przepiórczykiewiczna klapki co to jest
Definicja: Aspirant Gzyms wyszedł na balkon i zaczął ćwierkać słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Przepiórczykiewiczna i klapki kanarkowe

Słownik: Aspirant Gzyms wyszedł na balkon i zaczął ćwierkać
Definicja: Aspirant Gzyms wzuł na nogi swe klapki, kanarkowe, bezsensowne, po czym wyszedł na balkon i zaczął ćwierkać. Ćwierkał odśrodkowo, z głębi siebie, ćwierkał ćwierkaniem czułym, pieszczotliwym niemal, jakby chciał tylko połaskotać powietrze.
Cóż jednakże z tego, iż ćwierkał, skoro świat i chmury na ćwierkanie jego odpowiedziały cynicznym milczeniem? Cóż z tego, skoro klapki jego kanarkowe pozostawały nieprzejednanie bezsensowne? O, ileż sarkazmu było w otaczającej ciszy! Aspirant Gzyms czuł, iż ciszą tą świat czyni mu na złość, nie zniechęcił się jednak. Zawziął się w sobie, zaparł jakby od wnętrza, i ćwierkał dalej, nie patrząc w ogóle na pieski, które ironicznie parzyły się ze sobą na trawniku. Z premedytacją nie patrzył, ponieważ wiedział, iż parzą się tylko po to, by spojrzał, toteż nie patrzył i ćwierkał własne.
Zza rogu zaś w czasie gdy wyłaniał się dostojnie Prof. Przepiórczykiewicz i kopał. Kamyk kopał, kamyk żółty, maślany. Prof., w postawie i wyglądzie zacny jak zawsze, erudyta, krasopisarz, fakultetywowany i uniwersytecki na wskroś, podniósł głowę znad żółtawego kołnierza, rzucił wzrokiem na Aspiranta Gzymsa i gruchnął, a od niechcenia jakby.
Aspirant Gzyms, zdumiony, rozejrzał się, kto także się poważył gruchnięciem swoim wtrącić nachalnie w ćwierkot jego uwznioślony, i dostrzegł Przepiórczykiewicza. Oczy zwęził, szparko, dziób w ciup, ręka, włosy, i jeszcze mocniej, jeszcze ćwierkliwiej zaćwierkał. Tak ćwierknął, iż wzruszył się swym ćwierknięciem, i chwytając się ze wzruszenia za serce ćwierknął raz jeszcze, naćwierczony i rozćwierkowany do reszty. Prof. Przepiórczykiewicz prychnięciem odbił ćwierknięcie, gulgnął czymś w żołądku, odgulgał, po czym zagulgał, tak donośnie, tak nosowo i basowo, iż zdmuchnął gulganiem cały z powietrza ćwierkot i już tylko gulgot był w powietrzu, gulgot zatęchły, przedwczorajszy. I nie było już ćwierkania, a gulgot tak był ostateczny, tak końcowy i denny, iż wiadomo było, że nic już więcej nie będzie.
Gzyms, Aspirant, zachwiał się od gulgania Przepiórczykiewicza i ból go jakiś chwycił trzewiowy, żałość jakaś rozlała się po nim, iż tak dane będzie sczeznąć wszystkim ćwierkaczom tego świata. I już poddał się Gzyms, już się odwracał aby odejść, gdy nagle, ni z tego ni z owego, klapki jego kanarkowe nabrały sensu, sensownymi się stały, usensownionymi. Z tych klapek sensownych zaczerpnął Gzyms nową siłę do walki z Przepiórczykiewiczem, a miała to być walka śmiertelna, o ćwierkanie bądź gulganie nad światem.
Zeskoczył z balkonu plaskając klapkami, dopadł Przepiórczykiewicza, ręka, gardło, i z gardła wyciągnął siłą Gzyms Przepiórczykiewiczowi gulgot. A gulgot był zielonobordowy, oślizgły i jął wierzgać, gulgając coś niezrozumiale. Skrzywił się Gzyms, iż gulgot przepiórczykiewiczowski taki obrzydliwy, nie puścił jednak, napiął się, naprężył, i ćwierknął prosto w gulgota, a wydobył z siebie ćwierkot najczystszy, na jaki mógł się zdobyć. Po czym cisnął gulgotem na chodnik szary, spękany, i zdeptał klapkiem kanarkowym. Następnie triumfalnie zaćwierkał do Przepiórczykiewicza, Profesora.
Prof. jednak, Przepiórczykiewicz, nie myślał się poddawać.
- Waść ćwierkasz li jedynie powierzchownie, ćwierkot waści pozbawiony jest elementarnej ćwierkowatości, jaką dobry ćwierkot posiadać winien. W ćwierkocie waści brak ducha, duch martwy jest, pusty, wypalony, wyćwierkowany do cna!
Oburzył się Gzyms na te słowa.
- Nie przepiórczykiewiczuj mi tu waść niecnie! To gulgot waści martwy jest, o, tu leży, dycha jeszcze trochę, dychawicznie, nostalgicznie!
A gdy się Gzyms nachylał, demonstrując Profesorowi gulgot jego obleśny, Przepiórczykiewicz podstępnie strącił parasolem klapek kanarkowy z nogi jego. Zdeklapkowany znienacka Gzyms stracił równowagę, zamachał w powietrzu rękami, ćwierknąć chciał, ale nie zdążył, po czym runął na gulgot. Gulgot, jako się rzekło, oślizgły, perkaty trochę, ściśnięty Gzymsem wyświsnął przed się. Poleciałby zapewne do krainy wiecznego gulgania, jednak pomiędzy leżącym Gzymsem a krainą wspomnianą przechodziła niefortunnie leciwa dewotka z kontrabasem. Widząc nadlatujący gulgot przyjęła dewotka pozę fachową, kontrabas uniosła i odbiła gulgot bekhendem. Odbity wrzasnął gulgotliwie i boleśnie, po czym pomknął ku Przepiórczykiewiczowi, który podówczas stał z ustami rozdziawionymi. Korzystając więc z okazji wleciał gulgot z powrotem w przepiórczykiewiczowskie gardło, wleciał gładko, z cichym jeno plompnięciem.
Gdy gulgot z powrotem znalazł się na swoim, Prof. Przepiórczykiewicz nie marnował ni chwili tylko jął gulgać płaczliwie, rozpaczliwie i rozdzierająco, a wkładał w to gulganie cały gulgot swój. Aspirant Gzyms, leżąc, ćwierknął cicho, bronić się próbował od gulgania, nie zdzierżył jednak, wszak zdeklapkował go przedtem podstępny Prof.. W tej sytuacji, nie widząc wyjścia z sytuacji, Gzyms wyzionął ducha. Duch, wyzionięty, spojrzał na Przepiórczykiewicza z wyrzutem, po czym odleciał tam, gdzie duchy wyzionięte odlatywać zwyczajny. Prof. zaś Przepiórczykiewicz ruszył w dalszą drogę, zadowolony, kopiąc kamyk mały, żółty, maślany, i gulgając z cicha pod nosem.

--- koniec ---

Kalisz, styczeń 2005