euro, 2008, przegrana, bitwa, wiedeń

Definicja: poprzednich i – co stwierdzam subiektywnie – na jego sportowe piękno słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Euro 2008 - przegrana bitwa o Wiedeń

Słownik: Euro Euro i po Euro chciałoby się powiedzieć, jednak obok tegorocznego turnieju nie można przejść obojętnie, a to z uwagi na jego odmienność od poprzednich i – co stwierdzam subiektywnie – na jego sportowe piękno.
Definicja: Dla nas Polaków był on szczególny z wiadomych względów – po raz pierwszy dane nam było znaleźć się w gronie 16 najlepszych narodowych ekip Starego Kontynentu. Euforia narosła wokół tego faktu przybierać zaczęła jednak z czasem postać groteski czy jakiejś farsy, których kulminacją był ostatni gwizdek angielskiego sędziego w pamiętnym meczu ze współgospodarzami mistrzostw – Austriakami. To, iż w pierwszych trzydziestu minutach tego spotkania nie straciliśmy co najmniej 4 bramek to nawet nie zasługa Artura Boruca czy nieporadnych austriackich napastników, ale – zwyczajnie – cudu! – prawdziwego cudu, który uchronił nas od kompromitacji (chociaż ona i tak dokonała się w stylu gry naszych piłkarzy). Jeżeli ja, zimny racjonalista, odwołuję się do metafizycznych teorii, mówiących o ingerencji sił nadprzyrodzonych w ziemską rzeczywistość, tj. to tylko słowo nędzy, w jaką popadli nasi piłkarze w pierwszej połowie tego meczu. W tym kontekście bramkę Rogera Guereiro na 1:0 określiłem również w kategoriach paranormalnych, a fakt ten posłużył mi dodatkowo jako dowód na potwierdzenie teorii mówiącej, iż na tym świecie sprawiedliwości trudno jest uświadczyć. Ponieważ jak inaczej możemy przyjąć zjawisko: Austriacy grają idealne 30 min. w turnieju i – śmiem twierdzić – w ostatnich kilku latach swych reprezentacyjnych występów, po czym z niczego, w mgnieniu oka tracą bramkę? Nie idzie już nawet o to, czy ze spalonego, czy nie, ta bramka zwyczajnie Polakom się nie należała. A jeżeli nawet już padła, to każdy klasowy zespół tak rozbitych psychicznie Austriaków „dobiłby” – jeżeli nie w końcówce pierwszej połowy, to z pewnością najpierw drugiej. Nasi tego nie potrafili, na bonus dali sobie wbić gola wyrównującego w ostatniej minucie meczu, który – obiektywnie patrząc – gospodarzom się należał, choćby z uwagi na ich fantastyczną postawę we wspomnianych już pierwszych 30 minutach, kiedy niczym walec drogowy parli naprzód nie oglądając się za siebie i miażdżąc wszystko, co stanie na ich drodze. I właśnie ten gol stał się obiektem kontrowersji i medialnego linczu na angielskim arbitrze, który padł tym samym ofiarą naszych narodowych kompleksów, z których leczyć – nie od dziś – mają nas sportowcy przez własne sukcesy. I różnie im się to udaje: raz lepiej raz gorzej. W razie sukcesu jest powszechne święto i wielka duma z bycia Polakiem – rodakiem Adama Małysza czy siatkarskich wicemistrzów świata. Gdy z kolei nasi ziomkowie ponoszą klęskę w sporcie, natychmiast szukamy winnych, i to nie we własnym gronie najczęściej, a poza nim. Tak było w niezapomnianym meczu z Austrią. To osławiony sędzia Webb, wysłannik tajemniczych, wrogich narodowi polskiemu sił, odarł nas z godności i odebrał zasłużone zwycięstwo. Zasłużone? Po przegranym meczu z drugim składem Chorwacji chyba już nikt nie miał wątpliwości, iż nawet na ten jeden pkt. nie zasługiwaliśmy. A angielski arbiter sędziował dobrze, i o ile zdarzały mu się pomyłki, jak choćby w razie gola Polaków, o tyle przy bramce dla Austrii o błędzie nie mogło być mowy. Lewandowski ewidentnie ściągał Austriackiego zawodnika za koszulkę i tylko ślepy bądź zaślepiony narodową dumą mógł tego nie widzieć; każdy trzeźwo i z dystansem podchodzący do sportu nie może się także zgodzić z argumentem, iż nie dyktuje się karnego w ostatniej minucie tak ważnego meczu. A dlaczego nie, ja się pytam? Odsyłam wszystkich do przepisu sędziowskiego FIFA bądź UEFA, gdzie jasno jest wyłożone, iż sędzia ma prawo podyktować karnego w przeciągu trwania meczu, jest to od pierwszego do ostatniego gwizdka. I nieważne, czy to jest karny w pierwszej, czy w ostatniej minucie, jeżeli jest zasłużony, to faza gry nie ma i nie powinien mieć tu żadnego znaczenia. Z drugiej strony to, co odbywa się na polu karnym w czasie wykonywania rzutu rożnego czy wolnego, kiedy idzie dośrodkowanie, woła o pomstę do nieba: kompletnie wolna amerykanka, gdzie wszyscy się odpychają, ciągną za koszulki, kopią i bóg wie co jeszcze robią. Kiedyś karnego w tych okolicznościach podyktował Włochom pewien sędzia, nie pamiętam już jaki, również w istotnym meczu na mistrzostwach świata; sytuacja Polaków jest drugi, jaki zdarzyło mi się widzieć. I dobrze, iż sędziowie od czasu do czasu dyktują tego typu jedenastki, które mimo że kontrowersyjne (wg mnie w ogóle), mają mocne wpływ „wychowawcze” na zawodników, którzy zaczną być może uważać na swoim polu karnym i dwa razy się zastanowią, zanim sprowadzą swego przeciwnika do parteru.
Wracając jednak do kwestii Polaków na tym turnieju, to kibicowanie im w pewnym momencie zaczęło być dla mnie obciachem, żenadą, niedrogą emocjonalną zabawą dla „ciemnego ludu”, który do sportu nie jest w stanie podejść z należnym tej formie rozrywki dystansem: flagi na balkonach, w barach, w domach, na co drugim samochodzie (zawierające notabene logo sponsora, jest to pewnej znanej marki piwa, co już samo w sobie jedzie tandetą na odległość), co trzeci przechodzień na ulicy ubrany w reprezentacyjną koszulkę, ponieważ przecież od święta trzeba się także odświętnie przyodziać.
Gdy nadszedł nareszcie pierwszy mecz z Niemcami, wszystkie bary zapełniły się po brzegi, a wierni kibice krzyczeli: „do….ć szwabom”, „za 39”, „Podolski i Klose zdrajcy narodu polskiego” i tego typu batalistyczno-narodowe slogany. I nareszcie Austria, wyprawa na Wiedeń jak w sławetnym 1683: Leo Benhaker to wódz Jan III Sobieski prowadzący swe zaciężne wojsko do bitwy przeciw niewiernym psom, na krwawy bój, na śmierć i życie, po zwycięstwo, po glorię, chwałę i wieczną sławę u potomnych. Później mecz z drugim składem Chorwacji (bez komentarza), który zapewnił nam upragnione wyjście z ekipy – niestety prosto do domu.