szept miasta część pierwsza co to jest
Definicja: zabójstwem stoi człowiek, czy siły nadprzyrodzone? Co ma z tym wspólnego duch kobiety i.

Czy przydatne?

Co znaczy Szept Miasta - Część pierwsza

Słownik: Whisper City wstrząsa serja brutalnych morderstw na kobietach. Policja, w tym przypadku bezradna, stara się opanować ciągle rosnącą panikę. Czy za zabójstwem stoi człowiek, czy siły nadprzyrodzone? Co ma z tym wspólnego duch kobiety i ...
Definicja: To już trzecie morderstwo w tym tygodniu – komisarz Thompson przeszedł pod czerwoną taśmą odgradzajacą miejsce wypadku od przerażonych gapiów.
- Niestety nic nie możemy na to poradzić… Morderca idealnie się maskuje, przy pierwszym wypadku nie znaleźliśmy jakichkolwiek śladów… Można aby pomyśleć, iż zna się na tej robocie jak niewiele kto…
- Musiał zostawić jakieś ślady! Zawsze się coś przeoczy! Sprawdźcie jeszcze raz co łączy te trzy morderstwa…
- Jak na razie tylko sposób zabijania ofiary.
- Sprawdźcie kim były!
- Pierwsza, Beatrice Cabot…
- Wiem jak miała na imie! Sprawdź co łączy te trzy kobiety! Może robiły zakupy w tym samym supermarkecie? Chodziły do tego samego klubu? Nie wiem, sprawdź wszystkie możliwe ewentualności…
- Dobrze szefie… - sierżant Davies odbiegł w stronę radiowozu.
- Urwanie głowy – westchnął Thopmson.
- Komisarzu…
- Co znowu?
- Mamy coś… Ofiara to Debra Fabian, dwa miesiące temu przeprowadziła się do Whisper City, nie miała jakichkolwiek znajomych, sąsiad mówi, iż nie przyprowadzała nikogo do domu…
- Świetnie, zbierz jak najwięcej informacji o niej i później porównaj z tymi Daviesa, chcę mieć to jutro na swoim biurku.
- Dobrze komisarzu.
- Tylko pospiesz się! Aha i powiedz Jacksonowi, iż chcę go widzieć, miał mi przygotować wiadomości o drugiej ofierze…
- Tak jest.
Thompson otarł pod z czoła. Nie spał od trzech dni. Zapowiadała się następna nieprzespana noc. Jak na razie wszystko szło na marne – morderca za każdym wspólnie wyprowadzał ich w pole. Nie mieli jakichkolwiek śladów, jakichkolwiek informacji o nim. Wiadome było jedno – na trzech ofiarach nie chce poprzestać. Nie minie noc, a znowu dowiedzą się o następnym morderstwie… Tylko kto to będzie tym wspólnie? Thompson wziął do ręki plastikowy kubeczek z kawą, którą ostatnio wlewał w siebie litrami. W tym momencie zadzwoniła jego komórka. Wyjął ją z kieszeni nie patrząc nawet kto dzwoni.
- Co nowego? – huknął.
- Kochanie, to ja…
- Marry, ile razy mam ci mówić, żebyś niedzwoniła do mnie kiedy jestem na służbie!
- W takim bądź razie po co ci ta komórka?
- A ty po co dzwonisz?
- Martwie się Ben, prawie nie bywasz w domu…
- Marry, nie mogę teraz rozmawiać, mamy następne morderstwo…
- Ojej, która to już?
- Trzecia – Thompson spojrzał z obojętnością na okrwawione ciało, które właśnie wynoszono z budynku. Nagle zdał sobie sprawę jak ogromne niebezpieczeństwo grozi jego rodzinie.
- Wiadomo już coś nowego?
- Nie, prócz tego, ze wszystkie były młodymi kobietami. Kochanie, proszę ciebie uważaj na siebie, zamknij się najlepiej domu i nie wpuszczaj nikogo, dobrze? Nigdy nie wiadomo, kto może być kolejny…
- Dobrze, lecz ty obiecaj, iż weźmiesz sobie chociaż dzień wolnego…
- Thompson!
- Marry muszę kończyć… Smith mnie woła… Obiecaj, ze będziesz na siebie uważać!
- Thompson, macie cos nowego?
- Obiecuję – odpowiedziała tylko pani Thompson.
- Powiedziałem chłopcom, tak aby zgromadzili wiadomości o wszystkich trzech ofiarach – powiedział komisarz pospiesznie chowając komórkę do kieszeni.
- Skąd pewność, iż za zabójstwami stoi ta sama osoba? – spytał Smith biorąc kubek z kawą.
- Wszystkie ofiary zostały zabite w ten sam, makabryczny sposób…
- lecz skąd pewność, iż to z pewnością ta sama osoba? Może ktoś się pod nią podszywa?
- Kopiując sposób zabijania? Wątpie. Morderstwa były znakomicie obmyślone, pierwsze miało miejsce pięć dni temu. Nawet gdyby ktoś chciał zabijać w ten sam sposób nie miał aby czasu na obmyślenie takiego planu. Ponieważ trzeba przyznać, iż ktoś musiał planować te morderstwa miesiącami…
- Dobrze, informujcie mnie na bieżąco o przebiegu śledztwa. I powiedz jeszcze Morgan by precyzyjnie sprawdziła wszystkie zwłoki… Może ofiary miały coś ze sobą wspólnego?
- Już jej to przekazałem.
- To dobrze. Miej oczy dookoła głowy Thompson…
- Będę miał inspektorze… - Ben usiadł na pobliskiej ławeczce. – Davies, przynieś mi jeszcze jedną kawę! Zapowiada się ciężka noc…


* * *


w czasie gdy, pare kilometrów dalej, na nowoczesnym osiedlu, zamieszkałym zwykle poprzez nadzwyczajnie nadzianych snobów Jenny Patersson oglądała informacje na miejscowym kanale TWC+.
- „... trzecią ofiarą okazała się Debra Fabian, młoda bibliotekarka w Liceum Abrahama Lincolna. Na miejscu wypadku jest Alex Sarvinn. Alex czy wiadomo coś nowego w kwestii morderstwa?
-Niestety Sam, policja dla dobra śledztwa nie zechciała udzielić nam szczegółowych informacji. Wiadomo, iż za morderstwami stoi ta sama osoba, stwierdzić to można chociaż aby po sposobie zabijania – za każdym wspólnie znajdowano kobietę z wyrwanym sercem. Policja, która jak sama mówi jest blisko odnalezienia sprawcy ostrzega samotne, młode kobiety, by miały się na baczności –nigdy nie wiadomo kto będzie kolejny…
-Dziękuję Alex, a teraz wróćmy do…”.
Jenny wyłączyła telewizor i odłożyła pilot. „Straszne” – pomyślała wstając z wygodnej skórzanej kanapy. Spojrzała na zegarek.
- Morton powinien być już dawno w domu – powiedziała do rudego kota, który przemknął jej pod nogami. Rudzielec odpowiedział jej tylko wymownym miauknięciem i leniwie rozciągnął się na zwolnionej kanapie. >>>w czasie gdy pani domu dopadła już do telefonu wystukując już numer męża.
- Nie, nie popadajmy w paranoje… - powiedziała sama do siebie odsuwając od siebie telefon. – Ofiarami padają młode kobiety, a nie czterdziestoletni mężczyźni… Morton zaraz będzie w domu, pewnie wystąpiły jakieś komplikacje >>w czasie operacji…
Morton Patersson – uznany w Whisper kardiochirurg był ordynatorem w miejscowym szpitalu przy 67 alei.
- A my >>> >>w czasie gdy nakarmimy Rufousa – powiedziała wyjmując z szafki suchą karmę dla kota. Rudzielec spojrzał na nią leniwie zza skórzanej kanapy. Ta wiadomość najwidoczniej nie wywarła na nim najmniejszego wrażenia.
- Rufous! – zawołała Jenny – patrz co tu mam! Pyszne mięsne kawałki, ponoć rozpływają się w ustach, tak mówili w reklamie.
Rufous odpowiedział jej tylko lekceważącym spojrzeniem, które zapewne miało oznaczać „Sama se to żryj”.
- Kotku? Co z tobą?
Rudy miauknął leniwie i rozciągnął się na kanapie. > >>w czasie tej operacji potrącił pilot, który upadł z hukiem na ziemię włączając telewizor.
- „…to tylko sprawa czasu, kiedy rozgryziemy tą sprawę. Mogą być kraj pewni, iż już niedługo morderca znajdzie się za kratkami…”
- Oh nie, a ci znowu o tym! – Jenny odłożywszy karmę dla kota podeszła do kanapy i dzięki pilota wyłączyła telewizor.
W tym momencie światło mrugnęło i… zgasło.
Rufous wydał przeraźliwie miauknięcie i z szybkością błyskawicy zeskoczył z kanapy chowając się pod stolikiem do kawy.
Jenny zamarła.
- Spokojnie, to tylko światło… Tylko światło… - uspokajała bardziej siebie niż kota po omacku wędrując do kuchni, gdzie w jednej z szuflad trzymała latarkę i świece. – Wszystko będzie dobrze… Pani zaraz zejdzie do piwnicy i…
Na samo wyraz piwnica Patersson otrzymała gęsiej skórki. Bała się, to nie ulegało wątpliwości.
- To straszne, tak aby w tak dobrej dzielnicy zabrakło prądu, to skandal… - mówiła sama do siebie byle tylko tylko zabić tą przerażającą ciszę. Zapaliła latarkę. Jej nikłe światło nie zaspokoiło jednak potrzeb dużego salonu. Dalej było ciemno.
- Rufous… gdzie jesteś? – spytała drżącym głosem Jenny. – Gdzie jesteś? Rufous… Dlaczego nie odpowiadasz?
Biedny Rufous, który wydawał się inteligentniejszy od swojej pani zapewne złapał się teraz za głowę. Biedna Jenny ze strachu nie wiedziała już co wygaduje.
- To słuchaj ja zejde to piwnicy i zobacze, może do coś z bezpiecznikami… - Jenny drżąc na całym ciele powoli, przylegając plecami do ściany zaczęła posuwać się w stronę schodów. „To nic takiego… zwyczajny bezpiecznik” – powtarzała, chcąc dodać sobie odwagi. W tym momencie coś przemknęło jej pod nogami. Przerażona krzyknęła wypuszczając z rąk latarkę, która upadła na ziemię roztrzaskując się. Zgasła.
Jenny oddychając bardzo szybko powoli schyliła się po latarkę. W tym momencie usłyszała kroki na schodach. Krew zastygła jej w żyłach. >>>> > >>w czasie gdy kroki zbliżały się, przyprawiając Patersson o drgania o raz większych amplitudach (haha lecz suchar:PP przepraszam, nie mogłam się powstrzymać:PP – dop. Autora). Usłyszała powolne, chrapliwe sapanie. Niemal już czuła oddech mordercy na swojej szyi…
- BŁAGAM NIE ZABIJAJ MNIE! – krzyknęła porywając z ziemi latarkę i rzucając nią w przestrzeń.
- Jenny? – ujrzała na schodach światło latarki.
- Morton! lecz mnie przestarzyłeś!
- A jak ty mnie! Co się stało? Dlaczego rzucałaś latarką?
- W wiadomościach mówili o tych morderstwach… nagle zgasło światło i ja…
W tym momencie żarówka nad jej głową błysła i zapaliła się ukazując szczupłą kobietę średniego wzrostu o miedzianych włosach i wysokiego dobrze zbudowanego bruneta. Podobnie zapaliły się wszystkie światła w domu. Rufous nieśmiało wyjrzał spod kanapy.
- Już wszystko w porządku… Nic się nie stało… Chodź napijemy się kawy, powiesz mi co mówili w wiadomościach. – Morton objął roztrzęsioną żonę ramieniem i powololi zaprowadził do kuchni.



* * *

- Nie, nie widziałam niczego szczególnego.
- jakichkolwiek hałasów? Krzyki? Może dźwięk tłuczonego szkła?
- Mówiłam już, iż nic nie słyszałam! Właśnie leciał następny odcinek „Serca z kamienia”, w którym Juan miał wreszcie wyznać Soledad miłość! Kto uważa w tych momentach!
- Nosi pani może aparat słuchowy?
- Sugeruje pan, iż jestem głucha?! – oburzyła się staruszka.
- Musimy wziąć pod uwagę wszystkie możliwe ewentualności, pani…
- Williams.
- Pani Williams – młodszy aspirant zaczął coś szybko notować w swoim zeszycie. – Pije pani?
- Oczywiście! To oznacza nie alkohol, jeżeli o to panu chodzi… Zwyczajne herbatki owocowe…
- Zarzywa narkotyki lub inne środki odurzające?
- No co pan!
- Ma pani przepisane jakieś mocne leki?
- Nie. Panie milicjancie faktycznie nic nie widziałam…
- Bierze pani jakieś środki nasenne?
- Nie!
Aspirant zamknął z hukiem swój notatnik. Staruszka aż podskoczyła.
- faktycznie nic pani nie pamięta?
- Nic… chociaż…
- TAK?!
- Wczoraj jak poszłam do sklepu po karmę dla kota zauważyłam to biedne dziewczę jak wybiegało z domu… Nie wyglądała na zbyt szczęśliwą…
- Czy ma pani jakieś przypuszczenia co do miejsca w które mogła się udać pani Fabian?
- Nie wiem… Spieszyła się… Może biegła na autobus?
- Jeździła autobusem? Wie pani może jakiej lini?
- A tego to ja nie wiem… Żadko ją widywałam… Wczoraj to był pierwszy raz od dwóch tygodni…
- Nie wie pani może gdzie była poprzez te dwa tygodnie?
- Nic mi nie przychodzi do głowy… Może gdzieś wyjechała? Nie wiem, faktycznie cały czas siedziałam w domu ponieważ sobie nogę skręciłam…
- Skręciła sobie pani nogę? lecz w jakiś nadzwyczajnych okolicznościach? Ktoś panią pobił?
- Oh, nie poślizgnęłam się w łazience… Dobre dziewczę zawiozło mnie na pogotowie… Później odwiedzało w szpitalu poprzez te dwa dni… Ech szkoda dziewczyny, takie dobre dziecko…
- Dobrze, wróćmy do tego wyjścia… O której to było godzinie?
- A pan myśli, ze ja jeszcze pamiętam?! Zaraz… To była chyba 14… Nie, co ja gadam 12.30, zaczynał się wtedy następny odcinek „Serca z kamienia”…
Aspirant, który zdążył już otworzyć notes zaczął pokrywać jego kartki drobnym niewyraźnym pismem.
- Pamięta pani coś jeszcze? Ktoś przychodził do niej tego dnia?
- Do niej w ogóle nikt nie przychodził… Chociaż raz się zdarzyło…
- TAK?!
- Był u niej jakiś młokos… Niewychowany, nawet dzień dobry mi nie powiedział, tylko skinął głowę i przykleił gumę na poręczy schodów… Ordynarne!
- Na poręczy schodów?! Czy dzisiaj jak wychodziła pani, ta guma jeszcze tam była?
- A skąd ja mam wiedzieć! Będę sobie głowę zawracać jakąś gumą!
- Dobrze dziękuję, to wszystko – młodszy aspirant Johnson zamkną swój notatnik.
- Wreszcie, parze pana przegapiłam dwa odcinki „Zdradzonej miłości” – pani Williams zrzędząc pod nosem udała się do wyjścia.
Aspirant otarł pot z czoła i wypił resztki zimnej już kawy. W tym momencie drzwi otworzyły się i stanął w nich Thompson.
- Johnson, macie coś ciekawego?
- Tak panie komisarzu, właśnie zeznawała sąsiadka ofiary…
- Coś ciekawego? – Thompson wziął do ręki podany mu notatnik.
- Staruszka zeznała, iż zobaczyła jakieś mężczyznę w dniu przestępstwa.
- Mamy jakiś rysopis chociaż? – Thompson próbował rozczytać niewyraźne pismo swojego podwładnego.
- Nie, mamy coś lepszego!
- A cóż to takiego?!
- Materiał DNA! Mężczyzna zostawił gumę na schodach!
- Gumę?! GUMĘ? lecz co tą którą żuł?
- A jakże aby inaczej! Zawiadomić chłopaków, tak aby…
- Człowieku powiedz mi jaki seryjny przestępca żuje gumę?!
- Właściwie to nie znam żadnego…
- Właśnie! ŻADEN! lecz dobrze, sprawdzimy zawsze to jakiś ślad. Dziękuję Johnson. A to – tutaj potrząsną notatnikiem – zatrzymam sobie na chwilkę. Nie trać czasu tylko przesłuchuj następnego światka…
- Tak jest, komisarzu – Johnson zaczekał aż przełożony wyjdzie i opadł niczym zużyty balon na krzesło