underground co to jest
Definicja: zapomnienia w alkoholu i narkotykach. Jego życie jest idealnie monotonne. Dopóki nie.

Czy przydatne?

Co znaczy Underground

Słownik: Były gliniarz z wydziału do spraw narkotyków w LA, aktualnie lokator jednego z podłych hoteli na Wschodnim Wybrzeżu, spędza okres szukając zapomnienia w alkoholu i narkotykach. Jego życie jest idealnie monotonne. Dopóki nie otwiera drzwi pewne dziewczynie...
Definicja: Keane leży pod moimi nogami; spod jego zwłok wyrasta czerwona kałuża. Kątem oka patrzę na dziurę w jego plecach. Na krótką chwilę przestaję mocować się z przetartym, skórzanym paskiem, jaki zaciskam sobie na ramieniu i unoszę wzrok. W pokoju musi być chłodno, czuję jednak duszną atmosferę meksykańskiego baru. Biała koszula z częściowo rozpiętymi guzikami i podwiniętymi nad łokcie rękawami lepi się do moich pleców, ze skroni ścieka pot. W miejscu drzwi widzę teraz Sangrehielara. Zaciąga się cygarem, wydmuchując w powietrze smużkę popielatego dymu. Jego goryle – bezmyślne osiłki wabiące się Butch, Vic, Dominicco, Angelo – patrzą na niego jak wygłodniałe psy, czekające na komendę:
- Sprzątnąć to ścierwo.
Przeraża mnie spokój, z jakim wypowiada te słowa. Później gasi cygaro na stole; dołącza następne wypalone kółeczko do kolekcji wydrapanych scyzorykiem inicjałów i blizn w kształcie serc i tłustych plam po pikantnych sosach i tanim piwie. Uważnie ogląda własne wypielęgnowane paznokcie, patrzy na złoty zegarek… Chcę krzyczeć, lecz głos odmawia mi posłuszeństwa. Butch podchodzi do mnie z ogromną spluwą w ręce i uśmiechem psychopaty na ustach. Przystawia pistolet do mojego czoła, a ja zamykam oczy. Zaczynam się modlić, lada chwila oczekując strzału. Słyszę nawet najcichszy dźwięk: odgłos strzepnięcia kurzu z ramienia, skrzypienie starego krzesła… Oczami wyobraźni widzę, jak Sangrehielar prostuje się, czekając aż Butch dokona egzekucji. Zaciskam mocniej powieki. Napięcie zdaje się rozsadzać mi czaszkę. Trwa wieki. Krzywię się jak siedmiolatek próbujący powstrzymać tryskające z oczu łzy i jęczę krótko, gdy…
Do moich uszu dociera łagodny głos Sangrehielara:
- Butch. Nie jego. Sprzątnij trupa.
Oddycham głęboko, rozluźniając napięte mięśnie. Butch chowa broń, patrząc na mnie z niechęcią. Następnie z pochmurną miną podchodzi do Keane’a i chwyta go za nogi, wlokąc w stronę tylnych drzwi. Cieknąca ze zwłok jak ze źle wyciśniętej gąbki krew rozmazuje się po podłodze, znacząc ich drogę lśniącą, ciemnoczerwoną smugą.
Drzwi uchyliły się cicho i do powstałej w nich szpary wsunęła się głowa Jake’a, jednego z moich sąsiadów. Jego niezdrowa skóra przybrała lekko zielony odcień w docierającym z korytarza mętnym świetle huśtającej się na zawieszonym u sufitu kablu żarówki. Przetłuszczone włosy zaczesał gładko do tyłu, zakładając za uszy. Rozejrzał się nerwowo, mrużąc oczy. Jego ramię wśliznęło się do środka pomieszczenia, lepkimi palcami szukając przełącznika światła. Nie znalazłszy go, wyjrzał na zewnątrz i szybko wszedł do pokoju. Postąpił na palcach kilka kroków, kiedy dochodzące zza okna intensywnie fioletowe światło reklamującego bar ze streapteasem neonu zalało pomieszczenie.
Znieruchomiał jak oślepione reflektorami nadjeżdżającego samochodu zwierzę. Był chudy i żylasty, wysoki, garbił się jednak, co nadawało jego sylwetce specyficzny, karykaturalny wygląd. Nosił zniszczone trampki, brudne dżinsy i wyciągnięty sweter z olbrzymią dziurą w miejscu łokcia. Zajęczą wargę pokrywał wyliniały, młodzieńczy wąsik, poprzez co zawsze kojarzył mi się ze szczurem albo łasicą. Oceniałem jego wygląd na dwadzieścia – dwadzieścia pięć lat. Przełknął głośno ślinę i odchrząknął.
- Kurde, Harran… Zapomniałem, iż masz okna wychodzące na ten syf – wychrypiał, mając na myśli neon. Uśmiechnął się blado.
- Pedalskie barwy – dodał po chwili nerwowego milczenia.
- Przełącznik jest po drugiej stronie, lecz światło nie działa – powiedziałem.
- Powinieneś wiedzieć o tym, skoro tak regularnie wpadasz tu pod moją nieobecność… Szukasz hery w puszce po ciastkach?
Uśmiech zastygł na jego wargach.
- Nie, skądże – wykrztusił – Wpadłem tylko zapytać, czy nie masz jakichś świeczek. Nasze się zakończyły i również nie mamy prądu, a planowaliśmy z Anne…
- Są w dolnej szufladzie komody – przerwałem mu. Nie miałem ochoty dowiadywać się o wieczornych planach Jake’a i jego ciężarnej dziewczyny.
Rozejrzał się i niepewnie podszedł do mebla. Posłał mi pytające spojrzenie. Skinąłem głową. Przykucnął, wysuwając szufladę. poprzez chwilę przyglądał się badawczo jej zawartości, nareszcie wyciągnął dwie białe świeczki i wstał, odwracając się do mnie.
- Nn… nie wiedziałem, iż jesteś zajęty – wydukał, dopiero teraz zauważywszy leżącą u mych stóp zastosowaną strzykawkę. Głód narkotykowy prześliznął się po jego twarzy.
- Nie jestem – uciąłem. Zauważyłem, iż przygląda się badawczo stojącym w rzędzie na komodzie figurkom Najświętszej Panienki. Musiał zauważyć również kilka owiniętych w folię, schowanych w szufladzie wspólnie ze świecami.
- Nie sądziłem, iż jesteś tak religijny, Harran – wymamrotał w zamyśleniu, przenosząc na mnie wzrok. Jego oczy napotkały moje twarde spojrzenie.
- Nie jestem – powtórzyłem zdecydowanie i zapytałem szybko:
- Chcesz czegoś jeszcze?
- Nie...
Różowe światło, które zapaliło się, gdy skończył przeszukiwać szufladę zgasło powoli. Pokój pogrążył się w ciemności. Widmo Keane’a wymknęło się na korytarz.
- Wyrucham cię, jeżeli wyjdę z tego cało – usłyszałem jego warknięcie.
- Co? – zadrżałem gwałtownie, czując jak coś zimnego dotyka mojego kręgosłupa.
- Dziękuję! To! Wszystko! – wycedził Jake, wydobyty z mroku fioletowym blaskiem. Zamrugałem oczami, chcąc upewnić się, iż jego widok nie rozmaże się pod wpływem napływających pod powieki łez. Odetchnąłem z ulgą. Keane spoglądał na mnie zza progu. Rana wylotowa na jego czole wyglądała jak groteskowo opuchnięte trzecie oko z ciemnoczerwoną łzą. Jego wargi rozciągnęły się w szyderczym uśmiechu. Pierdol się, pomyślałem, sztyletując go spojrzeniem. Jake odwrócił się i podejrzliwie popatrzył na drzwi. Pokój jeszcze raz pogrążył się w ciemności i wynurzył z niej skąpany w różowym świetle.
- U Harrisonów chyba znów szykuje się awantura – powiedział taktownie ożywiony, chcąc przerwać kłopotliwą ciszę. Jakby na potwierdzenie jego słów z korytarza dobiegły krzyki i przekleństwa i dźwięk rozbijanego szkła.
- Wątpię, aby byli małżeństwem – stwierdziłem oschle – A Harrison to nazwisko Frances, nie jej przyjaciela.
- Cóż… ja wątpię, aby byli tylko przyjaciółmi – uśmiechnął się niemiło.
– Łączą ich raczej – zawahał się, szukając odpowiedniego ustalenia. Przypatrywałem mu się drwiąco.
– Interesy… - wysyczał, stojąc w gasnącym świetle. Zmieszał się, kiedy fioletowy neon na powrót zalał pomieszczenie.
- Lepiej już pójdę – stwierdził.
Nie zaprotestowałem. W głębokim zamyśleniu, ruszył niezgrabnie w stronę drzwi.
- Dzięki za świeczki – odwrócił się w progu. Zignorowałem go.
- Równy z ciebie gość, Harran... czasami straszny skurwysyn, lecz oprócz tego równy – powiedział.
Nie odezwałem się.
- Zobaczymy się jutro w barze – uśmiechnął się z wysiłkiem. Niezdarnie pomachał mi świeczkami i wymknął się na zewnątrz, zamykając drzwi. Byłem niemal pewny, iż oparł się o nie plecami, oddychając ciężko i otarł pot z czoła, kiedy tylko znalazł się na korytarzu.


* * *

Plan był prosty:
1. Jedziemy do Tijuany.
2. Streszczamy Sangrehielarowi projekty wydziału antynarkotykowego na najbliższy miesiąc.
3. W nagrodę dostajemy walizkę czyściutkiej heroiny.
Tak zakładał śp. Keane.
Później mieliśmy wyjść, mijając w drzwiach członków Podejrzanej Paczki, którzy zamiast zamówić cienkie piwo, rozpoczną regularną rzeź. Sangrehielar i jego goryle mieli oczywiście zginąć. Keane prowadził samochód z miną człowieka, który obstawił u bukmachera sprzedaną walkę i jedzie właśnie odebrać wygraną. Utrzymywał stałą szybkość 50 mil na godzinę. Miły wiatr rozwiewał jego długie, białe włosy, a promienie zachodzącego słońca odbijały się od tkwiących na zakrzywionym nosie ciemnobrązowych lennonek. Ogorzała, mądra twarz wyrażała pełnię zadowolenia ze swych zamierzenieów i zdecydowanie co do ich wykonania.
Miał na sobie luźną koszulę z miękkiego, zapewne drogiego materiału, odsłaniającą częściowo szczupły, jednak dobrze umięśniony tors i jasnoniebieskie dżinsy z brązowym paskiem i wygodne mokasyny. Mimo zakończonych sześćdziesięciu dwóch lat utrzymywał niezłą kondycję – biegał, pływał, trenował sztuki walki. Akurat przypomniał mi się łomot, jaki spuścił mi na ringu sali gimnastycznej dwie i pół godziny temu i dwadzieścia dolców, które w ten sposób przegrałem. Wydąłem wargi, odwracając głowę w przeciwnym kierunku. Keane zauważył to i uśmiechnął się. Patrzył uważnie na autostradę, zaciskając długie palce na skórzanej kierownicy wozu. Popołudniowy ruch nie był wzmożony, ostrożność jednak niezbędna.
- Co, jeszcze cię boli, mały? – spytał z kpiącym uśmiechem, jednym okiem przypatrując się otarciu na moim policzku. Zacisnąłem zęby. Zaśmiał się dobrotliwie i przeniósł wzrok na ulicę.
- Pozwól, iż kiedy wrócimy, postawię ci piwo. Alkohol jest najwspanialszym uśmierzaczem bólu na świecie – powiedział. Jego wargi rozciągnęły się w złośliwym uśmiechu. Prychnąłem pogardliwie, ignorując go. poprzez chwilę prowadził w milczeniu, jadowity uśmieszek nie spełzał jednak z jego ust. Często posyłał mi także ukradkowe spojrzenia, najwyraźniej szacując zasoby mej cierpliwości.
Nie zostało jej sporo.
Zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle. Popatrzył obojętnie przed siebie i ruszył, kiedy zmieniło się na zielone. Czarna terenówka wyminęła nas, niespodziewanie skręcając w prawo. Radosne okrzyki młodych pasażerów zmieszały się z piskiem opon. Keane zahamował ostro, o centymetry unikając zderzenia i zaklął siarczyście. Odezwał się klakson jadącego za nami wozu.
- Kretyn – mruknął pod nosem, pokazując kierowcy palec i nacisnął gaz.
Jechaliśmy szybko. Skąpane w złocie zachodzącego słońca budynki przemykały w okolicy nas. Cienie, jakie rzucały na ulicę, tworzyły mozaikę różnych odcieni szarości. Keane nie odzywał się. Pomyślałem, iż notuje w pamięci numer rejestracyjny tamtego wozu lub planuje przebieg spotkania z Sangrehielarem… Nigdy nie potrafiłem odgadnąć jego myśli. Co jakiś czas miałem niejasne uczucie, iż przypatruje mi się drwiąco. Zacząłem odwracać wzrok, chcąc złapać jego spojrzenie, za każdym wspólnie prowadził jednak nieporuszony. Jadące przed nami samochody kołysały się monotonnie na szarym pasie autostrady. Wzrok Keane’a prześliznął się po moim karku. Przyczaiłem się i odwróciłem szybko. Trzymał ręce na kierownicy, ze znudzeniem patrząc na ciągnącą się przed nami drogę.
- Aaaargh, Gahn, odpierdol się łaskawie i zdechnij – warknąłem, nieszczęśliwy. Roześmiał się, zadowolony. Zrozpaczony, uderzyłem głową o deskę rozdzielczą.
- Nie rób tak, ponieważ nabijesz sobie guza – skarcił mnie.
Jęknąłem, waląc w nią jeszcze raz.
- Oj, Harran… musisz się jeszcze dużo nauczyć – odparł szczerze, w tonie jego głosu wyczułem jednak ironię. Westchnąłem, nie poruszając się. Przeciągłe, na wpół badawcze, na wpół pobłażliwe spojrzenie prześliznęło się po moim karku. Następnie przeniósł wzrok na ulicę, następne kilkanaście min. poświęcając wyłącznie na wykonywanie manewrów wymijania i wyprzedzania.
- Zacznie cię boleć głowa, jeśli będziesz tak długo leżeć – odezwał się po dłuższej chwili.
- Poradzę sobie, dzięki za troskę – wybełkotałem.
- Skoro tak twierdzisz… - mruknął. Z satysfakcją usłyszałem w jego głosie lekką urazę. Zamknąłem oczy, uśmiechając się w duchu. Samochód kołysał lekko w momencie jazdy. Rozluźniłem napięte mięśnie. Mój umysł zaczął zapadać się w przyjemne odrętwienie. Nie zauważyłem, kiedy przemykająca pod naszymi kołami droga szybkiego ruchu zakończyła się, a towarzyszące nam strzeliste konstrukcje ze szkła i stali zniknęły z horyzontu. Do moich uszu dobiegł szelest, a później brzęk i szum, kiedy Keane włączył radio. Zaklął, kręcąc gałkami. Zza zasłony trzasków wyłoniła się jakaś naiwna piosenka z lat sześćdziesiątych.
- Jak prawdziwe dzieci natury, urodziliśmy się, aby być wolnymi. Możemy sięgać szczytów, pragnę wiecznie żyyyć… – zawył wokalista. Keane popatrzył na mnie i przyciszył. Zerwał się lekki wiatr, rozdmuchujący moje włosy.
- Urodzony wolnym… – usłyszałem jeszcze, zanim osunąłem się w sen