaklął i zdenerwowany usiadł.
Dzwonek do drzwi.
Podniósł się i pełen obaw skierował w stronę drzwi. Otwarł wąską szparę i spytał cicho.
- Tak słucham?
Tym wspólnie wyrobił sobie refleks i odskoczył od drzwi, jak tylko poczuł, ze nie jest w stanie ich zatrzymać. Pojawiła się w nich drobna dziewczyna. Julian zdziwił się, jak silna była, iż bez trudu poradziła sobie z bądź co bądź głowę wyższym facetem. Spoglądała na niego wściekłymi niebieskimi oczyma. Spod modnej czapeczki w kratkę wystawały długie blond włosy, opadając na tak samo modną, brązową marynarkę. Dłonie w rękawiczkach w paski oparła na biodrach i nerwowo stukała stopą w kozakach do kolan, ponad którymi zaczynały się beżowe spodnie. Na szyi zawiązała szalik pasujący do czapki i rękawiczek. Było w tym wszystkim jej bardzo do twarzy. Spojrzała na Juliana i dotarło do niego, iż chyba szuka zazwyczaj urzędującego tutaj Michała.
- Gdzie on jest?! – krzyknęła wściekła i wpadła do mieszkania.
Julian nawet jej nie zatrzymywał. Wyglądała na taką, która w chwili straty panowania nad sobą mogłaby dać w zęby, więc wolał się nie narzucać. Przebiegła trzy niewielkie pokoiki, nie pomijając łazienki i wróciła do drzwi.
- No gdzie on jest? - zapytała bardziej płaczliwie.
- lecz… Kto? – spytał głupkowato Julian.
Natychmiast zrozumiał, iż popełnił – już następny dziś – błąd. Podbiegła do niego i zaczęła nim potrząsać.
- Michał, idioto! Nie rżnij głupa! Oboje wiemy iż tu mieszka! – krzyczała głośno. – Gdzie poszedł? Muszę z nim porozmawiać! Niech wychodzi, jeżeli gdzieś się tu schował! Mam tego dosyć!
poprzez otwarte drzwi do pokoju wpadła Diana. Odciągnęła dziewczynę od zdezorientowanego Juliana i zaczęły się przekrzykiwać. On sam powlókł się w stronę kanapy chwiejnym krokiem i upadł na nią. ciągle bolała go cała głowa po powitaniu dilerów. Diana porzuciła blondynkę i natychmiast zażądała od Juliana wyjaśnień, co stało się z jego nosem. Nie czekając na odpowiedź, doszła o wniosku, iż brała w tym udział nieznajoma i obie znów zaczęły się wykłócać. Jemu samemu wydawało się, iż słyszy kłótnię > poprzez mur. Mało z niej rozumiał – zupełnie jakby znów słuchał lekarza. Obraz zaczął wirować i ściemniać się, i nareszcie Julian stracił przytomność.

- O Boże… - usłyszał westchnienie Diany. – Dzielny jesteś…Tylko się nie przemęczaj.
Otwarł oczy. w okolicy kanapy klęczała jego sąsiadka, układając mu na czole mokrą szmatkę. Na taborecie przyniesionym z kuchni siedziała blondynka, teraz już spokojna. Spoglądała na niego zaciekawiona. Diana obróciła się do niej i pozwoliła jej mówić.
- Więc…
- Z tego co pamiętam, chciałaś go przeprosić – przerwała jej natychmiast Diana.
- Chciałam powiedzieć, iż zrobiłam to, ponieważ przestałam nad sobą panować. Byłam wściekła. Zasadniczo to ja nic do ciebie nie mam. Przyszłam tu do Michała…On jest moim chłopakiem – Julian zmierzył kątem oka po raz następny dziewczynę. No tak, pasowałaby do tego, co zazwyczaj opowiadał jego braciszek. – Chociaż… A akurat ty znalazłeś się tutaj, w dodatku udając ze jesteś tu po raz pierwszy… Wiem, iż mnie to nie usprawiedliwia! lecz… Tak było. Bezsensownie dałam upust swoim emocjom. Przepraszam.
- Wybuchowa ździebko jesteś – mruknął sarkastycznie Julian, powoli odzyskując formę.
- To prawda – uśmiechnęła się słabo i poważnie dodała.. – Proszę, przekaż swojemu bratu, iż mam go dosyć. I iż nie chcę go więcej widzieć – > poprzez dłuższą chwilę milczała, jakby próbowała znaleźć dla siebie usprawiedliwienie. nareszcie zrezygnowała. –To… to aby było na tyle. Do zobaczenia. lub i nie…
Wstała szybko i odniosła taboret do kuchni. Założyła kurtkę i wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi.
- Czy to miało znaczyć, iż ona rzuciła Michała? – szepnął naiwnie Julian i spojrzał na Dianę.
Już chciała rzucić jakaś ciętą uwagę, kiedy spostrzegła, iż on pyta się kompletnie serio.
- No raczej tak – wydusiła nareszcie z siebie.
Zamyślił się. O wszystkim, co dziś się wydarzyło, będzie musiał opowiedzieć bratu. Zaczął się bać tego, co wydarzy się później – ten dzień obfitował w klęski Michała, których on, Julian był świadkiem. Wyglądało na to, iż trzeba będzie zorganizować jakąś kurację odwykową i kapitał na spłatę długu. Był tu dopiero trzeci dzień - nie tak wyobrażał sobie wakacje z dawno nie widzianym bratem.
- Nie martw się. Jakoś sobie poradzimy – powiedziała pocieszająco Diana, jakby wiedziała o czym myśli Julian. Uśmiechnął się do niej słabo i natychmiast zrzedła mu mina.

Usłyszeli następny dzwonek do drzwi, aczkolwiek Julianowi wydawało się, iż to szatański śmiech. lub jęk? Kto wie jak śmieje się diabeł. Diana poderwała się natychmiast i poszła otworzyć. Rozmawiała tam > poprzez chwilę z jakimś mężczyzną, po czym zaczęła stanowczo go do czegoś przekonywać. Julian obrócił się twarzą do kanapy i zaczął po cichu wzywać wszystkich mogących go ratować. nareszcie usłyszał strzępki rozmowy.
- Ależ proszę pana! Nie ma go tu! – zawołała podenerwowana Diana.
- Ależ proszę pani! Pozwoli mi pani spytać tego człowieka leżącego na sofie! – odparł jegomość i odepchnął Dianę z przejścia.
Wszedł do mieszkania i stanął naprzeciw Juliana. Mimo iż go nie widział, chłopak wyczuwał jego obecność. Postanowił udawać, iż go nie ma.
- Dzień dobry, moje nazwisko Meyers, szukam pana Michała. On wynajmuje ode mnie to mieszkanie – Julian ciągle nie zwracał na niego uwagi. – Widzę, ze nie ma go tu. lecz kim wy dwoje jesteście dla niego?
- Ja jestem sąsiadką, mieszkam piętro niżej – odezwała się Diana. – A to jego brat – wskazała głową na leżącego Juliana. - Mieliśmy kilka problemów i jest trochę w szoku, dlatego prosiłabym o skrócenie wizyty – dodała bardzo stanowczo lub jak kto woli wrogo.
- Staram się rozumieć, oczywiście, jednak mam do przekazania istotną informacja – obrócił się do Juliana. – Myślę iż pan powinien o tym wiedzieć –położył na stole kilka papierów. - jeżeli pański brat nie zapłaci do końca tygodnia zaległych czynszów, będę zmuszony go eksmitować.
Chłopak otworzył szerzej oczy. „Misiek, ty idioto” przemknęło mu > poprzez głowę, po czym powoli obrócił się w stronę gościa.
- Wyrzuci go pan? – spytał z niedowierzaniem w głosie.
- Wszystko zależy do niego – powiedział mężczyzna tonem „niezbadane-są-wyroki-Boskie”, po czym uśmiechnął się fałszywie. – Z racji na stan zdrowia, nie będę dłużej państwu przeszkadzać. Do widzenia!
Diana zamknęła za nim drzwi na zasuwkę, a Julian sięgnął po teczkę zostawioną > poprzez pana Meyersa. Czytał bez większego zrozumienia tekstu. Dotarło do niego, iż jak tylko Michał wyjdzie ze szpitala, obaj wracają do Polski. Postanowił spakować wszystkie rzeczy brata i zaraz po jego przebudzeniu wyłożyć kawę na ławę. Podparł zmęczony głowę i nieobecnym wzrokiem wodził po ścianach. Nagle ujrzał szafkę i stojące na niej pudełko. Westchnął i nareszcie zrozumiał, dlaczego jest puste