htorie śmietnikowe tajemny co to jest
Definicja: Podzieliłem tekst na trzy części ... Z niechęcią - lecz niestety był za długi słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Historie śmietnikowe (3) - Tajemny ogród (część I)

Słownik: Podzieliłem tekst na trzy części ... Z niechęcią - lecz niestety był za długi.
Definicja:

Facet był ogromny. ogromny jak góra, ogromny jak czterdziestotonowa ciężarówka, ogromny jak mamut – zwyczajnie ogromny. Zapuchnięty i nieładny jak noc; bez wątpienia wczorajszej nocy nie spędził na modlitwie. Pompował gdzieś raczej w bramie, lub robił coś zbliżonego; nieważne zresztą co robił. Własną wielką, odrażającą i czerwoną gębą przypominał tylko jedno – dupsko dobrze utuczonego wieprza. Zresztą - wieprzem chyba się urodził. Mrużył te własne maleńkie, zapuchnięte i przekrwione oczka, sapał jak lokomotywa i zaciskał bochniaste łapska – gotował się. Panie i Panowie - oto wielki neandertal szykuje się do finalnego ataku na samicę ! Drżyj samico! W innej sytuacji pewnie wyglądałoby to nawet zabawnie – w innej, ponieważ z pewnością nie w tej. Kiedy stoi przed tobą sto parę kilo żywego mięsa, które za chwilę skoczy właśnie na ciebie – sto parę kilo mięsa roztaczającego powalający odór potu, gówna, alkoholu i strachu – nie będzie ci zapewne do śmiechu. Nie ma z czego się śmiać. Gówno zaraz rzuci się na ciebie; popłynie szerokim strumieniem. Ha ha ha. Prawda, jakie śmieszne?



Zasady były proste tego wieczoru; proste były zresztą każdego wieczoru. Gwizdy, podniecone wrzaski, uderzenie gorąca... i już. I zaciśnięte zęby. A później zadzwonił jak zawsze dzwonek i nie było już nic. Gówno polało się - szerokim strumieniem oczywiście. Pot uderzył do głowy jak ciepła wódka. Strach krzyknął, iż wita wszystkich i przywitał wszystkich. I już. I tak to się zaczęło. A później - na szczęście – nie było już nic.


***


Unikając ogromnych ulic wlókł się do domu. Unikał tych ulic - ponieważ i po co się tam pokazywać? Ogromnymi ulicami chodzą ogromni ludzie; mają ogromne serca, ogromne samochody, ogromne dupy i ogromne portfele. Robią rzeczy ogromne. Mają ogromne pomysły. I robią zakupy w ogromnych sklepach, zlokalizowanych – o ironio – właśnie przy ogromnych ulicach.


ogromni ludzie unikają rzeczy małych. Brudnych podkoszulków. Niewyrośniętych problemów. Wściekłych myśli. Podbitych oczu. Tępych spojrzeń. Po co drażnić ogromnych ludzi małymi sprawami?


A rozbity nos krwawił cały czas - lecz nie było to już na szczęście to samo, co parę godz. temu : wtedy z nosa wylała się cała rzeka krwi. Wisła się wylała z tego rozwalonego nosa, Jangcy, Don, cichy Don - Amazonka krwi, nieważne zresztą - od cholery tego poleciało. Różowa mgiełka przed oczami przerzedziła się trochę i to był zdecydowany plus – kiedy wychodził, ta mgiełka była jak wata: oblepiała szczelnie wszystko dookoła. Teraz zrzedła odrobinę. Jak zazwyczaj zresztą...
Jak zazwyczaj ?
Nie.
Nie jak zazwyczaj. Niestety nie .
Dzisiaj było chyba najgorzej, jak mogło być; tak cienko i wstrętnie nie było jeszcze nigdy. Nigdy. Nigdy , kurwa , NIGDY ! Ten obleśny, cuchnący, zaróżowiony i zadowolony z siebie skurwysyn musiał po nim skakać. Bywało wprawdzie , iż poprzez dwa dni PO nie potrafił odnaleźć własnej twarzy, teraz jednak twarzy nie było a reszta płonęła świętym ogniem. Twarz padła, umarła, ZDECHŁA, a jakaś dziwna łapa (potworna, oszalała, walnięta, zboczona!) robiła sobie wiejski festyn wewnątrz klatki piersiowej. Pam pararam pam pam. Tańczymy labada. Tańczymy nad płucami, tańczymy przy wątrobie, tańczymy z woreczkiem żółciowym, tańczymy do upadłego. Chwytamy się za rączki. To wiejski festyn czy przedszkole? Boli... A ta łapa, z wiejskiej, roztańczonej dziewoi i niewinnego przedszkolaka przeistoczyła się w Złego z nocnego dworca – ściska płuca jak niemądra i męczy zupełnie tak, jak on... Raz dwa. Raz dwa, RAZ DWA !!!! RAZ !!!!!! DWAAAAA!!!!!!!! Boli !!! Boli...

Kiedy stracił przytomność, ta kupa gówna chyba faktycznie wytrwale skakała po nim – ciekawe po co? Przecież i tak leżał, i tak był mały... Pamiętał to wszystko jak poprzez mgłę; właściwie nic nie pamiętał. Nie były jaśniejsze te krótkie chwile, kiedy potraktowano go jak człowieka. Czytaj: kiedy go nie bito. Mokra szmata na łeb, cukierek w dziób i kopa w dupę – biegnij synu, walcz. To był kopniak na zachętę. Za którymś, trzecim, czwartym a może sto pięćdziesiątym siódmym wspólnie nie trzeba go było zachęcać. Podniósł się chwiejnie sam, kiedy zaczął jako tako rozróżniać pojedyncze przedmioty otaczającej go groteski. Każda chwila, każda pieprzona sekunda, przybliżała koniec tego przedstawienia. Nie było sensu go przedłużać – nawet za cenę odpoczynku. Za żadną, kurwa, cenę ! Modlił się, tak aby wytrzymać. Wytrzymać nie to bicie, nie to poniżenie, nie ten ból. tak aby wytrzymać – i nie wstać. I nie nakłaść po pysku temu ogromnemu wieprzowi, świniakowi, skurwysynowi złożonemu z czerwonego ryja i stu kilogramów cuchnącego sadła. Własną drogą ciekawe, co aby się wtedy stało. Co aby się stało, gdyby sprowadził do parteru KLIENTA. Takiego klienta, który właśnie za tę chwilę płaci gruby szmal. Pajac pewnie miałby wówczas straszliwie głupią minę – o ile byłby w stanie zrobić jakąkolwiek minę. O ile nie wiozłaby go właśnie karetka na oddział intensywnej terapii. O ile nie wyniesiono aby go do ogrodu ; sztywniejącego i zakłopotanego, nawet w takiej chwili zakłopotanego. Niestety. Tego nie było w scenariuszu. To nie było przewidziane.


No więc wlókł się. Wlókł się i modlił. Modlił? To chyba nie była modlitwa; nie był to co najmniej żaden ze znanych kanonów. Gadał sobie zwyczajnie z bogiem ( bogiem – nie „Bogiem”) i tyle. jakichkolwiek trąb, kadzideł i panów przebranych w śmieszne, pozłacane sukienki. Rozmawiał z bogiem – ze swoim starym znajomym, który nie potrzebuje pośredników ani przedstawicieli handlowych. Ten jego bóg to nie był ów żałosny, umęczony i wychudły facet, zwisający smętnie z dwóch skrzyżowanych ze sobą patyków. Bóg to nie był ten pedziowaty filozof, którego księża na katechezach zwyczajni nazywać Panem Bogiem, koniecznie używając ogromnych Liter do ustalenia każdej czynności, jaką Pan Bóg Wykonał. Pan Bóg się Zamyślił. Pan Bóg się Przewrócił. Pan Bóg Puścił Bąka. O nie. Bóg zwyczajnie był. To takie ustalenie bez ogromnych liter lecz za to pochylone – nie po to, by uwznioślić a po to, by odróżnić. No więc bóg zwyczajnie był. Jakiś tam. Nie potrzebujący wykrzykników ani sporych liter. Ani dużego Be. Dobry bóg wracających do domu ciemnymi uliczkami. Bóg rozmowy. Bóg przyjaciel. Bóg towarzysz. Bóg zawsze w okolicy.

Nie skarżył się bynajmniej temu bogu. Nie lubił się skarżyć ; po co ? Szkoda czasu, szkoda złudzeń, szkoda wszystkiego...


- boże, widzisz mnie?
- Widzę.
- Widzisz, co robię ?
- Widzę.
- Nie odrzucasz mnie ?
- Nie.
- Czemu?
- ponieważ cię kocham.
- Kochasz?
- Tak.
- Co to oznacza?
- To oznacza, iż cię kocham. Nic więcej.
- boże ?
- Tak.
- Widzisz mnie ?
- Tak.
- Chcę ci coś powiedzieć.
- Słucham cię.
- Ja także cię kocham.
- Wiem.

To była cała jego rozmowa z bogiem. Bez wykrzykników.

(cdn)