absurdalnie wildsteinie co to jest
Definicja: Churchillowi, a w sprawach moralnych autorytet przewyższający jakiegoś tam Ratzingera.

Czy przydatne?

Co znaczy Absurdalnie o Wildsteinie.

Słownik: W XXI wieku w państwie nad Wisłą, zaświeciła na niebie, nowa gwiazda. Człowiek o umyśle na miarę Kanta, talentem politycznym równy Bismarckowi i Churchillowi, a w sprawach moralnych autorytet przewyższający jakiegoś tam Ratzingera czy Dalajlamę
Definicja: Odpowiedź jest „oczywiście oczywista” : to publicysta, Bronisław Wildstein. Otóż dopiero co wspólnie z emisją na antenie TVN filmu dokumentalnego o zabójstwie Stanisława Pyjasa pt. „Trzech Kumpli” mieliśmy się rzekomo dowiedzieć (co najmniej tak stwierdzili niektórzy komentatorzy w mediach) co także skutkuje takie, a nie inne podejście do otaczającej nas rzeczywistości u pana redaktora Wildsteina.

Tak więc jako człowiek o rzekomo szczególnej wrażliwości poruszony brutalnym zabójstwem swojego kumpla i zdradą jakiej dokonał jego inny,były już, przyjaciel Lesław Maleszka, miał "nasz" redaktor wściec się na cały świat (głównie na tych którzy z kwestią Pyjasa nie mieli nic wspólnego, oprócz tego że żyli w ówczesnej Polsce, a czasami i to nie).

Wściekłość ta objawia się na sporo sposobów. Począwszy od ataków na pisarza Gombrowicza i kontrkulturę końca lat sześćdziesiątych na zachodzie, przeprowadzanych niegdyś w programie Wildsteina jeszcze w TV Puls (Wiadomo: Gombrowicz ogromnym poetą nie był, a Clinton palił trawę lecz się nie zaciągał.) Przez walkę z obrzydliwą propagandą PRLowską w okresie prezesury w TVP, przejawiającą się w tępieniu poprzez Wildsteina takich dzieł jak „kwota większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies”(ten Szarik to rzeczywiście wredna sobaka musiała być, z pyska niby germański a szczekał jakoś tak ze wschodnim zaśpiewem). Skończywszy wreszcie na działalności publicystycznej na łamach prasy ( w okresie IV RP, zwanej „niegodziwie” poprzez „układ” prasą reżimową).

I tu warto się zatrzymać. Otóż redaktor Wildstein bardzo sprawnie i z podziwu godnym uporem kreuje się na osobę nielubianą poprzez media, pokrzywdzoną poprzez układy w nich panujące. W czasie gdy nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż media lansują Wildsteina i jego poglądy z zastanawiającą konsekwencją. Przykładów na taką tezę, można znaleźć bez liku. Wystarczy wklepać nazwisko naszego bohatera w przeglądarkę internetową i przeczytać choćby tylko notkę biograficzną na popularnej internetowej encyklopedii, by okazało się, iż właściwie jedynie otwierając lodówkę można mieć póki co pewność, że nie wyskoczy z niej Wildstein ( nie wiadomo, jak długo ten błogostan potrwa, zawsze gdyż można firmować jakąś linię win stołowych, a jeszcze lepiej tradycyjnej polskiej siwuchy czy „cuś”).

Okazuje się więc, że Bronisław Wildstein, „prześladowany” i „atakowany” prze media III R.P pracował: w „Radio Kraków” jako dyrektor w latach 1993-94, w „Życiu Warszawy” jako sekretarz redakcji (1994-96) później jako zastępca redaktora naczelnego w niestniejącym już dzienniku „Życie” (1994-97), następnie wspólpracował jako niezależny dziennikarz z „podziemnymi” tytułami (zapewne wolontarystycznie?) takimi jak: „Rzeczpospolita”, „Wprost”, „Gazeta Wyborcza”, „Tygodnik Powszechny” (sic!) i jeszcze kilka innych. Jakby tego było niewiele Wildstein współpracował także z TVPuls, na antenie której to stacji prowadził własny program pt. „Bez autocenzury”.

istotnym epizodem w karierze Wildsteina było jego zwolnienie z „Rzeczpospolitej” w 2005 roku, na skutek „wyniesienia” poprzez niego indeksu katalogowego zasobu IPN, popularnie zwanego „spisem Wildsteina” (Wszystkim studentom i pracownikom edukacji nie polecam takiego metody korzystania z zasobów bibliotecznych, aczkolwiek oczywiście ciekawe jakby nazwano takie „wyniesienie” gdyby zrobił to ktoś z czytających ten tekst?).

Następnie w latach 2006-07 widzowie TVP mieli z przykrością doświadczyć na czym bazuje „prawdziwe” kierowanie tą organizacją, które pod koniec prezesury Wildsteina, objawiało się już właściwie tylko apelami zaniepokojonego prezesa o poprawę ściągalności abonamentu rtv i rozwiązania ustawowe w tej tak „istotnej” dla przyszłości polskiej kultury sprawie.

Wildstein nigdy jednak nie raczył precyzyjnie wyjaśnić, za co właściwie chce brać te kapitał. Istnieje tu kilka koncepcji: wg jednej z nich chodziło o dofinansowanie niejakiego Pospieszalskiego ponieważ podobno nikt z nim nie chce rozmawiać ( a w szczególności go oglądać). wg innej teorii chodziło raczej o „znanego z walki z reżimem PRL i III RP” niejakiego Szpakowskiego ponieważ to: „męczarnia dla piłkarzy, widzów i komentatorów”, a w sumie po co ma się chłop tak męczyć? A zatem prawdopodobnie w obu sytuacjach prezes Wildstein działał powodowany wrodzonymi cechami a więc „uczciwością” i „miłosierdziem”. Mówiąc poważnie argumentacja na rzecz utrzymania abonamentu rtv, w wykonaniu kogoś takiego jak pan Wildstein to moim zdaniem szczyt politycznego serwilizmu wobec PiS i zwyczajnej pożałowania godnej hipokryzji (przed objęciem funkcji prezesa TVP, Wildstein niejednokrotnie gdyż źle się odnosił do instytucji abonamentu rtv.)

Niestety na tym nie kończy się działalność naszego „prześladowanego” omnibusa. Oprócz typowo dziennikarskiej roboty w prasie i telewizji, redaktor Wildstein spełniał się także na polu literackim. W okresie 1989-2008 wydał (tu ponownie sięgnąłem do popularnej internetowej encyklopedii) 9 książek. Otrzymując za jedną z nich nagrodę literacką im. Andrzeja Kijowskiego w roku 2004, co jak na „prześladowanego” dysydenta wydaje się być nie byle jakim osiągnięciem. A zatem pozycja Churchilla również w tej dziedzinie wydaje się być zagrożona.

Jego ostatnie „dzieło”, wydana w 2008 roku powieść „Dolina nicości” opisuje tradycyjnie „salon”, „elity” itd, i tym podobne aczkolwiek powieść ta, jak stwierdził ironicznie sam autor na spotkaniu promującym książkę w Łodzi (23 czerwca b.r), nie odnosi się do tak zwany środowiska „Gazety Wyborczej” . Uwaga ta została jednak skwitowana poprzez salę wszystko mówiącym śmiechem. Oczywiście ten „skromny”, „dobroduszny” i „nadzwyczajnie sympatyczny” autor zapomina, iż stworzony w jego dziele świat pasuje nie tylko do środowiska "GW", lecz jak ulał pasuje także do opisu jego samego, metody jego funkcjonowania w mediach i środowiska z którym sam jest związany.

Wydaje się więc, iż po panującej w III RP „michnikowszczyżnie”, gdzie jak twierdzi Wildstein i jemu podobni mieliśmy do czynienia z fałszowaniem rzeczywistości poprzez „salon” a więc media uwikłane we wszelkiego rodzaju ciemne układy z wywodzącym się z esbecji biznesem i politykami, teraz będziemy musieli oswoić się z „wildsteinizną”. Po „katharsis” afery Rywina, aktualnie doświadczamy „odnowy” gdzie prawdziwi (nie bójmy się użyć tego słowa) bohaterzy mogą wreszcie głosić "jedynie słuszną prawdę" w mediach.

A jak jest w rzeczywistości: otóż istnieje duże prawdopodobieństwo, że miejsce Michnika, zajmie sam Wildstein albo ktoś do niego podobny. „Salon” będzie w idealne funkcjonował nadal, tylko zmieni trochę linię polityczną i tyle. Co więc faktycznie wnosi Bronisław Wildstein do debaty o Polsce? Odpowiedź jest prosta: nic. Można ryzykować twierdzenie, że jest on tylko nową, bardziej bezczelną i nadętą do niespotykanych wielkośćów kopią Michnika. Przyszłym (a dla niektórych już obecnym) „autorytetem” , specjalizującym się w ustalaniu tego co można dopuścić do mediów, a czego absolutnie nie można. a więc obasada dramatu się wymienia, lecz fabuła nie. Czy taka wymiana przyniesie jakąś korzyść ludziom żyjącym poza „salonem”? Odpowiedź jest banalnie prosta, ależ oczywiście iż nie.

negatywny dla nowego „autorytetu” salonowego jest fakt , że czytając czy słuchając głosu starego „autorytetu” a więc Michnika, nigdy nie odnosiłem wrażenia, iż ten człowiek na mnie cały czas wrzeszczy, w razie Wildsteina niestety takie wrażenie mam. Zastanawiam się czasem, widząc tyrady Wildsteina występującego we wszystkich możliwych programach na wszystkich możliwych kanałach tv, czy czasem tego biednego Pyjasa to nie załatwiłem ja, „uzbrojony” w ząb mleczny, który właśnie wypadł, historyjkę obrazkową z gumy do żucia o „ohydnej” nazwie „Donald”, przyśpiewując „Placki pankracki”, „Pan Tik-Tak” czy inną „komunistyczną pieśń propagandową”.

Niestety (dla spokoju duszy red. Wildsteina) to niemożliwe, dlatego że zabójstwo Pyjasa musiałoby nastąpić jakieś 10 lat później, a w momencie gdy nastąpiło nie mogłem być nawet, z przyczyn ode mnie niezależnych, „uzbrojony” w pieluchę tetrową. Z tego także powodu chciałem nasz „nowy salonowy autorytet”, szczerze i uniżenie przeprosić. Wielce Szanowny Panie Redaktorze, proszę uwierzyć, faktycznie chciałem pomóc.

Obserwując debatę publiczną w naszym państwie, z pozycji neutralnej wobec „salonowych” przepychanek „michnikowszczyzny” z „wildsteinizną”, nie sposób także nie dojść do smutnego wniosku, że prawdziwą debatę publiczną o realnych problemach socjalnych, ekonomicznych i kulturowych, przeprowadzimy w Polsce dopiero gdy panowie i panie z obu stron „barykady” nie będą już w stanie o własnych siłach opuścić domowych pieleszy. Do tej chwili nie pozostaje chyba nic innego jak wykorzystać strategię „pożaru kontrolowanego” a więc obserwować jak obie skonfliktowane strony „wykrwawiają” się nawzajem na naszych oczach.