kiwi, foka, frantz, josef, 100kg

Definicja: słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Kiwi, foka i Frantz Josef cz.2 "100kg"

Słownik: Mimo, iż koniec Świata jest daleko i trzeba się dobrze przygotować, są tacy którzy zabronią Ci zabrać więcej niż 25kg.
Definicja: Najwięcej czasu zajęło nam chyba spakowanie całego dobytku i zorganizowanie wysyłki do Warszawy. Łącznie zebrało się ok. 100kg do wysłania. Trzy walizki, dwie mniejsze torby i komputer zostały przygotowane do wycieczki. Kłopot był głównie ze znalezieniem odpowiedniego przewoźnika. Wszystkie spółki, jakie nam się przytrafiały to raczej ludzie robiący coś na boku niż profesjonaliści. Zresztą takowych polskich przedstawicieli w Londynie ciężko znaleźć w jakimkolwiek zakresie. Ogromne hasła, chwytliwe slogany lecz za tym poza kompletną prowincjonalnością usługi nic nie idzie. Czasami miałem wrażenie, iż 90% Polaków aktualnych na wielkiej emigracji XXI w. w Londynie chcę zaszczepić socjalizm i gospodarkę centralnie sterowaną rodem z 1960 roku w swoim nowym domu. Gdziekolwiek się idzie załatwić cokolwiek ludzie zachowują się niczym pani z geesu „Czego? Zajęta jestem! Przerwa śniadaniowa!”.

Człowiek, który przyjechał po nasze bagaże wyglądał dość podejrzanie. Szczupły a raczej chudy, wysoki, kościsty, twarz pociągła z charakterystycznym wrogim spojrzeniem, słownictwo niewybredne, polskie przecinki to standard 70% jego wypowiedzi, tatuaże raczej z wiejskiego salonu Tatoo. Cóż, wielkiego wyboru nie mieliśmy. Oddaliśmy, co nasze, zapłaciliśmy i czekaliśmy, kiedy będzie wiadomość z Warszawy czy dojechało. Gdyż było to przed Wielkanocą, „kurier” zapewnił, iż zaraz po świętach będzie w Polsce. Biorąc po uwagę, iż nam się z dostarczeniem nie spieszyło, bo i tak poprzez kolejne dwa miesiące będziemy w trasie, zapewnienie było dla nas wystarczające. Jak się później okazało, nie mieliśmy szczęścia do kuriera.

Poza przygotowaniem rzeczy do wysyłki zająłem się również przygotowaniem trasy. To było raczej zajęcie dla zabicia czasu niż faktyczne przygotowanie wyjazdu. Jednak przyznać muszę, iż studiując przewodniki, mapy, atlasy i albumy, rysując trasę, jaką mamy jechać udzielił mi się bardzo podróżniczy klimat. Nie mówiąc już o tym, iż zdobyłem całą masę ciekawych informacji o Nowej Zelandii. Tajlandie zostawiłem Monice. O Sydney, z racji na jedynie 4 dniowy pobyt, nie myśleliśmy w ogóle, co będzie to będzie.

Do innych obowiązków związanych z wyjazdem należały oczywiście częste wyjścia pożegnalne ze znajomymi z biura, domu i całą pozostałą gromadką znajomych wszelkiej maści. Im bliżej wyjazdu tym odwiedziny w pubie robiły się częstsze i dłuższe. Największą niespodziankę zrobiła mi grupa z biura. Postanowili, iż poza imprezą pożegnalną w Londynie zabiorą mnie do Krakowa, tak aby na Polskiej ziemi powiedzieć mi „Good bye”. Najpierw myślałem, iż jak zawsze żartują. Na pomysł wpadli w jeden z piątkowych wieczorów przy piwku, a w poniedziałek rano, kiedy przyszedłem do biura bilety na samolot do Krakowa były już zarezerwowane. Monika dowiedziawszy się o tym szlachetnym, z serca płynącym pomyśle zaproponowała kolegom i koleżankom ze swojego biura, tak aby się do nas przyłączyli. Później znajomi znajomym przekazali informację i tak zebrała się 14 osobowa grupa. Do Krakowa lecieliśmy 18 marca popołudniu i zostaliśmy tam do poniedziałku rano. Weekend mimo ogromnych obaw minął spokojnie i bez ekscesów. Z żadnego lokalu nas nikt nie wyrzucił, Policja nas nie goniła, spożycie alkoholu, mimo, iż spore nie dawało o sobie znać. Angielski kolektyw zachwycił się Polską i obiecali tu jeszcze wrócić. Dave, nasz współlokator, uznał polską kuchnię staropolską za idealną na świecie a bywał już w niejednym miejscu i z niejednej michy jadał. Wszystko dzięki Ani Dziedzic, która poleciła nam restauracje „Ogniem i Mieczem”.



Po powrocie do Londynu zostało nam już tylko spakować pleczaki, 25kg każdy i ani grama więcej, no chyba iż za 5 funtów za kilogram. Tak doczekaliśmy wielkiego dnia - 4 kwietnia 2007.