świat według smoka fragmenty co to jest
Definicja: słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy "Świat według smoka" - fragmenty 2 i 3

Słownik: Postanowiłem dodać na raz dwie części opowiadania, tak aby nie wklejać pojedyńczo kilku niezbyt długich tekstów. Miłego czytania! :)
Definicja: Następne dni mijały mi głównie na jedzeniu, spaniu i zabawie z bratem i siostrą. Graliśmy, a to w Łap Ogon, a to znów w Szukaj. W tej ostatniej grze była idealna z nas Silvetha. Zawsze odnajdywała nasze kryjówki, mimo, iż nasza jaskinia miała ich dosyć dużo. Może to, dlatego, iż jej oczy najlepiej widziały w ciemności i wzrokiem przebijała każdy cień? Moją ulubioną zabawą były zapasy. Nie chwaląc się muszę wyznać, iż byłem w tym super aczkolwiek zdarzało mi się parę razy przegrać z Viltenbrethem. Silvetha także czasami się włączała do walki, ale zwykle wolała stać z boku i kibicować któremuś z nas dwóch.
Mama zaś, jeśli nie przebywała na polowaniu, to obserwowała nasze zabawy z rozczuleniem, jakby przypominając sobie swoje dzieciństwo. Jednakże jak już mówiłem sporą część czasu przebywała poza jaskinią starając się zapewnić nam i sobie konieczną liczba pożywienia.
Pewnego razu, gdy nie było mamy, Silvetha zaproponowała, aby wyjść na zewnątrz i popatrzeć na szeroki świat. Viltenbreth od razu się zgodził. Wobec takiego rozwoju wypadków ja także zdecydowałem się wyjść, aby nie pozostać sam jeden w pustej pieczarze.
Zaraz się okazało, iż to ja mam pierwszy wychylić nosa poza dom. Tak już bywa, iż jak jesteś najstarszym w rodzeństwie, to zawsze ty na początku próbujesz czegoś nowego, a później reszta idzie za twoim odpowiednikiem.
Trochę się ociągając zbliżyłem się do wyjścia z groty. Z każdym moim krokiem zbliżałem się do plamy światła, które padało poprzez otwór. Gdy byłem na granicy pomiędzy półmrokiem, a jasnością poczułem strach przed nieznanym. Jednakże przełamałem go wiedząc, iż mój brat i siostra czekają za mną aż przekroczę próg naszej jaskini. Zrobiłem jeszcze pare kroków i wkroczyłem w światło.
Pierwszy raz w życiu widziałem tą sporą, żółtą kulę na niebie zwaną słońcem. Gdy na nie patrzyłem lekko raziło mnie w oczy. Równocześnie czułem miłe ciepło, zapewne także pochodzące od tej kuli. Nareszcie zwróciłem me spojrzenie niżej. Parędziesiąt kroków ode mnie stały ogromne i grube pnie drzew, a ich gałęzie obsypane były zielonymi liśćmi. Zieleń była także pod moimi łapkami w formie trawy, tu i ówdzie rosły różnokolorowe kwiaty. Naraz odebrałem tyle różnych wrażeń, od ciepła promieni słonecznych, przez zapach roślin, aż po lekki podmuch chłodnego wiatru.
W niemym zachwycie patrzyłem na ten świat wokół mnie. Teren obniżał się biegnąc od skał, w których skryta była nasza pieczara, więc miałem dobry widok na ziemie leżące dalej, aż po horyzont. Dopiero teraz zrozumiałem jak ten świat jest ogromny i jaki ja jestem mały w porównaniu z nim. Siostra i brat także obserwowali wszystko wokół z podziwem malujących się na ich twarzach. Jedna rzecz przykuła w najwyższym stopniu mój wzrok, bo odznaczała się na tle zielonego krajobrazu swą szarością. Była prostokątna z kilkoma wypustkami na szczycie. U jej stóp stało kilka mniejszych przedmiotów, które były żółte u góry. Bardzo mnie zastanawiało, co to może być.
W tym momencie nadleciała mama niosąc w łapach zwierzynę, którą nazywała sarną. Nie wyglądała na zdziwioną tym, iż nie czekaliśmy na nią wewnątrz domu. Pozwoliła nam posilić się na powietrzu. Kiedy skończyliśmy jeść spytałem mamę o tą rzecz, która tak bardzo nie pasowała do całości otoczenia.
Ten szary element to mieszkanie ludzi, nazywane poprzez nich zamkiem. – odpowiedziała.
Co są to ludzie? Czy to jakieś zwierzęta? Czy ich się je? – dopytywał się Viltenbreth.
Nie. Ludzie są tak samo inteligentni jak ty czy ja, mój mały. W odróżnieniu do nas smoków nie mają skrzydeł i poruszają się na dwóch nogach. Dorosły człowiek jest mało wyższy od was.
Czy mali ludzie mogą się bawić z nami?
– zadała pytanie Silvetha, która najwidoczniej była bardzo ciekawa jak wyglądają te nowe istoty.
Nie. Ludzie boja się nas i równocześnie nienawidzą gdyż od czasu do czasu jesteśmy zmuszeni z głodu porywać im zwierzęta, które hodują. Jednakże ich strach wywodzi się głównie z ich niezrozumienia i niewiedzy o nas.
Czy wszyscy ludzie nas nie lubią?
– spytałem.
Są tacy co wiedzą więcej o nas i naszych zwyczajach, ale nieliczni z nich zostają przyjaciółmi smoczej rasy. Dla większości jesteśmy krwiożerczymi potworami, którymi się straszy małe ludzkie dzieci jeżeli nie są grzeczne.
To raczej niemądre z ich strony.
Uprzedzenia przesłaniają im widzenie. aczkolwiek jest wielu takich, co umieją myśleć obiektywnie w poszukiwaniu prawdy. Niestety ich głos rozsądku jest zagłuszany poprzez krzyk nienawiści pobratymców. Nie martwcie się tym jednak moje maleństwa, bo żyje wiele innych smoków, z którymi będziecie się mogły bawić.
Długi czas później bawiliśmy się dopóki nie nadszedła noc i musieliśmy wrócić do jaskini. Zanim zasnąłem rozmyślałem o tym czego się dzisiaj dowiedziałem o tych nowych istotach, które mieszkały w tym szarym zamku. Nareszcie jednak moja świadomość odpłynęła i usnąłem.


Dni i tygodnie mijały podobnie do siebie. Teraz jednakże sporą część czasu spędzałem z rodzeństwem na nauce zdolności przydatnych w życiu. Mama uczyła nas jak tropić zwierzynę węchem, jak pozostać niezauważonym wśród drzew i gęstego listowia. Poznawaliśmy jakie rośliny i zioła pomagają w szybszym leczeniu się ran. a które z nich zapobiegają chorobom zębów. Dowiedzieliśmy się także jak wydobywać z siebie wewnętrzny ogień. Niestety jedyne co wyziewaliśmy to dym, ale mama powiedziała, iż z czasem jak dorośniemy pojawi się także prawdziwy ogień. Na razie zaś powinniśmy ćwiczyć to „zianie”, aby nie mieć później problemów z natychmiastowym użyciem ognia gdyby zaszła taka potrzeba.
Oprócz tego mama przekazywała nam wiedzę o świecie poza horyzontem, który był zamieszkany głównie poprzez ludzi, którzy nie pozostawiali sporo miejsca dla innych stworzeń poczynając od pegazów i jednorożców, a na smokach kończąc. Wraz z Viltenbrethem i Silvethą uczyłem się mowy ludzkiej – gardłowej i niepozwalającej przekazywać tylu informacji, co mowa myśli. Mama uważała, iż może się to nam przydać, gdyż prawdopodobnie regularnie będziemy mieć do czynienia z przedstawicielami tej rasy. W czasie jednych z takich lekcji usłyszałem o tym, iż człowiek, który został odpowiednio przeszkolony i ma dar, może przywołać dzięki słów tajemne siły natury i świata.
Ludzie nazywają tą moc magią. Ten, kto ją używa nagina albo łamie pierwotne prawa natury, ponieważ czymże jest np. przywołanie jakiegoś przedmiotu z dystansu bez dotykania go jak nie omijaniem zasad rządzących światem? Dla ludzi każda rzecz albo działanie, którego nie rozumieją lub nie umieją wytłumaczyć rozumem, jest magiczna. Przykładowo: przewarzająca część myśli, iż my, smoki do wznoszenia się w powietrze i latania potrzebujemy magii, bo nie mogą uwierzyć, iż to same skrzydła mogą unieść w przestworza. Latanie jest dla nas tak samo naturalne jak dla ptaków, a przecież nie można o nich powiedzieć, ze potrafią używać z jakiejś nieznanej nikomu mocy…
wspólnie z kolejnymi miesiącami rośliśmy w zatrważającym tempie, a jaskinia stawała się dla nas coraz mniejsza. Po prawie pięciu miesiącach od moich narodzin przyszedł chwilę na naukę latania. Skrzydła były na tyle ogromne i mocne aby mogły udźwignąć ciężar naszych ciał. Pierwsze pró aby odbywały się na polanie przed grotą i polegały jedynie na unoszeniu się kilka stóp nad ziemią poprzez krótki czas. Początkowo było mi i mojemu rodzeństwu trudno dokonać takiego wyczynu. Jednakże z każdą próbą, z każdym dniem ćwiczeń wzniesienie się w powietrze przychodziło mi z coraz większą łatwością. Wydłużył się także czas takiego „latania” aż do pół godziny. Równocześnie mama pouczała nas jak mamy szybować, korzystając ze sprzyjających wiatrów, ; aby mniej obciążać mięśnie skrzydeł.
Pewnego dnia mama zaprowadziła nas nad wysoką skalną skarpę, z której mieliśmy wystartować do prawdziwego lotu. Zauważyłem, iż pomiędzy krawędzią przepaści, a ziemią w dole jest duży dystans. Pierwszy miał skoczyć w przepaść Viltenbreth, bo to on najlepiej opanował sztukę latania. Mama już przedtem wystartowała, ; aby w przypadku niebezpieczeństwa upadku, któregoś z nas móc szybko pośpieszyć z pomocą.
Brat podszedł nas krok od krawędzi, rozprostował skrzydła machając nimi kilka razy jakby dla sprawdzenia ich siły, lekko odchylił się do tyłu i skoczył naprzód wybijając się tylnymi kończynami. Zaraz za skarpą opadł kilka metrów, ale gdy jego skrzydła nabrały powietrza jego lot ustabilizował się, a później zaczął się powoli wznosić.
kolejna była moja siostra. Ona także po wybiciu się spadła o pare stóp, a następnie wzniosła się.
Nadeszła pora na mnie. Zbliżyłem się do skarpy, wybiłem się i już byłem w powietrzu.
To było niezapomniane doświadczenie! Lecieć wysoko nad ziemią, czuć niezbyt mocny wiatr napierający na całą powierzchnię skrzydeł i wiedzieć, iż nie ma jakichkolwiek ograniczeń tak aby skierować dokąd się tylko chce! Tj. zwyczajnie wspaniałe, gdy odczuwa się taką wolność i swobodę w locie, a równocześnie wszystkie zmartwienia i troski zostają w dole, na ziemi.
Skręcałem w powietrzu jedynie dzięki ruchów skrzydeł i ogona, który służył mi jako ster. Mama pokazywała nam parę manewrów powietrznych, które staraliśmy się precyzyjnie powtarzać za nią. Na lataniu minęło nam dużo czasu, aż przyszedł chwilę na posilenie się. Wysiłek fizyczny sprawił, iż wszyscy mieli dobry apetyt. Wiedziałem, iż tak jak i ja, moja siostra i brat nie mogli się już doczekać na powrót w szerokie przestworza.