obdarowany co to jest
Definicja: Opowiadanie o uspośledzonym chłopcu potrafiącym przewidywać przyszłość słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Obdarowany

Słownik: Opowiadanie o uspośledzonym chłopcu potrafiącym przewidywać przyszłość.
Definicja:

Raz.
Zaczynał liczyć. Wymawiane kolejno rzędy cyfr zawsze go uspokajały (w szczególności od kiedy zaczął robić to, o czym nie wiedział nikt). Mógł się wtedy uspokoić, odnaleźć to, czego zawsze mu brakowało...
(„Jesteś Down’em, brakuje ci mózgu, Downie”)
... a co pozwalało precyzyjnie zinterpretować to, czego doświadczał, co było mu dane zobaczyć.
Dwa
Rzecz działa się w nocy, więc posłuszny nakazom ludzkiego normalnego, zachowania...
(„Ależ ty NIGDY nie byłeś normalny. Zawsze byłeś, jesteś i będziesz kompletnym idiotą. A to tylko dlatego, iż mamusia urodziła cię za późno”)
(śmiech śmieeeech śmiechśmiech Tylko to słyszał wciąż i zawsze, gdziekolwiek się pojawił)
... zamknął oczy. To b a r d z o pomagało w koncentracji.
Trzy, Cztery
Spiął się w sobie (można to było przyrównać do wkładania obiektów puzzli na ich właściwe miejsce) i...
(skok naprzód w światłość w tamten świat)
... i ujrzał. Tak zwyczajnie. Tym wspólnie wszystko było doskonale proste, nie tak jak za pierwszym wspólnie, kiedy to nie mógł niczego dojrzeć, ponieważ cały obraz był zamazany, jak niechlujnie wykonana fotografia lub nasze wspomnienia z niemiłych zdarzeń.



Pięć i Sześć ...



Spokojnie patrzył na całe zjawisko. Nie było ono czymś ogromnym, ot takie tam. Śledził zachowania innych, ciekawostki, różne śmieszne rzeczy, których, gdyby nie był...
(no właśnie gdzie? lub lepiej w czym?)
... TU, nigdy nie zrozumiałby. Jego oczy i uszy odnotowałyby ten fakt, jednak mózg, uszkodzony poprzez bezlitosny los ( ponieważ przecież nikt nie zawinił. Nie można zabronić porodu kobiecie, nawet jeżeli ma czterdzieści cztery lata) pozostałby nadal niewzruszony i tyleż zainteresowany jak trzęsąca się galaretka.
Napawał się tą drobną chwilą normalności, aż nareszcie musiał przerwać, gdyż temperatura jego ciała wzrosła do niemal trzydziestu dziewięciu stopni Celsjusza. Powoli zaczynało się robić niebezpiecznie. Skończył więc.



...Czterdzieści dziewięć i Pięćdziesiąt.



Zasypiając zdążył tylko otrzeć ślinę, która zaczęła mu spływać strumykiem z kącika ust i jakoś odnotować fakt, iż jutro Gołębiewski dostanie tróję z matematyki. Jednak zupełnie nie wiedział skąd mu to przyszło do głowy.

***********************************************************************************

KSIĄŻECZKA ZDROWIA DZIECKA MZ/D-8

Dane osobowe dziecka:

1. Nazwisko: Prokopek
2. Imię: Mateusz
3. Data urodzenia: dn.24 mies. 03 rok 1989
4. Miejsce zamieszkania: Różanowo 59
5. Rodzice (opiekunowie) :
a) nazwisko i imię matki: Stanisława Prokopek
b) nazwisko i imię ojca: Robert Paweł Prokopek

DANE O NOWORODKU

Ciężar ciała 3400 g Test na fenyloketonurię TSH 406.88
Dł. ciała 61 cm Badanie w kierunku niedorozwoju: dziecko cierpi na
Obw. głowy 24 cm mongolizm (Downa zespół). Rekomendowane rozpoczęcie
Obw. kl. Piersiowej 33 cm. rehabilitacji i leczenia.


***************************************************************************************

Dziś była środa, jedenasty maja.



Za oknem było ...
(„ładnie? ładnie chyba ładnie tak tak było ładnie”)
pięknie. Słońce rozdawało swe żółte, radosne snopy światła na wszystko co znalazło się w polu jego oddziaływania. Nadchodziło lato. Każde powstanie powoli zapomniało już o zimowych chłodach i wiosennych deszczach.
Mateusz rozmyślał o sobie tylko znanych rzeczach, gdy nauczycielka, sprawdzając listę, wyczytała jego nazwisko.
PROKOPEK !
(„woła ktoś (coś ?) mnie woła tak tak Plokropek !!!!”)
- Prokopek Mateusz, aktualny czy nie ?
- Jestem pse pani.
Cała klasa II C zachichotała. Zawsze tak robili, gdy wstawał, odzywał się, czy robił cokolwiek innego. Był tu nowy, a na bonus był niepełnosprawny („niepełnosprytny”). Odkąd tylko postawił stopę w tej szkole, był niemiłosiernie wyszydzany na skutek swej ułomności. Tak byłoby z resztą w każdej szkole, do której aby się udał. Śmiano się z niego, z jego wyglądu, z jego ubrania, wyrazem z wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z nim.
BANDA IDIOTÓW !!!!!!!!!!!!!!!!!!
(„śmieją się ze mnie a sami nie są w ogóle lepsi... a może .... a może są ..... NIE, NIE SĄ nieeeeeeeee”)
Więc dlaczego?
regularnie zadawał sobie to pytanie i poprzez krótką chwilę, jaką mógł poświęcić na skupienie się na jednej rzeczy, nie mógł znaleźć na nie odpowiedzi. Jak każdy inny wyśmiewany, niepopularny, nieładny dzieciak, który płacząc do poduszki nie może sobie darować, iż nikt go w szkole nie akceptuje.
lecz on miał to coś, czego oni nie mieli i mieć nie będą.
Dlaczego on ? Nie wiedział i nigdy nie będzie się mógł dowiedzieć. Gdy posiadasz jakiś dar, nie masz zielonego definicje o tym skąd, ani jakim cudem go dostałeś. zwyczajnie rodzisz się z nim, tak jak rodzisz się z rękami, nogami i głową. Stanowi on integralną część ciebie i możesz z nim robić, co chcesz.
Nauczycielka geografii, pani Skolimowska, rozpoczęła preludium na temat gospodarki Brazylii i zasobów naturalnych, jakie ów państwo posiada. Zainteresowała tym, może z dwadzieścia pięć proc. klasy; reszta pochłonięta była zupełnie czym innym.
- Byłeś wczoraj na imprezie u Pawła? Staryyyyy !!! Było odlotowo. Wiesz, dziewczyny i piwko. Tj. to.
- Nie byłem. Starzy mnie nie puścili. Jaka szkoda.
Mateusz siedział na końcu klasy i starał się słuchać nauczycielki, jednak w ogóle, a w ogóle mu to nie wychodziło. Oczywiście nie mógł się skupić długa na konkretnej rzeczy, więc nie dawał Skolimowskiej za wiele satysfakcji z tego, iż go uczyła. Tak samo jak pozostała część klasy.
Przeprowadził się tu w zimie i zaczął chodzić do miejscowej szkoły po feriach zimowych. Było to może dziwne posunięcie ze strony jego rodziców, ale patrząc na syna i jego wyniki w nauce, nie należało się tym zbytnio przejmować. I tak miał zagwarantowane cieplutkie miejsce w następnej klasie, gdyż… był jaki był…
(„Czasami żal mi tego dziecka, tego małego idioty. Jednak jest okropny. Gdybym tylko była jego matką, a nie nauczycielką to bym go posłała do szkoły specjalnej. >lecz, coż…”)
Prokopkowie nie byli zamożni (a kto dziś, oprócz złodziei, jest zamożny w tym państwie ?), toteż nie mogli zapewnić synowi tego, co medycyna może dać dziś takim dzieciom. Mimo wszystko byli jednak kochającą się rodziną i to się liczyło.
Skolimowska ględziła i ględziła, uczniowie robili to samo. I tak wyglądały nie wszystkie lekcje na jakich była ta klasa. Gdy dzwonek oznajmił koniec zajęć, wszyscy wybiegli na zewnątrz.


Blade, srebrne światło księżyca wpadało cichutko do jego pokoju i zatrzymywało się na biurku, podłodze i części łóżka, wyrywając ich naturalny kształt ciemności . Spokoju tej majowej nocy nie mąciło nic i zaprawdę dla niego nie istniała taka rzecz, która byłaby w stanie zbezcześcić i naruszyć tę niepowtarzalną atmosferę. Za oknem wiatr trząsł gałązkami w zbyt natarczywym, powitalnym uścisku.
Położył się pół godziny temu; to była jego stała pora odwiedzin białej pościeli i miłego, ciepłego, czerwonego koca, pod którym składał całe swe ciało na odpoczynek. Dziś był zmęczony, może nie tyle fizycznie, co psychicznie, niestety jak zawsze. Dziś znów miał niemiłe spotkanie z innymi ludźmi. Następny już raz, „normalni” koledzy pokazali mu, gdzie jest jego miejsce w szeregu. Jeszcze raz okazało się, jak są nietolerancyjni i chamscy. Nie chciał już precyzyjnie tego rozpamiętywać ( jeżeli w jego przypadku można mówić o czymś takim); pragnął jedynie odpocząć.
Noc przyczaiła się już za oknem; w pokoju nie było nikogo oprócz niego (a może w ogóle nie). Jakąś cząstką swej zdeformowanej świadomości odczuwał, iż To dziś może go nawiedzić.



NIE. Nawiedzić to było nieodpowiednie wyraz; bardziej pasowało obdarować.
Mateusz zaczął postrzegać swe umiejętności precyzyjnie rok temu. Nikt oprócz niego nie wiedział, co w nim siedzi. Nic dziwnego; któż posądzałby dziecko z zespołem Down’a o żadne umiejętności paranormalne. Może to i lepiej. („Tak Tak o sporo lepiej”)
Zamknął oczy. Czyżby zaczynał liczyć? Nie jeszcze nie. Nie czuł.... (........) nie wiedział jak to opisać. Gdy doznawał objawień czuł się jakby...... coś rozsadzało go od środka. Nie było to niemiłe, wręcz przeciwnie. Chociaż czasami można było zobaczyć złe rzeczy.
lub straszne.
Wtedy Mateusz bał się; bardzo się bał. ( ponieważ wiedział, iż to się wydarzy, iż to będzie miało miejsce. iż ktoś dziś straci życie. Zdarzało się, iż widział czyjąś śmierć.
A wizje były bardzo szczegółowe.
Chyba się rozpoczyna. Znów. Następny raz. Po raz ....
(setny tysięczny stutysięczny)?
Szybko otworzył oczy. Pokój, spowity w czarną pelerynę nocy, powoli, cichutko, plamka za plamką, zaczynał się rozpływać. Zmazywać się, tak jak to robi woda z pianą, kiedy umyjesz samochód. Odcienie szarości, granatu, brązu stapiały się powoli, tworząc ścianę mroku. Nieprzepartą.
Mateusz patrzył na to wszystko, próbując skupić na czymś wzrok.
Biurko, które nie jest już meblem. Szafa zamieniająca się w smolną breję i... zasłonki, szarobure i lejące się jak parafina pod wpływem ognia.
Chłopak powoli nabierał temperatury, która czasami dochodziła do czterdziestu stopni Celsjusza. To było niezbędne. Niestety.
Pokój już nie był pomieszczeniem; zamienił się w czarna dziurę, fantastyczną, futurystyczną wyrwę między światami i światkami, dzielącą czas tak, jak wyspa rozłamuje nurt rzeki na dwie odnogi. A Mateusz był ogniwem, mostem łączącym obydwa brzegi: przyszłości i teraźniejszości.
Serce zwiększyło puls do stu osiemdziesięciu uderzeń na minutę, temperatura ciągle rosła. Każdy most może się zapalić.
Zaczęło się. Ciemność ustąpiła i pojawiły się jasne plamy, >lecz....
(„Mrok znów nadchodzi. Obraz ciemnieje, jakby ... Każdy most może się zapalić”)
... coś mu przeszkadzało. Nie ma powodów do paniki. Poczeka, ma czas. Tyle, iż...
KAŻDY MOST MOŻE nareszcie NIE WYTRZYMAĆ NAPIĘCIA I... SIĘ ZAPALIĆ.

(Krew krew czerwono jak czerwono wszędzie krew i szkło)
Widział przyszłość. Znów. Następny raz była to śmierć, czyjaś. Nie wiedział czyja. >lecz z pewnością była straszna. Wszędzie unosił się zapach krwi i kostuchy i... i jeszcze coś... czyżby to była...
(Benzyna?)
... coś podobnego. Równie dobrze mógł to być jakiś olej, >lecz...
Czekał, a obraz się wyłaniał, jak piękne słońce zza horyzontu. Tyle, iż to, na co patrzył, nie było w ogóle piękne, a wręcz...
(„O, o teraz mogę dostrzec ..... O mój ...”)
... odrażające !
Wszędzie były trupy. Uświadomił sobie, iż widzi ofiary wypadku samo..., nie autokarowego. Wybite szyby, pogięty metal; srebrny, zimny pomalowany i zbryzgany krwią na wszystkie strony, jak obrazy Jacksona Pollocka. Tyle, iż tym malarzem w ogóle nie był słynny Amerykanin; była nim śmierć; w najwyższym stopniu znany artysta makabry na świecie.
Ujrzał powykręcane ciała, porozrzucane jak lalki poprzez niegrzeczną dziewczynkę-olbrzyma. Jeden z trupów miał przebitą szyję poprzez kawał szkła, przypominający sopel lodu. Sprawiał wrażenie jakby spał, opuściwszy głowę na ramię; tylko ten okropny, czerwonoprzezroczysty kawałek szkła wystający z jego karku jak wskazujący palec losu, wystrzelający prosto donikąd. Inni, z białymi oczami, otwartymi ustami. Większości wypływała malutka strużka krwi z jednego z uszu. A nad wszystkim obojętne niebo, które wydawałoby się, przybiera marsowe oblicze i specjalnie zasnuło się płaszczem nocy. Nie chce pokazać twarzy, jakby miało coś z tym wspólnego. Trudno, jego kwestia.
Nadszedł czas wracać. Serce waliło jak oszalałe, czoło było gorętsze od pieca hutniczego. Już czas. Powrotu. Tak trzeba. Nie ma co zaryzykować. To bardzo niebezpieczne, ( ponieważ...
KAŻDY MOST....

Ogłoszenie wiszące na szkolnej tablicy informacyjnej, pod planem lekcji, a na lewo od ceny obiadów za ten miesiąc.


UWAGA !

przez wzgląd na wyjazdem klasy II C na wycieczkę 12.05.2003 (czwartek) klasy: II A i II B kończą lekcje tego dnia godzinę przedtem. (Nauczyciele wyjeżdżają z uczniami jako opiekunowie). Każdy, kto chciałby dołączyć do wycieczkowiczów, proszony jest o zgłoszenie się do sekretariatu do 10.05.2003 (wtorek). Godzina odjazdu: 10.00 (po dwóch godzinach lekcyjnych.)

Ktoś pod spodem dopisał: „HURRA ! JUTRO WYJAZD”

Wszyscy zebrali się na zewnątrz w oczekiwaniu na autobus. Skupili się w kilkuosobowych grupkach i rozmawiali. Każdy był z pewnością zadowolony, iż wreszcie wycieczka doszła do skutku; wcześniej mieli okazję wyjeżdżać tylko trzy razy, toteż dzisiaj w powietrzu unosiła się gęsta zawiesina radości i podniecenia. Łącznie do kina wybierało się czterdzieści dwoje ludzi, nie licząc nauczycieli. Dziewczyny (chłopcy również) rozmawiały o wszystkim. Wszyscy byli zadowoleni.
Za pięć dziesiąta podjechał autokar. Kolorowa rzeka młodzieży wlała się do środka; natychmiast tez rozpoczęła się walka o to, kto będzie siedzieć na końcu. Inni, krzycząc i uśmiechając się od ucha do ucha, zajmowali sobie nawzajem miejsce. Chłopcy siadali przeważnie za dziewczynami. Wiadomo po co.
Nadeszli nauczyciele. JUŻ. Można ruszać ! Wszyscy na dobre zajęli miejsca i przygotowali się na dwugodzinną podróż. Kierowca zapuścił silnik, sprawdził lusterka. Spis aktualnych właśnie spełniła swe zadanie. Na białej kartce, przy nazwiskach widniały same krzyżyki.(ironia losu – krzyżyki !) WSZYSCY OBECNI !! – ktoś wydarł się na całe gardło z tylnego siedzenia. – JEDZIEMY !!. Odpowiedziały mu wesołe krzyki aprobaty. Nauczycielka uśmiechnęła się i dała kierowcy symbol, iż...
TO JUŻ
... można ruszać. On nacisnął pedał gazu i pojazd potoczył się po asfalcie. Pojechał przed siebie. Prosto jak po sznurku.

„Pojechali”.
Tylko to przemknęło Mateuszowi poprzez myśl, a później utonęło w odmętach jego wykrzywionej świadomości. Cały czas stał i patrzył na odjazd. On nie jechał na skutek braku pieniędzy; z resztą z pewnością nie bawiłby się tam dobrze. Trudno powiedzieć, czy zrozumiałby video wyświetlany w kinie. Byłby tylko kłopotem. Tak faktycznie nikt tam go nie chciał.
Był także ważniejszy powód, dla którego nie chciał jechać. Dowiedział się o nim wczoraj w nocy. A może to był sen?
(„Nie nie raczej nie chyba… nie to nie był sen to było…)
Autobus po ciężkim wypadku tak tak
Nikt nie chciał go słuchać, a próbował przecież ich ostrzec. Zwracał się nawet do nauczycielki, >lecz ta nie poświęciła mu nawet sekundy uwagi. >lecz któż aby to zrobił ? Kto chciałby słuchać, jak ograniczony umysłowo dzieciak prawi o śmierci i niebezpieczeństwie. ( ponieważ kto dziś słucha idiotów ?
(„Chciałem im powiedzieć, >lecz nie słuchali mnie nie nie słuch… Co ja chciałem?”)
Znów zapadł się w własne niemądre osłupienie. Następny raz zapomniał o tym, co mówił i co chciał powiedzieć. Przypominało to jakby zapadanie w drzemkę; teraz jesteś przytomny, widzisz swój pokój i wszystko dookoła, a za chwilę już śpisz. Tak właśnie było z Mateuszem i chyba z wszystkimi innymi jego pokroju.
Zawiał lekki, figlarny wietrzyk. Chłopiec opierał się jeszcze chwilę o ścianę, ale już za sekundę poczłapał do szkoły na zajęcia.

Kierowca wydawał się być dobry i zapoznany z trasą. Jechał pewnie i to dawało poczucie bezpieczeństwa. Warunki pogodowe były wyśmienite. Słońce przygrzewało, po niebie ślimaczyły się pojedyncze chmury. Nic nie zapowiadało czegokolwiek innego, jak kolejnej zwykłej podróży do Warszawy i z powrotem. Jednakże coś go niepokoiło. Przypominało to małego pasożyta, który zalazł ci za skórę i nie pozwala o sobie zapomnieć. Próbujesz z nim walczyć i czasami wygrywasz, ( ponieważ > lub zasiadasz przed telewizorem (idealny środek na tego typu robactwo), > lub toniesz w objęciach swej cudnej żony. I to wystarczy. Na chwilę. ( ponieważ gdy przyjemność się skończy, on powraca ze zdwojoną siłą. A ty martwisz się cały czas, rozmyślając co tu zrobić.
Facet przypominał sobie historie, które czasami słyszy się w telewizji. O kobiecie, która z wypiekami na twarzy opowiada o tym, jak to miała wsiąść do samolotu (który oczywiście później się rozbija), >lecz w ostatniej chwili rezygnuje. później dziękuje Bogu za uratowanie życia.
Facet myślał za kierownicą o innych rzeczach niż prowadzenie. A to nie sprzyja bezpieczeństwu.



Mateusz wrócił właśnie do domu. Na stole czekał już obiad; przepyszna zupa pomidorowa. Nie wierzył, iż ktoś inny może robić tę zupę lepiej niż jego matka. A co najmniej tak mu się wydawało.
Popatrzył na zegar. Z trudem wywnioskował, iż jest czternasta trzydzieści.
O tej porze powinien zacząć się seans w kinie. Sala powinna być wypełniona. nareszcie był to najpopularniejszy video ostatnich miesięcy. Tłumy waliły drzwiami i oknami. Wszyscy powinni zobaczyć ten video – grzmiały tabuny krytyków.
„No właśnie, wszyscy.”

Wracali nie mniej szczęśliwi, jak wtedy, gdy tu zajechali. Dzieło amerykańskiego reżysera okazało się być fantastyczne. zwyczajnie wspaniałe. Autobus sunął szarą nawierzchnią, w środku było wesoło. Jak zawsze na jakiejkolwiek wycieczce. Kierowca trzymał pewnie stery. Chyba nic nie mogło się wydarzyć, poza bezpiecznym dotarciem do domu. >lecz…
Była siedemnasta.

Cała rodzina zasiadła przed telewizorem, oczekując wydania informacje, mimo, iż pozostało jeszcze do nich ponad półtorej godziny. Mateusz miał zawsze wrażenie (właśnie on nie pamiętał, on miał wrażenie), iż zawsze wspólnie oglądali dziennik. Dzisiaj chciał go szczególnie zobaczyć. Miał własne przyczyny.

Jan Szczepański miał dzisiaj straszny dzień. ( jeżeli można mówić tu w kategoriach dzień-noc. Jechał już dwie i pół doby bez odpoczynku, a szef wkurzał się i groził, iż wyrwie mu coś niecoś z dolnej partii ciała, ( jeżeli transport nie dotrze na czas z Białorusi do celu w Polsce. Szczepański nie pamiętał nawet, gdzie konkretnie ma się zameldować. >lecz to nieważne. Na początku musi przejechać poprzez Warszawę. Cholernie chciało mu się spać. Już, już zamykał oczy, jednak zawsze w ostatniej chwili je podnosił, otrzymywał w takiej pozycji poprzez kilka sekund i znów musiał walczyć o to, by nie zasnąć przy kierownicy.

Był pewny, iż coś się wydarzy. Serce niemiło to przyśpieszało, to znów zwalniało. Starał się opanować, >lecz nie mógł. Z tyłu dzieciarnia wrzeszczała, nauczycielka robiła to samo, próbując ich uspokoić. Nie zdawali sobie sprawy z tego co zaraz się wydarzy.
„A może jestem tylko przewrażliwiony” – pomyślał i spróbował skupić się na drodze. Z naprzeciwka nadjeżdżała ciężarówka z przyczepą.

w końcu. Zaczynają się informacje. Za chwilę dowie się, czy… >lecz on był pewien. To się musiało zdarzyć.

Szczepański chyba przegrywał. Chyba nie da porady. Nie ma co zaryzykować. Przed sobą widział (jeszcze) rzędy samochodów osobowych i jeden większy , zdaje się, iż…
AUTOBUS.
… który był jednak jeszcze daleko. >lecz i tak przewarzająca część stanowiły malutkie autka z przynajmniej dwoma pasażerami w środku. Zaraz zatrzyma się i odpocznie. „A szef niech się pocałuje w du...”
I wtedy zasnął.

„Witam państwa bardzo serdecznie i zapraszam na informacje. Rozpoczynamy tragicznym doniesieniem z ostatniej chwili. Niedaleko Warszawy miał miejsce wypadek samochodowy z udziałem ciężarówki i…”
W tym momencie wszystkie domy w miejscowości Mateusza zostały pozbawione prądu.

DZIENNIK LEKCYJNY KLASY II C:

element: MATEMATYKA
DATA: 11.05.2003

W rubryce: oceny ze sprawdzianu stoją rzędem piątki, dwójki czwóry. Pod nazwiskiem Gołębiewski widnieje jedna, malutka cyferka, napisana tanim piórem za dziesięć złotych.
3