vadis, europo

Definicja: Co dalej z europejską integracją po irlandzkim 'nie' dla traktatu reformującego słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Quo vadis, Europo?

Słownik: Co dalej z europejską integracją po irlandzkim 'nie' dla traktatu reformującego?
Definicja: Irlandia powiedziała NO! Podpisany z ogromną pompą 13 grudnia 2007 traktat lizboński właściwie można wyrzucić do kosza. Co to znaczy dla Europy i UE? Czy biurokraci z Brukseli będą potrafili podnieść się po takim ciosie?

Wbrew temu, co deklarują unijni przywódcy, odrzucenie traktatu lizbońskiego poprzez Irlandię znaczy poważny kryzys UE. Okazuje się, iż jej mieszkańcy nie bardzo chcą dalszego rozwoju integracji europejskiej. Niezbyt trafny jest tutaj argument, iż tylko Irlandczycy nie chcą traktatu. Trzeba przyznać uczciwie: jeżeli referenda odbyłyby się również w innych państwach, wyniki byłyby zapewne podobne do tych z Dublina. Idea integracji jest w Europie niezrozumiała. Trudno się dziwić, skoro Bruksela nie potrafi przedstawić swoich pomysłów zwykłemu zjadaczowi chleba. Traktatu lizbońskiego, z uwagi na jego obszerność i enigmatyczność nie czytali nawet szefowie rządów i głowy krajów Unii (przyznał się do tego pomiędzy innymi sam premier Irlandii Brian Cowen), a co dopiero przeciętni Europejczycy. W skutku głosujący w czwartek woleli zagłosować na 'nie' niż poprzeć dokument, którego nie widzieli na oczy.

Wyniki referendum z 12 czerwca są dla Europy bolesną lekcją, nauczką z której może jednak wyciągnąć wnioski. Trzeba odróżnić relacja do traktatu lizbońskiego od relacji do samej integracji. Brukseli wymierzono policzek, lecz przecież nie znaczy to końca integracji, której korzyści Irlandczycy świetnie rozumieją. Unia, na pewno w innych warunkach i kierunkach, lecz będzie się rozwijać dalej. Możliwych jest kilka mniej albo bardziej radykalnych scenariuszy.

kompletnie niefortunny jest pomysł, by Irlandię z Unii wyrzucić, albo by nadać jej szczególny status tak, by traktat został przyjęty tylko poprzez 26 krajów. Wg tej samej logiki poza Wspólnota powinny się znaleźć już przedtem Dania, Francja, Holandia i sama Irlandia, które w przeszłości odrzucały projekty europejskich traktatów. Nie można karać demokratycznego społeczeństwa za to, iż wyraziło swoja opinię. Równie absurdalny jest pomysł, by referendum w Irlandii powtarzać tak długo, aż nareszcie kontrowersyjny dokument uda się "przepchać". Wówczas wiarygodność Brukseli jako struktury demokratycznej upadłaby >kompletnie.

Możliwy jest również scenariusz w którym dojdzie do rozbicia Unii na "mocny trzon" a więc największe i najpotężniejsze państwa wspólnie z tymi, które zdecydują się z nimi współpracować i "resztę". Ten ;mocny trzon kreowałby inicjatywy reformujące Unię, stałby się motorem dalszej integracji, lecz w zawężonym gronie. Pozostałe państwa trzymałyby się na uboczu, naprawdę odłączając się od głównego nurtu reform i etapowo uniezależniłyby się od Brukseli. UE może tez pękać w innych miejscach - coraz większego znaczenia nabierać będą inicjatywy regionalne takie jak projekt Unii Śródziemnomorskiej albo Wschodniego Partnerstwa, a coraz bardziej będzie się unikać negocjacji na poziomie Brukseli, gdzie coraz trudniej wypracować kompromis uwzględniający interesy wszystkich 27 krajów. Od długiego czasu mówi się, iż UE popełniła błąd tak bardzo rozszerzając własne granice bez uprzedniej reformy instytucjonalnej. Są tacy, którzy twierdzą, iż realizowanie idei integracji w tak sporym gronie jest niemożliwe i postulują powrót do "piętnastki" czy nawet zwrot ku "wielkiej szóstce" (Francja, Niemcy, Ogromna Brytania, Włochy, Hiszpania, Polska). Jeśli przypomnimy sobie jeszcze, jaki jest relacja ogromnego społeczeństwa brytyjskiego do dalszej integracji, zobaczymy, iż na kruszących się fundamentach na których stoi UE powstaje coraz więcej rys i pęknięć. Eurosceptycy tryumfalnie wieszczą koniec Unii.

Jedyne, co w tej sytuacji powinna zrobić Bruksela, jeżeli chce zachowania dotychczasowego kursu reform, to rozpocząć prace od nowa. Napisać nowy traktat reformujący. Napisać go w pierwszej kolejności w taki sposób, by był zrozumiały dla obywateli, tak, by jego objętość nie wyniosła tys. stron, napisać go tak, by korzyści z wprowadzenia wspólnej polityki zagranicznej i ustanowienia urzędu Prezydenta stały się dla Europejczyków oczywiste. Być może będzie trzeba wycofać się z niektórych kontrowersyjnych postulatów, takich jak ujednolicenie stawek podatkowych w krajach członkowskich, lecz na tym właśnie bazuje integracja - na sztuce kompromisu. Oczywiście, opracowanie nowego traktatu to robota przynajmniej wielomiesięczna, jeżeli nie długoletnia, unijni przywódcy i urzędnicy mogą czuć się zniechęceni fiaskiem projektu Eurokonstytucji (2005) i Lizbony (2008), lecz tę pracę trzeba podjąć. Bardzo wiele będzie teraz zależało od Francji, która w lipcu obejmuje unijne przewodnictwo. Nikolas Sarkozy, dla którego sukcesy w polityce zagranicznej to ostatnia szansa na uratowanie wizerunku, będzie miał poprzez te półrocze pole do popisu. Prace nad nowym traktatem trzeba zacząć od zaraz, inaczej traumatyczny kryzys w jaki wtrąci UE rezultat irlandzkiego referendum może się okazać dla Unii zabójczo niebezpieczny. Przychodzi on w najgorszym czasie - momencie światowego kryzysu energetycznego i żywnościowego, odradzania się potęgi Rosji, rozrastaniu Chińskiego Smoka i zadyszce Stanów Zjednoczonych. Świat dynamicznie się wymienia, Europa nie może sobie pozwolić na stagnację.

Bartosz Wasilewski www.ego.riki.pl