kiwi foka frantz josef część co to jest
Definicja: działo. Odczuwałem jedynie skok adreanaliny i pełną mobilizację do działania słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Kiwi, foka i Frantz Josef. Część trzecia pt. "Wyjazd"

Słownik: Kiedy nierealne zaczynało się stawać realnym, materializować się i zaczeło nas otaczać, zdałem sobie sprawę, iż zachowuję się jakby nic się nie działo. Odczuwałem jedynie skok adreanaliny i pełną mobilizację do działania...
Definicja:

nareszcie nadszedł ten ogromny dzień. Ostatni dzień w pracy. Piątek, 30 marca. Szczerze powiedziawszy nie czułem się tak jak aby coś miało się zmienić. Kumple z pracy także nie zachowywali się jakość dziwnie. Każdy jednak chodził i wspominał klepiąc mnie po plecach, iż to już ostatni dzień i nie wiedzą jak sobie beze mnie poradzą. Oczywiście odbierałem to jako miły żart. Wspominali, iż może będzie opcja żebym dla niech pracował z domu, lecz takich tekstów i deklaracji dobrej woli już się w życiu nasłuchałem. Miło być dowartościowanym w pracy, lecz bez przesady. John nawet przyniósł kilka fotek z Nowej Zelandii, tak aby pokazać gdzie jechać i o co pytać. Nie wiedział, iż za 3 miesiące to ja będę mu dawał wskazówki jak i gdzie podróżować po tych dziewiczych wyspach. Dave zbierał kasę na wieczorne piwo i pożegnalny podarunek, który już przedtem sobie wybrałem: ładowarka do baterii z wtyczka do zapalniczki samochodowej, przyda się w czasie wyjazdu. Miałem jedynie udawać, iż nie wiem, co dostane i bardzo się cieszyć, kiedy to zobaczę, tak rodzą się koalicje. Oczywiście nie obyło się bez kartki pamiątkowej z wpisami. Po południu wyskoczyliśmy na grupowy lunch z piwkiem a wieczorem na browarną imprezę do pubu niedaleko biura. Połączyliśmy to wyjście z Moniki leaving drinkiem, dzięki czemu wieczorem spotkało się z naszej okazji ponad 40 osób.

Sobota. Poranny kac. Ostatnie pakowanie i dopakowywanie plecaków. Porządki, krzątanie się po mieszkaniu. Było trzeba także wynająć naszą miejscówkę i pozałatwiać z Davem sprawy formalno rachunkowe, ponieważ teraz on poprzejmował pałeczkę kierowania domem. Popołudniu spotkaliśmy się ostatni raz z naszymi znajomymi z polskiego czata w Londynie: Queen, Rafałkiem i Jamnikiem. Tydzień przedtem pojechaliśmy na weekend do Greena i Pauli, naszych najlepszych ziomali w Londynie.

Niedziela spędzona na ostatnich spacerach po mieście, które było naszym domem poprzez ostatnie 2 lata. Mimo, iż go nie lubię to jakiś sentyment jednak został. Gdybym miał tam jeszcze kiedyś wrócić to z pewnością na rejs statkiem wycieczkowym po Tamizie, ponieważ to jedna z moich ulubionych Londyńskich atrakcji.

Tak w spokoju doczekaliśmy 2 kwietnia, dnia wylotu. Od rana dość nerwowa atmosfera. Pożegnaliśmy się z Davem i reszta domowników już wczoraj wieczorem. Teraz tylko wezwać taksówkę i jechać na lotnisko. Wylot ok. 22.30 wiec jak będziemy na lotnisku o 20.00 to wystarczy. O 19 przyjechał pan kierowca, zapakowaliśmy się i wio. Ostatnie spojrzenia na Londyn. Heathrow jak Heathrow, zatłoczone, lecz bałaganu nie ma. Trzeba przyznać Anglikom, iż o porządek i brak dezorganizacji dbają. Wszędzie ludzie z obsługi kierujący przepływem żywej masy. Bagaże staraliśmy się mieć bez nadbagażu mimo to i tak się nie powiodło. Na nasze szczęście Quantas nie szczerzył zębów na nasze kilka kilogramów i obeszło się bez problemu. Bagaże odprawione, jedynie małe plecaki na plecach, by sprzęt był pod ręką. No i tu oczywiście mały problem. Zabrałem ze sobą 2 dyski na zdjęcia. Ten większy wyglądał Pani z ochrony na niebezpieczny ładunek i było trzeba mój skrzętnie spakowany, malutki plecak rozpakować. Po rozpakowaniu i okazaniu niebezpiecznego przedmiotu okazało się, iż nie tak łatwo wsadzić cały majdan z powrotem. Teraz bałem się tylko o to, iż tak będzie na każdym lotnisku gdzie się pokażemy.

Przed nami została już tylko strefa bezcłowa, bary, restauracje i wycieczka do bramy.

Kolejka do sprawdzenia kart pokładowych i paszportów dość długa, mimo iż obsługiwały 3 lady. Podowcipkowaliśmy z jakimiś starszymi Paniami o sposobie traktowania pasażerów klasy ekonomicznej i specjalnego stanowiska dla klasy interes i klubowiczów Quantasa. Takie zwyczajne rozgrywki przedpokładowe jak to na lotnisku. Podobno Polacy to w najwyższym stopniu narzekający naród, lecz stojąc w kolejce do czegokolwiek człowiek szybko może się zorientować, iż każdy obywatel nawet najbogatszego państwie staje się marudny.
Mimo to humor nam dopisywał. Dochodziła dwudziesta ruga. >nareszcie dostaliśmy się do rękawa. I tu pierwsza ogromna euforia. Nie sprawdziliśmy, jakim samolotem polecimy, jaka to precyzyjne będzie maszyna. Na trasach, jakie dotychczas przerabialiśmy latały przeważnie małe Boeing’i jak 737 naszego Lotu. Tutaj czekała nas niespodzianka. Za maleńkimi okienkami rękawa czekał na nas i uśmiechał się ochoczo Boeing 747 400. Największa 2 poziomowa maszyna, jaka na świecie, słynny Jambo Jet. Co prawda lecieliśmy tylko w klasie ekonomicznej, lecz sam fakt lecenia takim samolotem już wywoływał uśmiech na ustach. Bez żenady na głos komentowaliśmy nasze spostrzeżenia, starsze Panie za nami również nie ukrywały radości z nadchodzącej przygody, Pani stewardesa „usłyszała miłe do zobaczenia za 2 miesiące” i już siedzieliśmy w środku.