paulińskie prawdy półprawdy co to jest
Definicja: jednego z Paulinów, nie dopuszczając głównego świadka do zeznań słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Paulińskie prawdy, półprawdy i g...prawdy

Słownik: Przed sześcioma i pół roku obecny podprzeor jasnogórski Sebastian Matecki uniemożliwił przeprowadzenie rzetelnego śledztwa w kwestii samobójstwa jednego z Paulinów, nie dopuszczając głównego świadka do zeznań.
Definicja: W styczniu 2002 r. Sebastian Matecki pełnił funkcję prefekta seminarium paulińskiego na krakowskiej Skałce. Wówczas jeden z kleryków popełnił samobójstwo. Prefekt poniósł „zasłużoną karę” za brak stosunku personalnych z powierzonymi jego opiece klerykami. Karą był (o zgrozo) awans! I tak persona (wypadałoby dodać non grata) została podprzeorem jasnogórskim i grzmi na grzeszników przychodzących do Czarnej Madonny. Przychodzących do Niej, ale regularnie mają okazję słyszeć jego – podprzeora z rozdwojeniem moralności (aczkolwiek można pokusić się o wnioski dotyczące jaźni).

Awans nie był (co najmniej mam taką nadzieję) nagrodą za nieudolność, (aczkolwiek droga awansu zakonnego to dość skomplikowana materia „wazeliniarstwa” ( (aczkolwiek bliższe prawdy byłoby ustalenie „lizodupstwa”). Akurat eks-prefekt wiedział przed kim i jak należy „bić pokłony”, więc w jego przypadku wszystko było możliwe.

Jednak bardziej prawdopodobne jest nagrodzenie eks-prefekta skałecznego jasnogórskim podprzeorstwem za dbałość o wizerunek zakonu. Dbałość kosztem prawdy, kosztem podeptania pamięci zmarłych (( (aczkolwiek w tym przypadku zmarłego).

Dla wspólnoty zakonnej czerpiącej zyski z hojności pątniczej ((( (aczkolwiek właściwsze byłoby napisanie: żerującej na niej) dbałość o wizerunek to podstawa. Wszak właśnie wyidealizowany wizerunek miejsca i wspólnoty opiekującej się sanktuarium stanowi podłoże hojności pątniczej. Rysy mają być, ale tylko na twarzy Czarnej Madonny, z kolei rysy na wizerunku zakonu stanowią wyłącznie uszczuplenie materialnej potęgi. Stanowią zatem wroga numer jeden, wroga większego niż legiony szatańskie...

Wróg przychodzi niepostrzeżenie i ośmiela się przypomnieć, iż Człowieka należy traktować z szacunkiem. I to niezależnie czy to jest Człowiek teraźniejszy (żyjący), czy także Człowiek przeszły (odeszły z tego świata). Tym wrogiem jest pauliński odrzut, WYRZUCONY z zakonu w ramach polerowania wizerunku zakonu.

Pauliński odrzut strzepując z obuwia proch zakonnej bytności nie pozbył się jednak wspomnień, które gruntowały w nim odrazę do person pokroju Sebastiana Mateckiego.

Rozłożywszy na czynniki pierwsze wspomnienia ostatnich tygodni swej zakonnej drogi stawiał w świadomości moralny pręgierz i pod nim winnych.

Głównym winnym był Sebastian Matecki.

Oskarżony.

I skazany.

Niestety tylko zaocznie.

Tylko w świadomości paulińskiego odrzutu. A wypadałoby w końcu pokazać wilka w owczej skórze szerszej ekipie socjalnej.

O ile samo samobójstwo można pozostawić chwilowo na boku, o tyle postaw władz zakonnych i seminaryjnych bezpośrednio po nim chyba już dłużej nie można przemilczeć.

Pauliński odrzut poczekał siedemdziesiąt siedem (oczywiście odniósł to do biblijnej symboliki liczb) miesięcy i zdecydował, iż w nieudane próaby rozwiązania jego konfliktu z zakonem paulińskim należy włączyć hierarchów kościelnych. To mało dało, więc otworzył usta.

A było tak.

Za zakonnym murem.

Za klauzury drzwiami złożył w ofierze zakonnik życie. Podcięte żyły, upływ krwi, przemierzona droga i skok (jak to bezdusznie brzmi – wyliczanka, w której zawarta jest droga od życia do śmierci). Wspólnota zakonna w tym czasie odprawiała wspólnotowe modlitwy (a może klepała pacierze, walczyła ze snem, myślała o niebieskich migdałach, albo, co bardziej wpasowuje się w kontekst, o Bóg wie czym). Koniec modlitw porannych i kolejni zakonnicy opuszczali kaplicę. Pierwszy wychodził tym wspólnie późniejszy pauliński odrzut, który bezpośrednio po modlitwach wychodził po prasę.

Jeszcze tylko do celi po płaszcz i...

I...

I…

I tu zakończył się zakonny spokój (spokój umysłu i ducha).

Na zakonnym korytarzu była krew. Woń, kolor... nie pozostawiały wątpliwości. Podążył za nią (((( (aczkolwiek ona pozostawała na miejscu, bez uchwytnego przezeń ruchu). Dotarł do łazienki, otworzył drzwi i aż go odrzuciło. Woń krwi była tak intensywna. Fragment podłogi pokrywała kałuża krwi, leżały w niej także kawałki mięsa, (((( (aczkolwiek wówczas zauważył elementy pokryte krwią. Nie przyglądał się nim zbyt uważnie, ponieważ woń krwi rozbudzała w nim odruch wymiotny. Szukał Człowieka, a skoro go nie znajdował, więc ruszył za śladami krwi pozostawionymi na korytarzu. Dotarł do jednej z zakonnych cel. Tam krwi było o sporo więcej niż na korytarzu (a mniej niż w łazience), ale także nie było widać Człowieka. Stał jak wmurowany w miejsce przyglądając się kroplom krwi pokrywającym znajdujące się w celi elementy.

Na środku stało krzesło, przy którym było najwięcej krwi. Nad nim znajdowało się otwarte dachowe okno. To, że było otwarte, zauważył dopiero po chwili. Na futrynach dostrzegł krew. Wyjrzał. Na dach także była krew, ale nie było Człowieka.

W jego świadomości czas od wejścia do łazienki do wystawienia głowy poprzez dachowe okno był długi, bardzo długi. Wynika to najprawdopodobniej z przemierzania tej drogi w świadomości wielokrotnie. W rzeczywistości zajęło to mało czasu i gdy wrócił do kaplicy, ;aby któremuś z przełożonych powiedzieć o krwi kaplica była jeszcze pełna.

później zaczęło się ogólne oglądanie miejsca połączone z zadeptywaniem śladów. Zanim zdecydowano się zawiadomić policję i zanim ta dotarła krew była już na schodach i innych piętrach. Zresztą policjanci nie byli lepsi. (co najmniej najpierw bardziej zainteresowani byli obejrzeniem w jakich warunkach żyją zakonnicy od zabezpieczenia śladów. Zresztą już na wstępie przyjęli wersję o samobójstwie, dyskutując o związku pełni księżyca z częstotliwością samobójstw.

Zakonnik, który pierwszy widział ślady krwi siedział na schodach przysłuchując się tym rozmowom, nie wiedząc co ze sobą zrobić. W okolicy przechodziły co chwilę następne osoby rozmawiając o zwłokach, nie o Człowieku.

Problemem dla prefekta i rektora była jakaś kobieta mieszkająca w pobliżu, która dzwoniła do rektora, iż widziała... (niestety nie wiem czy skok, spadanie, czy także kogoś leżącego przy budynku seminarium). Dla elity klasztornej ważna była wówczas nade wszystko dyskrecja. Obawiali się zamieszania medialnego. I powiodło się!

Prefekt Sebastian Matecki wysłał siedzącego na schodach zakonnika do kaplicy zakazując mu rozmawiania z policjantami. Dlatego miał sposobność wysłania na przesłuchania tylko tych, których chciał, a policjanci „zatańczyli jak im zagrał” – ograniczając się do rozmów z osobami, które zostały wysłane albo dopuszczone do zeznań. A zakonnik wiedzący najwięcej siedział w kaplicy zastanawiając się: czy manipulowanie prawdą mieści się w ślubie posłuszeństwa, który złożył niespełna pół roku przedtem.

Ślub posłuszeństwa okazał się potężnym orężem, dzięki czemu zakon wyszedł obronną ręką. Media nie rozdmuchały sprawy i zapomniano...

Pauliński odrzut jednak nie zapomniał i rodzina zmarłego bez wątpienia także nie zapomniała. Wszak policja niczego konkretnego nie ustaliła. A wystarczyło spotkanie ojca zmarłego z paulińskim odrzutem ;aby samobójstwo, o którym tak mało wiedziano okazało się ofiarą, lecz o tym kiedy indziej.

Teraz wypada wrócić do roli Sebastiana Mateckiego w utrudnianiu śledztwa. Nie ograniczył się do selekcji świadków, ale posunął się do ukrycia materiału dowodowego. Zmarły prowadził gdyż pamiętnik, którego nie przekazano policji ani rodzinie wraz ze spuścizną po zmarłym. Tata zmarłego miał w tej sprawie interweniować? Czy interweniował i jaki był tego sukces niestety nie wiem.

I na koniec tylko dodam, iż to ja jestem tym paulińskim odrzutem, który milczał, a nie ma ochoty już milczeć.