mogą odkryć sejmowe komje co to jest
Definicja: powstaną, to mogą odkryć nie to, co chciałaby opozycja, ale to, czego opozycja zupełnie.

Czy przydatne?

Co znaczy CO MOGĄ ODKRYĆ SEJMOWE KOMISJE ŚLEDCZE, KTÓRYCH CHCE OPOZYCJA ?

Słownik: Trwa polityczne przeciąganie liny o powołanie sejmowych komisji śledczych w aferze gruntowej i w kwestii samobójstwa Barbary Blidy. Jeśli jednak powstaną, to mogą odkryć nie to, co chciałaby opozycja, ale to, czego opozycja zupełnie się nie
Definicja: Piątkowa (31 sierpnia), wieczorna, telewizyjna narada prasowa prokuratorów prowadzących śledztwo w kwestii tak zwany „przecieku” w aferze gruntowej i ujawnione na niej dowody kłamstw Janusza Kaczmarka i s-ki, to nie tylko silny cios dla całej opozycji, walczącej od paru dni w jednej drużynie przeciwko PiS-owi, między innymi o powołanie sejmowych komisji śledczych, to również następny obiekt politycznej układanki, o której po raz pierwszy pisałem parę dni temu, również w iThink-u, w artykule "ZIOBRO KONTRA LEPPER, PiS KONTRA SAMOOBRONA". Przyjmując jako logiczne kryterium oceny całej sprawy to, kto tak faktycznie i ostatecznie skorzysta na jej zakończeniu takim, jakie już widać: zmianie partii rządzącej, postawiłem w tym artykule tezę, iż intryga, którą niewątpliwie jest kwestia odrolnienia gruntu, wraz ze wszystkimi dodatkowymi wątkami, została zaplanowana poza instytucjami państwowymi i obecnymi strukturami polityczno-rządowymi. Z kolei nad tym, aby przebiegała zgodnie ze scenariuszem czuwali ludzie znajdujący się wewnątrz tych struktur - dowody ujawnione poprzez prokuraturę niestety dość wyraźnie wskazują na Janusza Kaczmarka i s-kę. Niestety, gdyż był on przecież ministrem i zaufanym człowiekiem premiera i prezydenta.
w najwyższym stopniu logiczny i oczywisty wniosek wyciągnięty z tego, co jest już powszechnie wiadome w konsekwencji ujawnienia dowodów poprzez prokuraturę i informacji podawanych poprzez media, uzyskane w trakcie dziennikarskich śledztw narzuca się taki, iż animatorem całej intrygi był Ryszard Krauze, potężny i wpływowy biznesmen z Gdańska, który dla znanych sobie powodów (których jednak można się domyślać) postanowił wymienić nie odpowiadający mu rząd, na inny. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, iż intryga może mieć jeszcze jedno piętro: Ryszard Krauze może być sprytnie „wrabiany” w tą aferę - z pewnością ma mnóstwo wrogów, zdolnych do przeprowadzenia w taki sposób sprawy. Wskazywałoby na to kompletne zlekceważenie możliwości uwiecznienia się w monitoringu hotelu „Mariot” poprzez Janusza Kaczmarka i prawie ostentacyjne doprowadzenie śledczych prosto do Krauzego, a również zlekceważenie możliwości podsłuchu telefonów poprzez pozostałych aktorów piątkowego wieczoru. Jednak taką sposobność i ten wątek można spokojnie zostawić biznesmenowi z Gdańska - ma on dostatecznie wiele siły i „kasy” aby efektywnie bronić się samemu.
Wydaje się, iż bardzo istotną podpowiedzią na temat charakteru zaangażowania Ryszarda Krauzego w intrygę będzie to, czy wróci on teraz (podobno po urlopie) do Polski, czy także zostanie jakiś czas (jak donosi „Dziennik”) na Morzu Śródziemnym. Jeśli teza o tym, iż jest mózgiem intrygi jest prawdziwa, to można przyjąć, iż wróci dopiero po zmianie rządu, stwarzając Platformie Obywatelskiej (która pewnie będzie rządziła po wyborach) problem, jak go potraktować: jako przestępcę, który manipulując wysokimi urzędnikami państwowymi doprowadził do poważnego kryzysu politycznego, czy wręcz przeciwnie, jako zbawcę demokracji, który dał Platformie upragnioną władzę.
Ludzie, którzy wewnątrz struktury polityczno-rządowej pilnowali tego, aby intryga rozwijała się w dobrym kierunku, musieli być przedtem jakoś pozyskani. To, jak określają Ryszarda Krauzego w podsłuchanych rozmowach telefonicznych panowie Kaczmarek, Kornatowski, Netzel czy Marzec - między innymi jako „najlepszego płatnika”, wskazuje na to, w jaki sposób zostali „kupieni” jako sojusznicy i następnie wtajemniczeni (pewnie w różnym stopniu) w scenariusz intrygi. Jeśli tak było w istocie, to Janusz Kaczmarek nie musiał uzyskać wiedzy na temat charakteru planowanej akcji CBA od kogokolwiek ze struktur rządowych - on od początku wiedział co jest „grane” i przechwytując nawet najdrobniejsze wiadomości (jeszcze jako prokurator krajowy) uważał, czy sprawy toczą się w dobrym kierunku. Wiadomość przekazana wręcz „na talerzu” poprzez Zbigniewa Ziobro o planowanym zakończeniu akcji (z konieczności, w celu uniknięcia w czasie wkraczania funkcjonariuszy CBA do gabinetu Leppera starcia z funkcjonariuszami BOR, podlegających Kaczmarkowi) była z pewnością bardzo pożądanym prezentem. Dodatkową poszlaką uzasadniającą takie rozumowanie to jest, że niezbyt chętnie rozstawał się ze stołkiem prokuratora krajowego - być może jako minister spraw wewnętrznych miał nieco gorszy wgląd w rozgrywające się wydarzenia.
lecz wydarzenia od początku intrygi toczyły się we właściwym kierunku. CBA, spragnione efektów połknęło przynętę, rozpoczęło operację, przy okazji i ku zadowoleniu animatorów intrygi fałszując więcej dokumentów, niż mu było wolno, aż przyszedł przeddzień dnia, w którym CBA miało sfinalizować operację przez przyłapanie samego Andrzeja Leppera z łapówką w kieszeni - w tym momencie podejrzenia sięgały już tak daleko. Był to zarazem okres w którym animatorzy intrygi musieli podjąć decyzję, jak dalej nią posterować. Dlatego także niezbędna, nocna wizyta Janusza Kaczmarka w apartamencie Ryszarda Krauzego trwała aż 27 min. - wielokrotnie więcej, niż potrzeba na proste przekazanie informacji o finale prowadzonej poprzez CBA akcji. Być może omawiane było raczej co innego: którą opcję planu należy dalej realizować: „A” czy „B”. Można sobie gdyż bez trudu wyobrazić, iż opcja „B” była również: było nią ujawnienie afery opinii publicznej w razie, gdyby premier wiedząc o łapówce, która ostatecznie dotarła do Leppera, nie zareagował, nie podjął jakichkolwiek kroków chroniąc trwanie koalicji. W tym momencie intrygi można było jeszcze decydować: czy rozwalić koalicję przez napuszczenie Leppera na Jarosława Kaczyńskiego (co się stało), pozostawiając tego pierwszego jeszcze w politycznej grze, czy tez ostatecznie utopić Leppera, jako ewidentnego łapownika, złapanego z „kasą” w kieszeni. Najwyraźniej w trakcie nocnej konferencje zapadła decyzja o realizacji jednak planu „A” i oszczędzeniu Leppera do dalszych rozgrywek politycznych.
Andrzej Lepper przeciwko temu, iż miał być końcowym adresatem łapówki (być może pomniejszonej o prowizje osób, na następnych etapach jej przekazywania) wytacza istotny argument, w czym popiera go opozycja, w szczególności specjalista od odwracania kota ogonem p. poseł Kalisz. Argument ten odwołuje się do prawnych procedur obowiązujących przy odrolnianiu gruntów, wg których Ministerstwo Rolnictwa jest tylko notariuszem odrolnienia, sprawdza przedtem sporządzoną poza nim dokumentację tylko pod względem formalnym i nie ma możliwości zablokowania odrolnienia, gdy w papierach wszystko jest w porządku - wobec czego dawanie łapówki komukolwiek w Ministerstwie jest bez sensu. Argument jest jednak z pozoru ważny, gdyż zakłada niezłą znajomość prawa ze strony wnioskodawcy odrolnienia. Jeśli wnioskodawca nie zna dobrze prawa, a zaufanie ma tylko do załatwiania spraw „pod stołem”, to propozycja łapówki jest absolutnie realna. Bez trudu, znając wielokrotnie publicznie prezentowany chłopski spryt Andrzeja Leppera, mogę sobie wyobrazić tok jego rozumowania: „skoro są tacy frajerzy, którzy chcą dać łapówkę za to, co i tak muszę zrobić, to dlaczego nie skorzystać? - przy okazji moja pozycja jako człowieka, który wiele może i jest przystępny dla ludzi tylko się umocni”.
Wszyscy wiemy, iż intryga się udała, plan ( jeśli logika mnie nie zawodzi) rozwalenia koalicji został już prawie zrealizowany dzięki słusznym założeniom, iż Jarosław Kaczyński zachowa się pryncypialnie eliminując podejrzanego o łapownictwo członka rządu, a Andrzej Lepper zareaguje na to bardzo emocjonalnie, gdyż zdążył się już przyzwyczaić do stanowiska ministra rolnictwa, co ustawi ich w rolach śmiertelnych wrogów. Rozpad koalicji znaczy rządy mniejszościowe PiS-u, czyli wybory, których po pokazanej Polakom poprzez wszystkie media bijatyce wewnątrzkoalicyjnej PiS nie wygra. Ostatnim warunkiem powodzenia planu jest tylko to, aby pozostał on tajemnicą dla opinii publicznej. Piątkowa narada prasowa prokuratury i ujawnienie dowodów są pierwszym sygnałem, iż plan ten w samej końcówce rozpoczyna się sypać. Być może kolejne, podane poprzez prokuraturę fakty i dowody zdemaskują tą intrygę jeszcze bardziej i dlatego, póki ich nie ma, opozycja usiłuje przeciągać linę na własna stronę, uprzedzać zarzuty urządzając przesłuchania w komisji do spraw służb szczególnych, a później czytanie stenogramów takich przesłuchań. Z tego samego powodu żąda powołania sejmowych komisji śledczych w tej sprawie, i w kwestii samobójstwa posłanki Barbary Blidy, wobec czego i tą drugą sprawę muszę krótko skomentować.
W tej drugiej sprawie szczególnie przykre to jest, iż na potrzeby kampanii wyborczej trup Barbary Blidy został umieszczony na sztandarach SLD. Skoro jednak został, to nie ma wyboru, trzeba się sprawą zajmować, podkreślając szczególnie mocno, iż było to samobójstwo, gdyż SLD, w szczególności ustami posła Kalisza, uparcie manipuluje opinią publiczną mówiąc o „śmierci”, co jednoznacznie sugeruje, iż nie jest jasne, co się stało w domu państwa Blidów, a jeszcze dalej idąc, iż być może w ogóle nie było to samobójstwo, a morderstwo, ( jeśli nie w formie bezpośredniego aktu, to poprzez „zaszczucie” posłanki i następnie nie przeszkodzenie jej w oddaniu do siebie strzału. w czasie gdy motyw „zaszczucia”, logicznie rzecz biorąc jest przynajmniej wątpliwy. Najgorszym, co mogło spotkać niewinną Barbarę Blidę był areszt - fakt, pewnie paromiesięczny. Areszt to z pewnością nie wczasy, >lecz także nie katownia gestapo, w której zeznania wymusza się torturami, a Barbara Blida to polityk z wieloletnim stażem na istotnych stanowiskach, osiągnięcie których wymaga twardości charakteru i odporności na stres. Oprócz tego będąc niewinna jak lilia, oskarżona fałszywie i nic nie wiedząc o przekrętach, o udział w których była podejrzewana, mogła po pierwsze spokojnie znosić chwilowe niewątpliwe upokorzenie, licząc na partyjnych kolegów, którzy tak jak to robią i teraz, pewnie rzuciliby się ją bronić. W znoszeniu aresztu powinna jej także pomagać myśl, o pewnej odpłacie za upokorzenie - pewnej ponieważ nie zostawionej samej poprzez własne środowisko, z pewnością nareszcie udałoby się udowodnić własną niewinność, a później pognębić politycznych wrogów, którzy ją do aresztu wpakowali.

W zupełnie innej sytuacji psychologicznej mogła się znaleźć, mając wiedzę o przekrętach w aferze węglowej. Po pierwsze mogła się spodziewać, iż zaznając w momencie przesłuchań pod przysięgą może zostać przyłapana na kłamstwie - wszak nie była pewna, co śledczy wiedzą. Po drugie mogła się obawiać, iż w trakcie przesłuchań nawet mówiąc prawdę i w kwestiach z pozoru nieistotnych może zaszkodzić komuś, komu zaszkodzenie mogło mieć dla niej bardzo poważne skutki w przyszłości. Po trzecie znała środowisko w jakim się obracała i mogła przypuszczać, iż jej koledzy mając jakąś wiedzę o przekrętach nie będą tak ochoczo angażować się w jej obronę, jak robią to teraz, wobec trupa na potrzeby kampanii wyborczej i zostanie ze swoim problemem sama. Jedynym metodą wyratowania się będzie współpraca z wymiarem sprawiedliwości, co natomiast przekreślałoby jej dotychczasowe życie i eksmitowało ze środowiska w którym się obracała, ponieważ odwraca się ono od "zdrajców" ujawniających jego brudne sprawki, tak jak odwróciło się od Józefa Oleksego.

Po wkroczeniu funkcjonariuszy ABW do mieszkania oceniła zatem sytuację jako początek nieuchronnego końca jej dotychczasowego życia, i pozycji socjalnej i podjęła „męską” decyzję, która w moim odczuciu potwierdza właśnie twardość jej charakteru i budzi tyle szacunku, ile można go mieć wobec człowieka, który wprawdzie zbłądził, >lecz zapłacił za to i to najwyższą cenę. Myślę, iż ta odrobina należnego szacunku wobec decyzji Barbary Blidy powinna skłaniać raczej do pozostawienia jej trupa w spokoju, a nie umieszczania go na partyjnych sztandarach. Jednak poczucia współodpowiedzialności za samobójstwo koleżanki i elementarnej przyzwoitości w SLD najwyraźniej brakuje.

Kończąc ten tekst wracam na chwilę do "sprawy Leppera i Kaczmarka", aby przypomnieć jeszcze raz, iż intryga, tak jak ją sobie wyobrażam i przedstawiłem w artykule, jest wynikiem moim zdaniem nie uchybiającej logice spekulacji myślowej, opierającej się na znanych powszechnie faktach, w komentowaniu których jednak media na razie nie idą tak daleko jak ja, wobec czego bez odpowiedzi pozostaje dużo pytań, na które moja interpretacja faktów, odpowiedzi jednak daje - co najmniej w dniu publikacji artykułu i wobec faktów, które są znane. Nie wątpię, iż pan Ryszard Krauze - ( jeśli jego rola jest inna, niż przypisywana mu w moim artykule, wystarczająco i bez problemów wyjaśni swój udział w zdarzeniach związanych z intrygą i oddali podejrzenia o jej zaaranżowanie. Winien to zresztą zrobić nie tyle przez wzgląd na tym artykułem, >lecz w pierwszej kolejności przez wzgląd na wątpliwościami prokuratury co do jego roli w całej sprawie.
Krzysztof Płocharz