bliskie, spotkania, rumunią, paszport

Definicja: zrobić gdy jest się mieszkańcem Baicoi gdzie paszportówki wyglądają słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Bliskie spotkania z Rumunią – Paszport z „Archiwum X”

Słownik: Robienie zdjęć paszportowych jest zawsze stresujące – nie dość, iż musi spełniać standardy, to każdy chciałby wyglądać na nim jak człowiek. Co jednak zrobić gdy jest się mieszkańcem Baicoi gdzie paszportówki wyglądają...
Definicja: jak żywcem wyjęte z akt „Archiwum X”?

Baicoi jest na pozór następnym przeciętnym 20 - tysięcznym miasteczkiem na poludniu Rumunii, gdzie Słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie, a życie toczy się od wypłaty do wypłaty. Mieszkańcy nie narzekają na jakiekolwiek szczególne bolączki, baa... możnaby nawet rzec, iż „baicoiowska” egzystencja jest momentami nudna i banalna. Do czasu. A tym czasem jest okres gdy któryś z obywateli decyduje się na wyrobienie paszportu. Wtedy zaczynają się dziać rzeczy dziwne i niepojęte, ochrzczone poprzez rumuńską telewizję mianem wręcz paranormalnych. A wszystko poprzez wygląd paszportowych zdjęć, które w ogóle nie przypominają osób które do nich pozowały. Jak można się domyślić, ciężko jest przekroczyć granicę z dokumentem, na którym fotografia ma niewiele co wspólnego z osobą która tą granicę pragnie przekroczyć. Wygląda więc na to, iż miasto jakąś mistyczną, nieuchwytną silą chce utrzymać swoich mieszkańców w państwie.

Oczywiście dałam się ponieść skrzydłom wyobraźni, lecz faktem jest, iż kwestia jest na tyle dziwna, że przyciągnęła uwagę reporterów telewizji ogólnokrajowej, którzy na antenie próbowali rozwiązać tą osobliwą zagadkę. Najpierw trzeba zaznaczyć, iż w Rumunii - inaczej niż w innych krajach - zdjęcie paszportowe robi się tylko i wyłącznie w urzędzie w którym złożona jest papiery dotyczące tegoż dokumentu. Dlatego także, każdy mieszkaniec musi „zaliczyć” w swojej paszportowej pielgrzymce ten sam aparat uwieczniający podobizny, tego samego fotografa i tą samą procedurę. Oczywiście, gdyby tak nie było, ludzie omijaliby zwyczajnie feralnego fotografa i robili zdjęcia u innego. A tak... wyboru nie ma i stąd problem osoby indywidualnej urósł do rangi lokalnej.

Co się właściwie dzieje z urzędzie paszportwym w Baicoi? Wszystko zaczęło się od momentu, gdy zarządcy zdecydowali się na zakup nowego, extra – nowoczesnego aparatu. Sprzęt jest jednak „nowocześniejszy” niż sobie tego życzono, bo okazał się zdolny do samowolnej interpretacji obrazów poprzez niego uwiecznianych i niczym artysta najwyższch lotów, pozwala sobie na swoją prywatną wersję każdej sfotografowanej twarzy. Widzowie wieczornego „Obserwatora” na kanale Antena 1 mieli okazje ujrzeć na wlasne oczy rezultaty twórczości aparatu. Przykładowo, pewna blondynka ma na zdjęciu włosy kruczoczarne, a łysy mężczyzna nie wiedzieć czemu, uśmiecha się z paszportu spod bujnej grzywy. Kilku osobom brakuje przednich zębów. Inne są wyraźnie kilkanaście kilo masywniejsze. A nawet jeżeli waga, kolor i liczba włosów i uzębienie się zgadza z „pierwowzorem”, to i tak osoba wygląda w rzeczywistości inaczej niż na paszportwej fotografii.

Urzad próbował już wszystkiego. Oczywiście przeanalizowano dogłębnie aparat, z każdej możliwej strony i pod każym kątem. Wymieniono wszystko co dało się wymienić. Zmieniano osoby obsługujące niepokorną maszynę. Przeprowadzano przeróżne testy przez wzgląd na ewentualnym wpływem pory dnia, pogody, czy także etapy księżyca na wygląd fotografii. Rezulaty wszystkich tych czynności były niestety znikome i nie przybliżające zainteresowanych nawet o krok do odkrycia co (albo kto) jest powodem obecnej postaci rzeczy.

Urząd paszportowy nareszcie się poddał i wezwał na pomoc telewizję, która sprawę od razu zaklasyfikowała jako rodem z „Archiwum X”. Po drobiazgowo przeprowadzonym śledztwie reporterzy zawyrokowali, iż powody anomalii fotograficznych w Bicoi mają najpewniej podłoże paranormalne a ich typ jest złowieszczy i złośliwy. Dlatego ich jedyną propozycją (poza zamianą aparatu, co w sumie rozważano od początku, lecz z racji na wydatki, wstrzymywano się z decyzją) było zaproszenie do urzędu egzorcysty i wyświęcenie calego miejsca z przeklętą maszyną jako kolebką demonów na czele. I tak także uczyniono.

Miejscowy ksiądz, w otoczeniu „fanów” przybył na miejsce „opętania” z kropidełkiem i innymi gadżetami, zrobił co miał zrobić i poszedł. Całe miasteczko czeka aktualnie na uzdrowienie aparatu, co - jak dotąd - jeszcze nie nastąpilo, bo mimo że zdjęcia robione są teraz w świątobliwej atmosferze, to nadal twarze na nich uwiecznione nie przypominają wyglądem pozujących do nich osób. Czy egzorcyzmy zadziałają? Tego nie wie nikt, lecz póki co „szatan działa”. A jak wiemy, z przykróceniem jego działaności nawet najwięksi rangą politycy mają problemów co nie miara...