htorie śmietnikowe horacy co to jest
Definicja: Historie śmietnikowe słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Historie śmietnikowe (2) - Horacy

Słownik: Historie śmietnikowe ...
Definicja: Kot nazywał się Horacy i był nieładny jak noc. Ktoś kiedyś nazwał go Horacym i tak pozostało – przyzwyczaił się już do tego imienia i w niczym mu nie przeszkadzało. Był stary, futro wyłaziło z niego całymi kłakami i nie miał jednego oka. Odkąd je stracił, stracił także całą chęć do życia. Inne koty omijały go szerokim łukiem – ponieważ i co to za kot, który w ciemności wpada na innych, wygląda jak pogięty kij a w dodatku śmierdzi na kilometr. Kot, który się nie myje to nie jest kot. Kiepskie wrażenie potęgował jeszcze fakt, iż od urodzenia, od swoich pierwszych dni, był przeraźliwie chudy i długi – właściwie to nie było go widać, kiedy szedł prosto a dopiero, gdy skręcał.
Mieszkał z człowiekiem – równie brudnym i pokręconym, jak on sam. Był to włóczęga, lump, szmaciarz, nieistotny człowiek, który nawet nie pamiętał swojego imienia – całe lata zalewania szarych komórek najdoskonalszym wynalazkiem ludzkości (najdoskonalszym wynalazkiem natury?) zrobiły własne. Włóczęga miał swój worek, w worku dobytek, na zewnątrz zaś półprzytomną minę idioty, zesztywniałe z brudu szare spodnie i jakiś łach imitujący sweter. Podobnie jak kot był przeraźliwie chudy i podobnie jak on - pozbawiony chęci do czegokolwiek. Ich wspólnym domem był śmietnik przy betonowym bloku – mieszkali tu wspólnie od prawie trzech miesięcy i jeszcze nikt nie kazał im się wynosić. Należy to uznać za osiągnięcie.
Dzieliło ich wszystko. Horacy był brudnym kotem a włóczęga podobno człowiekiem. także jednak brudnym.
Łączyły dwie rzeczy. Po pierwsze : kulawa przyjaźń.
Po drugie : obaj byli degeneratami.



W tamtą zimową noc człowiek wszedł do śmietnika, cisnął w kąt swój worek i głośno beknął. Później usiadł, posiedział prawie bez ruchu chyba z godzinę, następnie zaś westchnął, wstał i sięgnął do worka. Wyjął coś, czego Horacy nie był w stanie zidentyfikować ; ostatnio jednak mało był w stanie zidentyfikować – świeżo wydrapane oko efektywnie uniemożliwiało mu prowadzenie żadnych dokładniejszych obserwacji. Zdrowym okiem patrzył więc jak człowiek podnosi coś do góry, przygląda się uważnie czemuś, a następnie .... nie. Chyba nie, chyba jednak nieistniejące oko płata jakieś sztuczki. Musiał się przewidzieć, przecież nawet zdegenerowani włóczędzy nie robią takich głupot. Resztka kociego rozsądku mówiła mu jednak, iż w ogóle się nie przewidział – oto człowiek przechylił coś, a na twarz chlusnęła mu struga obrzydliwie śmierdzącej cieczy. Kot aż zwinął się w swoim kącie ; smród był nie do wytrzymania. Człowiek zaś polewał obficie własną twarz, głowę, ramiona, nogi .... Sięgnął później jeszcze raz do worka, znów chwilę pogrzebał ... i nagle wybuchnął okropnym wrzaskiem – to chyba był płacz, lecz Horacy nie miał pewności – jeżeli był to istotnie płacz, włóczęga musiał przeżyć coś potwornego – od dźwięków, jakie wydawał kotu zjeżyła się cała sierść. Lump zaś zgarbił się cały, wcisnął w kąt śmietnika i szlochał. Kotu było nieswojo. Wyszedł z ciemnego kąta i otarł o nogi włóczęgi. Tamten popatrzył na niego – na początku bezrozumnym, nieprzytomnym i niedobrym wzrokiem, później jednak jego twarz złagodniała i wygładziła się trochę. Opanował drgawki, westchnął i podrapał Horacego po grzbiecie. Kot aż wyprężył się z radości – ostatnią osobą, która zrobiła coś takiego była ... Zresztą nieważne. To było dwa miliony lat temu. Od tamtej pory wszyscy opędzali się od niego, jak od zarazy. Otarł się ponownie o nogi człowieka, i jeszcze raz , i jeszcze ...
- Jak dobrze, jak miło. – pomyślał człowiek.
- Jak dobrze, jak miło. – pomyślał kot.
Człowiek otarł twarz i przygarnął kota do siebie – śmierdział ciągle okropnie, ale Horacy przestał to zauważać. Sięgnął do worka i wyjął jakiś zasuszony kawałek czegoś – chyba kawałek sera. Złamał go wpół i rzucił Horacemu. Ser to nie jest oczywiście najwykwintniejsza potrawa, jaka pojawia się na kocim stole, lecz nie wybiera ten, kto musi – Horacy skoczył jak oparzony na swój ochłap i delektował się każdym kęsem. Chciał, tak aby trwało to poprzez całą wieczność. I trwało to całą wieczność.
Kiedy skończył, odwrócił się znów do człowieka. Był syty, chciał dziękować, mruczeć – człowiek jednak spał. Śmierdzący cieczą, którą na siebie wylał, zmęczony płaczem (?) i przerażony bliskością tego, co nieuniknione – zasnął. Kot nie wiedział, iż ta cuchnąca ciecz to benzyna. Nie wiedział, iż gdyby w porę nie wyszedł ze swojego kąta – najprawdopodobniej w tej chwili byłby już tylko dogorywającą kupką popiołu. Człowiek zamierzał podpalić siebie, i śmietnik, i cały świat - i mało mu do tego brakowało. Kot jednak nie miał o tym definicje. Ułożył się wygodnie w swoim kącie i – po raz pierwszy od dawna – syty, zasnął.



W dzień spali schowani za kontenerem na śmieci i warstwą odpadków – było ciemno, było ciepło, było cicho. Było dobrze, a w każdym razie nie było źle. Co jakiś czas ktoś wrzucał do śmietnika następną torbę i szedł sobie dalej. Człowiek podnosił się wtedy na chwilę, grzebał w świeżych śmieciach i zwykle wyciągał coś, co dawało się zjeść bez obrzydzenia – czasem nawet ze smakiem. Odkładał to wówczas na kupkę pod ścianą i układał się znowu do snu. Wieczorem, gdy świat trochę zwalniał i ciemniał, siadali do wspólnego posiłku. Później szli na spacer. Człowiek – by zaczerpnąć powietrza i poczuć się aczkolwiek poprzez chwilę - gdy nikt go nie oglądał - człowiekiem. Horacy – by poczuć się kotem. Bez jednego oka miał raczej szansę zostać upolowanym niż upolować coś na kolację, starał się jednak nie zapominać kim jest. Zastanawiał się, na ile starczy mu wytrwałości, na ile odwagi, odganiał jednak te myśli. Jego przyjaciel – włóczęga stracił tę wytrwałość : powoli przestawał być już człowiekiem, on jednak nie zamierzał pójść tą drogą. Przyjaźnili się w milczeniu a każdy miał swoją ścieżkę.



Pewnego dnia człowiek zniknął.
To nie było melodramatyczne rozstanie kochanków – pakowanie rzeczy, kłótnie, osobne łóżka, rzucane z łatwością złe słowa ... Worek stał opuszczony pod ścianą śmietnika, na ziemi zaś walał się porzucony sweter. Człowiek wyszedł ... i kot więcej go nie widział.
Czekał dzień, czekał dwa dni, czekał tydzień ... nareszcie przestał czekać. Zrezygnowany ułożył się w swoim kącie i zasnął. Śnił mu się zeschnięty kawałek sera i ciepłe ręce. Śnił mu się także ten szczurzy wypierdek, który już tak dawno temu wymienił go w inwalidę – pośmiewisko wszystkich, siejącego obrzydzenie stwora, do którego nawet człowiek – nie ten, inny człowiek - nie chciał się przyznać : wziął go wtedy przecież za kark i wyrzucił na schody. Śniło mu się jeszcze sporo innych rzeczy ; to nie były przyjemne sny.
Kiedy obudził się, włóczęgi ciągle nie było.
Rozpoczął następny dzień oczekiwania.