komuntyczny język debaty co to jest
Definicja: Język polskich mediów nie sporo odbiega od retoryki komunistycznej słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Komunistyczny język debaty

Słownik: Język polskich mediów nie sporo odbiega od retoryki komunistycznej
Definicja:

Każdy, kto przeżył więcej niż 40 lat – ma w sobie pewne schematy i pewne kody, które w przypadkach ekstremalnych, emocjonalnych, wychodzą na wierzch. Nawet jeśli się chce zachować dystans i obiektywizm – to przychodzi taki okres, iż hamulce zaczynają puszczać i nie patrzy się na to, co słowa niosą, tylko trzeb je z siebie wyrzucić.


Dziennikarze także tak mają. Dodatkowo jeszcze, w polskich warunkach, dawno już odeszli od kanonu bezstronności i są lub „zadaniowani” na konkretne sprawy, artykuły lub pozwala im się popuszczać wodze – i jechać na całego. Redakcje głównych polskich dzienników i tygodników okopały się na pozycjach ideologicznych i piszą wedle linią polityczną gazety. Czasami to jest właśnie linia samych dziennikarzy, którzy nie kierują się interesem społecznym – ale swoimi fobiami.


Dziennikarzy starej daty, a więc ci, którzy rozpoczęli publikowanie w latach 80, albo nawet przedtem – w chwilach zachwiania emocjonalnego, niebezpiecznie zbliżają się do retoryki publicystów stanu wojennego i smuty lat osiemdziesiątych. Oto Maciej Rybiński, który w trakcie rządów Jarosława Kaczyńskiego wyrósł na naczelnego pióropałkarza tamtego reżimu, pisze w „Rzeczposplitej”;


„Każdy, kto moralne wsparcie dla Gruzji pustoszonej poprzez imperialne mocarstwo nazywa demolowaniem polskiej polityki zagranicznej, jest dla mnie rosyjskim agentem wpływu.”



Dla Pana Rybińskiego to są sprawy nierozdzielne. To, iż moralne wsparcie dla Gruzji może równocześnie oznaczać również osłabienie pozycji Polski i narażenie jej obywateli nie tylko na określone problemy życiowe – a wręcz na bezpośrednie zagrożenia, w wynikające z osłabienia bezpieczeństwa państwa – nie ma znaczenia. Idąc dalej tą logiką, każdy, kto neguje moralne prawa Gruzinów do interwencji w Osetii – jest agentem wpływu Rosji.


A co ze stronnikami Stanów Zjednoczonych, choćby z takim Witoldem Waszczykowskim, który tak faktycznie powinien dostać nagrodę specjalną amerykańskiego Departamentu Stanu, za lobbing na rzecz pozycji negocjacyjnych Amerykanów w negocjacjach dotyczących tarczy antyrakietowej? Czy nie jest on agentem wpływu USA, które instalując tarczę na naszym terytorium, dbają głównie o swoje interesy bezpieczeństwa, kosztem naszych?


Bronisław Wildstein, publicysta stały „Rzepy”, natomiast pisze o partii Rosji, jaka działa u nas, oczywiście ze szkodą dla Polski. Każdy, kto odważy się zinterpretować stanowisko Rosji w tym konflikcie, a nie daj Panie B., podważyć prawo Gruzji do interwencji w Osetii Południowej – jest dla Pana Wildsteina już nie tylko agentem wpływu, lecz agentem faktycznym, członkiem partii Rosji i do tego jeszcze narzędziem putinowskiej propagandy..
Wildstein wymyśla ludziom, którzy mają odwagę mieć inne poglądy, którzy chcą i umieją wznieść się ponad uprzedzenia, od pożytecznych idiotów, lub wręcz sugeruje, iż działają w imię własnych, wąskich biznesów.


I znów ta logika może doprowadzić na manowce. Ponieważ czyż do tej partii nie można aby zaliczyć samego Lecha Kaczyńskiego, który właśnie wstrzymał definitywnie publikację „porażającego” aneksu Antoniego Macierewicza, w którym „czarno na białym” i zapewne bezspornie miały zostać ukazane związki oficerów WSI z agenturą sowiecką? I zresztą nie tylko oficerów, ponieważ i biznesmenów, polityków, może i działaczy opozycji. Czyż Lech Kaczyński nie jest członkiem partii broniącej agentów?


Język propagandy komunistycznej był znany. Prosty, dość prymitywny, lecz urzekający dosadnością i barwnymi porównaniami, i prostymi skojarzeniami. Panowie Wildstein i Rybiński, którzy lata polskiego dochodzenia do wolności spędzili na emigracji (Rybiński wrócił do państwie dopiero w 1998 roku) – operują językiem, który w prostej linii nawiązuje do wzorców „średniego” Urbana. Jest trochę tylko bardziej toporny.


Język ten i ton publicystyki całej „Rzeczpospolitej”, drugiej w okolicy „Gazety Polskiej”, witryny prasowej Prawa i Sprawiedliwości, nie zmieni tego, iż Polska będzie musiała się z Rosją tak czy inaczej porozumieć, iż jesteśmy skazani na kontakty polityczne i gospodarcze i iż „partia Rosji” - a więc partia racjonalistów – musi zwyciężyć.


Rosja nie jest krajem demokratycznym – nigdy nie była i nie będzie. Putin wyraźnie nadał temu krajowi nowy rys polityczny, który jest określany regularnie jako demokratura. Nie to jest zbieżne w najmniejszym stopniu z pojęciami o demkracji świata zachodniego. Putinowi powiodło się wyeliminować konkurencję polityczną, lecz równocześnie ograniczył wpływy oligarchii i doprowadził do wzmocnienia struktur państwa, a również jego pozycji na arenie międzynarodowej. I to się Rosjanom podoba, o czym świadczą choćby wyniki tegorocznych wyborów prezydenckich. Rosja twardo kroczy swoją drogą, i lub uda się do tego przystosować i wyciągnąć z tego konkretne korzyści – lub wejdziemy w faza nowej zimnej wojny z naszym wschodnim sąsiadem. Tylko, iż zafundujemy sobie to sami, ponieważ nie należy liczyć, iż inne, silniejsze państwa UE pójdą tą drogą. Tam „partie Rosji” są wiele silniejsze niż w Polsce i działają na rzecz własnych obywateli.


Zadaniem polskiej polityki wschodniej, którą, jak mam nadzieję znów będzie realizował rząd, jest uporządkowanie naszych stosunku z Rosją, Ukrainą i oczywiście, Gruzją. Nie może się to jednak odbywać bez porozumienia z innymi państwami Unii. Tym bardziej, iż należy oczekiwać w ciągu najbliższych miesięcy bardzo ostrego konfliktu wewnętrznego na Ukrainie. Tam Rosja umiejętnie rozgrywa wewnętrzne tarcia między Julią Tymoszenko i prezydentem Juszczenką. jeśli znów polski prezydent, w ramach wchodzenia między Rosję, a Ukrainę, stanie po którejś ze stron konfliktu – będzie to oznaczało dalszą erozję naszych stosunku z Kremlem..


Polska ma w Rosji interesy. Te interesy to sprawy polskiego bezpieczeństwa energetycznego. I jeśli próbuje się rozpętać histerię antyrosyjską, jak to robią pp. Wildstein i Rybiński, którzy zaprzęgli do tego wszystkie swe umiejętności retoryczne – to skazują Polskę na drogę konfrontacji i de facto – na porażkę.


I tj. właśnie działanie typowe dla agentów wpływu. Takie publikacje, jakie pojawiły się w „Rzeczpospolitej” wczoraj i dziś – to działanie na rzecz osłabienia Polski. Zamiast nawoływać do pragmatyzmu, do obniżenia temperatury sporu i stosunku – panowie żurnaliści podbijając bębenek anty rosyjskości – działają wbrew naszym biznesom.


Polska publicystka, taka „zaangażowana” jak dziennikarzy publikujących w „Rzeczpospolitej”, skażona jest nie tylko komunistycznymi naleciałościami pojęciowymi. Jest również poddana reżimowi swoistego dogmatu historycznego, który nie pozwala trzeźwo spojrzeć na to, co się dzieje w stosunkach Polski z Rosją teraz, tu, w roku 2008. Nie da się racjonalnie prowadzić dyskursu politycznego i ekonomicznego, jeśli w każdej umowie, w każdym dokumencie, porozumieniu, chciałoby się wprowadzić słowa o 45 – letniej sowieckiej okupacji – lub najchętniej o Katyniu…


Azrael