nocna przygoda rowie co to jest
Definicja: przyszła Marta razem z Karoliną, był również Rafał (kolega mojej siostry słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Nocna przygoda w rowie

Słownik: Wydarzenia z wypadku tak mocno utkwiły mi w głowie, iż nawet nie pamiętam co ja robiłem tej soboty w ciągu dnia. Pamiętam tylko, iż pod wieczór przyszła Marta razem z Karoliną, był również Rafał (kolega mojej siostry).
Definicja: Wydarzenia z wypadku tak mocno utkwiły mi w głowie, iż nawet nie pamiętam co ja robiłem tej soboty w ciągu dnia. Pamiętam tylko, iż pod wieczór przyszła Marta wspólnie z Karoliną, był również Rafał (kolega mojej siostry). Marta chciała aby Sylwia zrobiła jej balejaż. Cała ta zabawa w to farbowanie włosów trwała dość długo. Ja w tym czasie rozmawiałem i grałem w szachy z Karoliną i Rafałem. Nagle przychodzi do mnie tata i oświadcza mi, iż mam go zawieść samochodem do Małego Rudnika. Nie zgodziłem
się na to z kilku powodów, między innymi było już późno grubo po dwudziestej, nie miałem najmniejszej ochoty jechać i szkoda mi było tracić chwilę na coś co mogło poczekać (później domyśliłem się, iż ojciec chce sobie podrinkować, więc tym bardziej mówiłem "nie!"). Następnie mój tata wymyślił inną strategię :/ Porozmawiał z Rafałem i dogadał się z nim, iż to on go zawiezie naszym samochodem do Małego Rudnika i wróci, a ja mam później po niego przyjechać z powrotem i odwieść do domu, gdy po mnie
zadzwoni. Dla mnie ten pomysł był absurdalny, ponieważ wyszłyby aż 4 kursy Lotnisko-Mały Rudnik a nie 2, gdybym to ja jechał. Zresztą nie wierzyłem w to aby Rafał był na tyle naiwny aby się na to zgodzić. Zdziwiłem się gdy mi Rafał powiedział iż pojedzie z moim ojcem. Wtedy ojciec spytał się mnie jeszcze raz czy jadę z nim od razu i później mam pojechać do Białego Boru pogadać sobie z wujkiem i ciocią czy zostaje i czekam na telefon kiedy mam go odebrać. W tej sytuacji zgodziłem się go zawieść. tata
musiał jeszcze wstąpić do sklepu przed wyjazdem. Poszedłem więc sam do samochodu, musiało być poniżej zera, ponieważ nie mogłem otworzyć drzwi od samochodu :P tak przymarzły. Gdy powiodło mi się wsiąść do samochodu, próbowałem go uruchomić, lecz oczywiście bez większych sukcesów (ropa była zbyt gęsta). Ucieszył mnie ten fakt, ponieważ wydawało mi się, iż nici z naszej podróży. Później się okazało, ze to nie jest do końca prawda :( Po kilkudziesięciu sekundach przyszedł tata i oświadczył mi, iż to on będzie
prowadził od małego Rudnika (dla mnie to było dziwne, ponieważ tego dnia już wypił kilka piw, niestety ja tu nie miałem nic do powiedzenia). Usiadł więc za kierownicą i próbował uruchomić silnik, również bezskutecznie. po kilku próbach powiedziałem mu, tak aby dał sobie dziś spokój z tym wyjazdem i iż idę do domu. A on na to iż jak uda się mu uruchomić auto, to zadzwoni po mnie. Wróciłem do domu i posiedziałem sobie z dziewczynami. Marta właśnie zaczęła sobie suszyć włosy. Wraz z Rafałem i dziewczynami widziałem z okna jak ktoś holuje ojca, słuchając równocześnie Vivy :) Nie minęło 10 min. jak zadzwonił do mnie tata, iż mam schodzić, ponieważ uruchomił samochód. Przed wyjściem sprawdziłem z ciekawości jaka
jest temperatura, termometr wskazywał -15"C. Gdy podszedłem pod naszego Merola, ojca oczywiście w nim nie było, czekał na mnie w sklepie (aha! samochód był na chodzie) Po minucie nareszcie usiedliśmy w samochodzie i ruszyliśmy na początku do stacji benzynowej, która znajduje się ok. 500 metrów za rondem w kierunku Węgrowa. na stacji mieliśmy się jednak zamienić miejscami, lecz mój ojciec się rozmyślił, powiedział iż przesiądziemy się później. Jechaliśmy lasem poprzez Linarczyk, Piaski, Hanowo i Biały
Bór. Od Piasków ja już prowadziłem, kilka metrów przed Małym Rudnikiem ojciec powiedział, iż jedziemy do Rudy, a dokładniej do pani Reni (ona także lubi drinkować) Wkurzyłem się lecz teraz już nic nie mogłem zrobić. Zanim dotarliśmy na miejsce tata zadzwonił od wujka i uprzedził go, iż przyjadę do nich za kilka min.. Po odstawieniu ojca w okolicy domu Reni, ruszyłem w stronę Białego Boru poprzez drogę, którą pierwszy raz na oczy widziałem. Na drodze było bardzo ślisko i na bonus ciemno. Gdy
przejeżdżałem poprzez Wałdowo Szlachetne to co najmniej wiedziałem już jak daleko jestem od domu wujka. Przed znakiem "Biały Bór" skręciłem w prawo, wjeżdżając w ulicę Pańska, która prowadziła do mojego wujka (była bardzo wąska). Nagle z przeciwka wyłaniał się samochód, który jechał w moją stronę. Miał wysoko ustawione światła, które częściowo mnie oślepiały. Gdy byliśmy już coraz bliżej siebie, ten samochód w ogóle nie miał zamiaru zjechać na pobocze ( ja jechałem ok. 10 km/h), wiec w
ostatniej chwili odbiłem w prawo byśmy mogli się wyminąć. Już skręcałem w lewo, aby powrócić na środek drogi, gdy nagle ogarnęło mnie wrażenie, iż czas się zatrzymał. W bardzo zwolnionym tempie widziałem i czułem, iż samochód się przechyla na prawy bok. Słyszałem tylko zgrzyt śniegu i trzask gałęzi. Najpierw nie wiedziałem co się dzieje, dopiero po chwili dotarło do mnie, iż Mercedes wpadł do rowu. Szybko odpiąłem pas i wybiegłem z auta za drugim kierowcą. Widziałem jak obcy samochód się
oddala (był jakieś 100 metrów ode mnie), gdy zacząłem machać ręką i wołać "hej!", to się zatrzymał i zawrócił ( pewnie dopiero teraz kierowca zauważył w tylnym lusterku co się wydarzyło - tak przypuszczam). Z auta wysiadł facet w czarnej czapce, miał ok. 35 lat. Mówię do niego, aby pomógł mi wydostać mojego Mercedesa z rowu, nareszcie to głównie jego wina, jak się okazało po drugiej stronie drogi nie było rowu ( musze podkreślić, iż nie krzyczałem, ani nie przeklinałem, mówiłem spokojnym
głosem). Koleś podał mi rękę i uśmiechając się niemądrze, powiedział: " lecz się porobiło". Nie zwracałem najmniejszej uwagi na jego szyderczy tekst, tylko spytałem się go czy mnie pociągnie swoim samochodem, mam linę holowniczą - dodałem. Odparł, iż może spróbować. Co prawda nie wierzyłem, tak aby nam się powiodło (mój Mercedes waży ponad 1,5 tony, zaś jego auto było wielkośćów Golfa), ; lecz musiałem się chwytać każdej szansy, przecież nie zostanę z samochodem w rowie :P Zaczepiłem linę o samochody i
nieznajomy ruszył swoim " ; lecz Golfem", a ja zaś stałem przy swoim samochodzie i próbowałem go pchnąć, gdy facet w czarnej czapce gazował. Merol ani drgnął, koła się ślizgały samochodowi, który próbował go wydostać z rowu. Po pewnym czasie odczepiliśmy linę. Nieznajomy powiedział, iż tylko ciągnik byłby w stanie wyciągnąć mój wóz. No to ja się go pytam czy wie, kto ma tu traktor. Poszedł do najbliższej posiadłości, brama była zamknięta, więc przeskoczył poprzez płot i zaczął pukać. Nikt mu nie
otworzył drzwi. Poszliśmy wiec do następnego gospodarstwa (tym wspólnie nie było ogrodzenia, a na podwórku stał ciągnik i pytanie tylko czy sprawny). Tym wspólnie drzwi otworzyła nam jakaś kobieta. Nieznajomy musiał ją znać, ponieważ mówił jej po imieniu, stąd prosty wniosek, iż on jest tutejszy i iż wiedział, iż rów jest po prawej stronie. Spytał się jej czy ma traktor na chodzie. Ona odparła, iż ma się spytać męża. Poszedł do jakiegoś pokoju i rozmawiał z kimś poprzez lekko uchylone drzwi. Mocny męski głos
odpowiedział, iż sąsiad w okolicy ma na chodzie, ponieważ widział go jak nim wczoraj jechał. Pożegnaliśmy się wiec i poszliśmy poprzez pole do domu w okolicy. Śniegu było powyżej kostek, a ja miałem ubrane buty typowo wiosenne (zawsze je ubieram gdy mam prowadzić :P), wiedziałem, iż nogi będę miał przemoczone i zamarznięte, ; ; lecz nie myślałem teraz o tym. Teraz liczyło się tylko znalezienie ciągnika, który pomógłby mi wydostać mojego Merola z rowu. Posadzka przed drzwiami wejściowymi była bardzo śliska, gdy
nieznajomy poprzez sytuacja włączył światło oświetlające podwórko (pomylił włącznik z dzwonkiem od domu) zobaczyłem, iż granitowa posadzka jest gdzie nie gdzie pokryta cienka warstwą lodu. Gdy zadzwonił, w drzwiach ukazała się kobieta, wspólnie z chłopakiem trochę niższym ode mnie (domyśliłem się, iż to jej syn, później się okazało, iż ma 16 lat). Powiedziałem wspólnie z facetem w czarnej czapce, jaki mam problem z samochodem. Gospodarz powiedział, iż nie ma problemu i pomoże, jeżeli uda się uruchomić
traktor w ten mróz. 16-letni chłopak ubrał się i wsiadł do ciągnika. Przy pierwszym uruchomieniu silnika poszła iskra z przewodu, która rozjaśniła ponurą ciemność. Nieznajomy wystraszył się iskry i powiedział: "a co to teraz". Przy następnej próbie przytrzymał jakieś przewody, iskry nie było, ; ; lecz silnik nie pracował. Ja tylko stałem i przyglądałem się temu wszystkiemu. Uruchomienie silnika trwało dla mnie całą wieczność, a w rzeczywistości może 10 min., poprzez cały ten czas prosiłem
rozpaczliwie Boga aby ta maszyna ruszyła, miałem jakieś dziwne przeczucie, iż to moja jedyna szansa na wyciągnięcie Mercedesa z rowu. nareszcie powiodło się (uff... odetchnąłem z ulgą). Chłopak wziął pasy (później się okazało, iż mają posłużyć za linę) i pojechał na miejsce zdarzenia. Zaproponowałem, tak aby od tyłu wyciągnąć moje autko. Chłopak ustawił traktor a ja z nieznajomym przygotowaliśmy się do pchania samochodu. Pod wpływem siły ciągu małego traktora, który był ruskiem (tak mi powiedział
chłopak) Mercedes zaczął się powoli przesuwać. Niestety później zaczął stawiać opór i nie chciał nawet drgnąć. Przerwaliśmy pierwsza próbę wydostania mojego "zmartwienia" z rowu. Był okres w czasie przestawiania traktora, iż jego koła ugrzęzły w polu. Szybko rzuciłem się na pomoc. Zacząłem pchać wspólnie z facetem w czarnej czapce, aby wydostać ciągnik. Gdy się powiodło 16-latek zatrzymał maszynę na bocznej drodze (to był wjazd do czyjegoś gospodarstwa z ulicy Pańskiej) i wysiadł z niego. Zaczęliśmy
się zastanawiać i rozmyślać nad metodą wydostania Merola. Nie minęła minuta jak podjechał radiowóz policyjny. Jeszcze ich tu brakowało - pomyślałem sobie. Jeden z policjantów wyszedł z samochodu i się pyta czyje to auto. Odparłem, iż mój bez mniejszego zawahania. Wtedy kazał mi opowiedzieć, co się wydarzyło. No to mu mówię, iż znad przeciwka jechał samochód, który nie zjeżdżał na pobocze, więc mu ustąpiłem pierwszeństwa zjeżdżając na prawe pobocze, które się okazało rowem wówczas samochód
przechylił się, a teraz próbujemy go wydostać, mówiąc to wskazałem na Mercedesa. Policjant kazał mi wziąć wszystkie dokumenty i wsiąść na tył radiowozu. Otworzyłem drzwi swojego auta i próbuje znaleźć saszetkę ojca z dokumentami samochodu. Oczywiście nie powiodło mi się znaleźć, o czym byłem przekonany, iż tak będzie, ponieważ nic nie widziałem. Na bonus coś mi mówiło, iż dokumenty są w domu, więc nie traciłem dłużej czasu na zbędne szukanie czegoś, czego i tak pewnie nie ma. Poszedłem więc w stronę
radiowozu i usiadłem wygodnie na tylnej kanapie. Pierwsze co pomyślałem to to jak jest tu ciepło i przytulnie. Następnie wyciągnąłem z kieszeni portfel, a z niego dowód osobisty i prawo jazdy, które podałem policjantowi powiedziałem, iż nie mogę znaleźć dokumentów samochodzie, ponieważ jest taki bałagan i ciemność, iż nic nie widać, dodałem także, iż może je mieć mój tata. Wtedy policjant się pyta gdzie chciałem jechać i gdzie jest mój ojciec. To mu odpowiedziałem, iż odwoziłem ojca do Rudy, który
teraz pewnie drinkuje i iż jechałem do wujka w Białym Borze. Następnie poprzez radio sprawdzili czy samochód nie jest kradziony i czy dokumenty są prawdziwe. Po upewnieniu się, iż wszystko się zgadza zwrócili mi dowód osobisty i prawo jazdy. Jeden z policjantów powiedział, iż kolejnym wspólnie jak nie będę miał dokumentów to zabiorą mi samochód na parking
policyjny. Odparłem z uśmiechem na twarzy: "a więc tylko upomnienie" a on: "tak, no chyba, iż chce pan otrzymać mandat". "Nie dziękuję" - powiedziałem. "Powodzenia z samochodem" - dodał policjant, a ja poklepałem go po ramieniu, podziękowałem i wyszedłem (gdy sprawdzali dane poprzez radio, był taki okres, iż pomyślałem sobie, iż mogliby mnie zamknąć w celi na 24 godziny i niech sami się męczą z tym autem i zabierają go na parking policyjny). co najmniej z nimi mi się powiodło - pomyślałem sobie, gdy
poszedłem do 16-letniego chłopaka, a on się mnie pyta czego chcieli, bał się iż mogą mu coś zrobić za to, iż prowadził traktor bez prawa jazdy. Tymczasem ja siedziałem w ciepełku i rozmawiałem z policją przyszedł tata tego chłopaka i jego starszy syn. Jego tata zaproponował, tak aby podnieść samochód za wahacz u koła, a reszta mężczyzn będzie go wypychała na drogę. I tak także zrobiliśmy. Tym wspólnie starszy brat prowadził traktorem, a my w 4 chłopów mieliśmy pomóc wypchnąć Merola z tego rowu
:P Samochód w czasie przechylania zatrzymał się na drzewie, które zdaniem nieznajomego okazało się przekleństwem w tym przypadku, ja nie popierałem tej tezy, ; ; lecz nie powiedziałem tego na głos. Gdy gołymi rękoma zacząłem odpychać auto (nie miałem rękawiczek; los chciał, iż w piątek po lekcjach pożyczyłem je swojej koleżance z klasy, której było bardzo zimno; również poprzez dłuższy czas nie miałem czapki na głowie :P , zawsze ją zdejmuje gdy jadę samochodem, dopiero gdy szukałem dokumentów w Merolu,
założyłem ją na głowę, na śmierć o niej zapomniałem) wspólnie z trzema pozostałymi, Mercedes etapowo wychodził z rowu. W pewnym momencie poślizgnąłem się na rowie i znalazłem się miedzy drzewem a samochodem. Akurat w tej samej chwili zaczęły się ślizgać koła traktora i z sekundy na sekundę auto przesuwało się w moim kierunku. Znów miałem wrażenie jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Z oddali słyszałem tylko krzyki: "Odsuń się od drzewa, ponieważ zaraz Cię przygniecie". Nagle przed oczami
przeleciało mi całe moje życie. Po chwili doszedłem do siebie i widzę nadal sunący się na mnie samochód. Wtedy nie wiadomo skąd poczułem nadludzką siłę w dłoniach. Mocno zaparłem się o drzewo i z jeszcze większa siłą pchnąłem auto. Mercedes zaczął się w bardzo szybkim tempie wyłaniać z nad rowu. Nie minęła nawet minuta od mojego starcia oko w oko z śmiercią jak samochód stał na drodze. Wtedy nieznajomy szybko się pożegnał, mówiąc iż jedzie na nockę i iż mam coś odpalić za przysługę rodzinie od
traktora. Nie wiem po co to to powiedział. Dla mnie to była tak oczywista rzecz jak to, iż jutro nastanie nowy dzień. Nieznajomy odjechał w mgnieniu oka. W tym czasie zacząłem szukać swojej dwudziestki w swoim portfelu, którą już dawno miałem wpłacić na własne konto, ; ; lecz na szczęście tego nie zrobiłem teraz miała okazję się przydać jak nigdy w życiu :D Podszedłem do rodziny, która mi pomogła. Stali w okolicy Merola i oceniali utraty (prawe lusterko wyrwane i lekkie wgniecenie i otarcie pod tym
lusterkiem).Spytałem się ich czy mi pomogą jeżeli samochód nie będzie chciał się uruchomić i wyciągnąłem w ich stronę banknot dwudziestu złotowy, mówiąc iż to za pomoc. Było ciemno ; ; lecz widziałem zdziwienie w ich oczach, wiec wcisnąłem te kapitał w ręce ojca i jeszcze raz podziękowałem. On przyjął kapitał i powiedział iż oczywiście mi pomoże przy uruchomieniu silnika. Wsiadłem więc do samochodu i włożyłem kluczyk do stacyjki. Przekręciłem go i od razu zwróciłem uwagę, iż lampki kontrolne
ledwie świecą, domyśliłem się iż akumulator siadł poprzez to iż światła były włączone aby oświetlić drogę. Ako było tak słabe, ze nawet rozruchu nie było. Wyłączyłem światła i otworzyłem maskę. Powiedziałem, iż akumulator mi siadł i czy mogliby użyczyć mi energię na uruchomienie silnika. Podłączyliśmy kable i odczekałem chwile, ako się trochę podładowało. Następnie ponownie wsiadłem do Merola i przekręciłem kluczyk. Silnik od razu zawył. Kamień spadł mi z serca. Teraz myślałem tylko o tym aby
wrócić do domu i wygrzać się w swoim łóżeczku. Niestety pojawił się następny problem po przekręceniu włącznika od światła palił się tylko jeden reflektor i do tego bardzo słabo. Wysiadłem za zewnątrz aby zobaczyć jak to wygląda. Ktoś powiedział iż to może być wywołane tym wpadnięciem do rowu, akurat prawy się nie palił, a na ten właśnie bok było przechylone auto. Otworzyłem drzwi od kierowcy i zacząłem rozpaczliwie przełączać dźwignie na światła długie, nic się nie zmieniło z nerwów dodatkowo
włączyłem wycieraczki. Powiedziałem więc im aby mnie nakierowali na boczną dróżkę bym mógł zawrócić i pojechać do domu. Wsiadłem za kierownicę i wycofałem aby mieć miejsce na wjazd w tą dróżkę. Nagle przypomniałem sobie, iż ja przecież mam zniszczony przełącznik świateł z pozycyjnych na mijania (trzeba przekręcać scyzorykiem, co nie zawsze od razu wychodzi) i pewnie nie przekręciłem od końca na światła mijania. Pomanewrowałem tym scyzorykiem i naprawdę moje przypuszczenia okazały się
prawdziwe.
Przy długich już światłach zawróciłem dzięki bocznej drogi, w tym czasie moi wybawiciele wracali do domu. Gdy byłem już zwrócony ku wyjazdowi z Białego Boru, nagle auto mi zgasło. Teraz jak się nad tym zastanawiam to jestem prawie na 100% pewien iż pod wpływem euforii, iż powiodło mi się wydostać Merola z rowu, musiałem zdusić silnik. Tych trzech ludzi, którzy mi pomagali byli już jakieś 300 metrów od samochodu, a na bonus nadjeżdżała z przeciwka taksówka ( także Mercedes :D) Oczywiście
silnik nie uruchomił się bez energii na rozruch i tak siedzę jak taki ciołek i myślę co teraz. Podjeżdża taksówkarz i od razu z pyskiem na mnie, iż blokuje mu drogę, a ja mu odpowiadam z irytowanym głosem, czy to moja wina iż mi samochód padł. Pytam się go czy ma kable i czy użyczy mi energii na rozruch. On mi na to, iż ma ; ; lecz bardzo krótkie, więc będzie trzeba przesunąć samochód bardziej na bok i dodał iż jak odpalę to mam mu dać 10zł za fatygę. Mruknąłem pod nosem: "tak jasne" i pierwsze co
to spojrzałem ile mam jeszcze kasy w portfelu, w takich egipskich ciemnościach wydawało mi się iż mam tylko trzy monety po złotówce i jakieś drobniaki, nic nie mówiąc taksówkarzowi schowałem portfel i i starałem się przesunąć trochę mojego Merola na bok, aby kable sięgały, ale bez skutku. Wtedy taksówkarz zaczął pchać mój samochód, tak go popchał iż auto zaczęło się ślizgać. ja próbuje kręcić kołami, ; ; lecz kierownica ani drgnie, stawiała opór i nic nie mogłem zrobić. Mercedes powoli zaczął się
zbliżać do rowu, więc krzyczę do faceta aby przestał pchać i szybko wciskam hamulec awaryjny (w większości aut to jest tak zwany "hamulec ręczny", ; ; lecz w Merolu zaciąga się go nogą). samochód zatrzymał się tuż przed rowem (uff...). Po chwili taksówkarz podłączył kable. Wsiadłem za kierownicę i próbuje przekręcić kluczykiem, ; ; lecz nie szło, zrozumiałem iż włączyła się blokada kierownicy jakby nie miała kiedy - pomyślałem sobie. Niestety po kilku próbach kręcenia nie powiodło mi się odpalić. Taksówkarz
poświecił latarką po silniku i powiedział mi iż samochód się zapowietrzył, następnie pokazał mi jakiś pęknięty wężyk i dodał iż nie ma szans na uruchomienie silnika. "Spoko!!" - mówię do siebie, nici z powrotu do domu. W akcie desperacji zacząłem wciskać ten wężyk na siłę (nie chciałem przecież spędzić tutaj nocy), a taksówkarz spojrzał na mnie z politowaniem i zaczął się śmiać mówiąc iż to nic nie da. Gdy ja walczyłem z wężykiem, zadzwonili od niego klienci. Powiedział im iż od 10 min. stoi
400 metrów od ich domu, ponieważ jakiś samochód blokuje drogę i iż jeżeli mogą to tak aby podeszli do taksówki ten kawałek. Po pewnym czasie dałem sobie spokój z tym wężykiem. Wsiadłem do auta i się zastanawiałem: "co dalej?". Miałem pustkę w głowie więc dla zabicia czasu obserwowałem jak klienci, którzy niedawno dzwonili, pakowali się do taksówki. Zaraz po tym jak odjechali w widzę, iż przyjeżdża mały samochód. Wysiada z niego "starszy brat" (na moje oko miał ok. 23) i się pyta: "Co się stało?"
Mówię mu iż samochód mi zgasł i iż nie chce odpalić. Dodałem również, iż taksówkarz który próbował mi coś tam pomóc, powiedział iż auto mi się zapowietrzyło i iż jakiś wężyk pękł. Spytałem się go czy mógłby mnie odholować. On odparł, iż tak ; ; lecz gdzie i zapytał się czy mam linę holowniczą. Ja odpowiedziałem mu, iż mam i wyrzuciłem z siebie jak z procy czy mógłby mnie odwieść aż na Lotnisko, przedtem się dowiedziałem iż ma tam kogoś z rodz. na Kustronia. Tak bardzo miałem już tego wszystkiego
dość, iż chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu. Spojrzał na mnie jak na słodkiego szczeniaka, którego ktoś wyrzucił z domu i się spytał czy nie mam kogoś w Białym Borze i zaproponował iż jakbym nie miał u kogo się zatrzymać, to mógłbym przenocować u nich i zostawić samochód na ich podwórku. Wtedy postanowiłem iż zadzwonię do mojego wujka i pogadam z nim o noclegu. Po głosie poznałem iż był bardzo zaniepokojony o mnie. Powiedziałem mu tylko tyle, iż akumulator mi siadł i czy mógłbym
odholować do nich Merola i przenocować. Odparł iż nie ma problemu i iż czeka na mnie. Przekazałem 23-latkowi gdzie precyzyjnie mieszka mój wujek. Zaczepiliśmy liną samochody i ruszyliśmy. Ten jego mały samochodzik jakoś ciągnął mojego Merola, ; ; lecz wciąż ślizgały się mu koła, później się okazało, iż ma jeszcze letnie opony (tak na marginesie to mój Mercedes również ma letnie opony :P) Odczepiliśmy więc samochody i powiedział, iż traktorem będzie holować mojego Merola. Ucieszyłem się na tą
informacja,
ponieważ miałem świadomość, iż niedługo skończy się ta cała historia z tym samochodem. Czekałem niecałe 5 min. jak się pojawił ciągnik. poprzez ten czas oczekiwania uświadomiłem sobie jak bardzo zmarzłem i jakie to ja mam szczęście w nieszczęściu iż spotkałem tą niezłą rodzinę. Przyjechał tata wspólnie z młodszym synem i zaczepiliśmy Mercedesa do ruska dzięki pasów. Zaproponowałem młodemu aby jechał ze mną po stronie pasażera. Otworzyłem mu drzwi od środka, > ponieważ były przedtem zatrzaśnięte i zaprosiłem
do gestem ręki do środka, ; ; lecz za nim wsiadł wyrzuciłem wszystkie rzeczy z siedzenia pasażera na tylną kanapę, między innymi boczne lusterko. Gdy chłopak wsiadł to ruszyliśmy. Traktor miał wiele większy ciąg niż wcześniejszy samochód. Mercedes toczył się po drodze jak sanki na lodzie. Musiałem się mocno napracować rękami w czasie kontr, aby auto nie uciekło z drogi. Raz tak mocno szarpnęło i zarzuciło samochodem, iż prawie w drzewo wpadłem. Na szczęście w porę zdążyłem skontrować Merolem. w czasie holowania,
które trwało około 15 min. rozmawiałem z chłopcem, wtedy dowiedziałem się między innymi iż ma 16 lat. Gdy zaciągnęliśmy samochód na podwórko wujka to poczułem wielką ulgę. Kamień spadł mi z serca, iż ta noc dobiega końca. Jeszcze raz za wszystko podziękowałem rodzinie od traktora. Dopiero jak gdy wszedłem z wujkiem do jego domu zauważyłem iż mam odmrożone dłonie i stopy. Było już po północy, ; ; lecz i tak dopiero po trzeciej zasnąłem. Kolejnego dnia wróciłem autobusem do domu, Mercedesa zostawiłem u
wujka. Gdy wróciłem do domu, w kuchni zastałem ojca, Sylwię i Martę. Byłem wściekły na ojca, uważałem iż to poprzez jego zachcianki to wszystko się wydarzyło. Gdy opowiedziałem mu w największym skrócie co się wydarzyło on mi powiedział, iż mam się z tego śmiać i iż najważniejsze iż nic mi sienie stało, a samochód nie jest istotny, może nawet iść na złom. Następnie ojciec wyszedł z domu, więc mogłem spokojnie ze szczegółami opowiedzieć dziewczyną co się tak faktycznie stało. Opowiadając im uzmysłowiłem
sobie, iż mogłem zginąć. Jak przypomniałem sobie widok tych migawek z mojego życia to zacząłem płakać. wtedy Sylwia i Marta mnie przytuliły i zaczęły mnie pocieszać. Po kilku minutach doszedłem do siebie i słuchałem co tam się u nich wydarzyło. Najgorsza była dla mnie myśl, iż po tym wszystkim muszę się jeszcze uczyć na pracę klasową z fizyki rozszerzonej. Na szczęście jakoś się zmobilizowałem aby poczytać teorię i policzyć klika zadanek. W pomiędzy czasie jak się uczyłem dzwoniła do mnie mama z
Hiszpanii. Już wiedziała wszystko od ojca co się wydarzyło, więc szybko jej streściłem moją ostatnią noc. Teraz pisząc to wszystko jestem zaskoczony jak się zachowałem w takiej sytuacji, ani nie przeklinałem ani nie wyzywałem; nawet na winowajcę tego wypadku. Po przelaniu tej tragedii ze szczegółami na papier mam wrażenie jakby ubyło mi zmartwień na głowie :D