ikony co to jest
Definicja: tak dawno dokończenie odbudowy historycznego Głównego Miasta rozpala głowy i budzi.

Czy przydatne?

Co znaczy Kto do ikony

Słownik: Dziennikarze, architekci, deweloperzy, samorządowcy, a również sami mieszkańcy ustawili się w szeregu poszukiwaczy gdańskiej ikony. Proklamowane nie tak dawno dokończenie odbudowy historycznego Głównego Miasta rozpala głowy i budzi emocje.
Definicja:

Ikoną samych poszukiwań jest Wyspa Spichrzów, największy kawałek starego Gdańska, pozostawiony w całości w ruinach od 62 lat. Miasto powołało nawet Radę Interesariuszy, która ma koordynować działania na rzecz zagospodarowania tej części Starówki. Przedtem rozstrzygnięto w tej materii międzynarodowy konkurs architektoniczny, a ostatnio oficjalnie rozpoczęto rekrutację strategicznego inwestora. Broniące do chwili obecnej konsekwentnie zdania skupionych wokół albumu „Był sobie...” tradycjonalistów władze Gdańska najwyraźniej uległy namowom architektów i pokusie pozostawienia po sobie nie tylko w pełni zrekonstruowanej tkanki miejskiej, lecz wszczepienia w nią przy okazji nowych symboli na miarę ogromnych poprzedników. Konkurs wygrała koncepcja pracowni Fiszer Atelier. Niepozbawiona trafnych rozwiązań, na przykład przerzucenia zabudowy nad sztucznie przecinającym Wyspę Podwalem Przedmiejskim, wizja zespołu Stanisława Fiszera zakłada jednak między innymi wystawienie niemal naprzeciw gdańskiego Żurawia budynku w kształcie - jak sugerują autorzy - gigantycznego bursztynu, w okolicy wyszczerbionych na pamiątkę wojny resztek spichlerzy Daleka Droga.

Ten szokujący pomysł może oznaczać, iż poprzez następne dziesięć wieków spacerując brzegiem Motławy będziemy skazani na nieustanne rozstrzyganie twórczego niepokoju współczesnych decydentów. Nie będzie także innego wyjścia jak wytłumaczenie efektu celowym skontrastowaniem architektury, które jeden z komentatorów na forum internetowym gazeta.pl nazwał wątpliwym dla tej dziedziny w skutkach „łączeniem średniowiecznej sukni z lateksowymi kozaczkami”. I nie da się ukryć, iż wielu będzie zdegustowanych ikoną w formie monstrualnej konstrukcji niczym zrzuconej przypadkowo kosmicznej kupy. Ponieważ tak faktycznie właśnie ta okolica jest główną areną sporu, a władze Gdańska do tej koncepcji są bardzo przywiązane. Niepokój podsyca wypowiedź reprezentującej tak zwany grupę nacisku Yael Rotschild – architekt występującej w imieniu jednego z właścicieli działek na Wyspie, a równocześnie zamierzającego zainwestować w tym miejscu znanego warszawskiego dewelopera Mill-Yon, która zapewnia, iż spółka „nie chce budować scenografii do filmu o starym Gdańsku”, a wzniesiona architektura będzie na wskroś nowoczesna.

Podobne dążenie prezentował rok temu Jan Wójcikiewicz – znany gdański hotelarz wygrał wówczas za rekordową cenę działkę przy nieodległym Targu Rybnym i wyraził przy tym zatrważającą dla niektórych wolę udowodnienia w tym sąsiedztwie, iż „architektura w Gdańsku żyje”. Istniejący już przy Rybackim Pobrzeżu, a będący nijaką stylizacją, hotel tego przedsiębiorcy jednym się podoba, innym nie, a rozpoczęta już i mająca zastąpić – na szczęście niezbyt wartościową – zabudowę panującą na tej parceli do 1945 roku, realizacja następnego hotelu niczym specjalnym się nie wyróżnia, oprócz tego iż jak twierdzi gdański historyk Andrzej Januszajtis, „zabije Basztę Łabędź” – uwolnioną po wojnie od przesłaniającej ją zabudowy.

Dla Wyspy Spichrzów powstało we poprzednich latach sporo projektów i chociaż przewarzająca część nie stanowiła kompletnej rekonstrukcji to, za wyjątkiem równie abstrakcyjnych jak współczesne pomysłów z głębokiego Gomułki, przedstawiały one większe poszanowanie dla tradycji otoczenia, odczucia estetyki postronnego obserwatora, a nareszcie dla wynikającego z wojennej zagłady miasta, prawa jego samego i jego mieszkańców do odzyskania tak żywotnej części bytu, jakim jest zabudowa w tej jej części i kształcie, która na to niewątpliwie zasługuje.

Bardzo ciekawym odpowiednikiem takiego kompromisu był projekt hotelu Genesis, który u stóp mostu Zielonego mieli zbudować Amerykanie. Przed wojną, a nawet jeszcze bezpośrednio po jej zakończeniu, stał tutaj charakterystyczny dla Gdańska, ponieważ neorenesansowy gmach kasy oszczędności, za to hotel tworzył piękne nabrzeże i dodawał samych spichrzów. Chyba tylko aura nieudanej umowy i inwestycji z lat 90-tych skłoniła miejskich włodarzy do zarzucenia tej propozycji. Na podobne ustępstwo można aby się zgodzić w miejscu dawnego Danziger Hof nieopodal Bramy Wyżynnej.

Biorąc pod uwagę jednoznaczny charakter i rangę przeciwległego brzegu, odbudowa spichlerzy wzdłuż Starej Motławy, wokół jedynego ocalałego spichrza Deo Gloria i przywrócenie dawnego widoku starego gdańskiego portu jest w najwyższym stopniu pożądanym krokiem, a równocześnie pragnieniem zdecydowanej większości – paradoksalnie w szczególności młodych - gdańszczan i coraz liczniejszej rzeszy przybywających do Gdańska turystów.
To w szczególności te dwie ostatnie, aczkolwiek przecież najliczniejsze ekipy, przychodzą w sukurs zwolennikom historyzmu w architekturze, tu gdzie historia jest najsilniej obecna. Ich wpływy są jednak w odwrocie, również dzięki dziennikarzom, w imieniu których roli arbiter elegantiarum gdańskiej architektury podjęła się Barbara Szczepuła. Nestorka pomorskich publicystów tym wspólnie własne ostrze kieruje przeciwko gdańskim, jak to ustala, zabytkowiczom.

Relacjonując na łamach Dziennika Bałtyckiego zorganizowany w czerwcu okrągły stół gdańskich architektów, nie zostawiła na tychże "zabytkowiczach" suchej nitki. Arbitrium na Politechnice, jak można sądzić, było zresztą pomyślane jako podpora biznesów deweloperów zainteresowanych zaznaczeniem swojej obecności w prestiżowej lokalizacji i lokalnych władz, które natomiast zaczynają decydować o tak istotnych elementach dokończenia odbudowy Głównego Miasta na zasadzie, iż lepsze coś niż nic i byle naprzód, myśląc o sprawie z perspektywy łatwo namacalnego efektu. Do tego doszło tradycyjne podejście zawodowych architektów, którzy w zdecydowanej swej większości z jednej strony należą do modernistów, a z drugiej jak wielu artystów starają się wyróżnić za wszelaką cenę. W czasie dyskursu, o jakim mowa, takie postawy nawet nazwano rynkowym woluntaryzmem i patrząc na niektóre już podjęte inwestycje trudno się z tym nie zgodzić. Po stronie woluntarystów znalazło się wszakże na Politechnice wiele znanych nazwisk, dla których powojenny trud odbudowy Gdańska to „architektoniczna katastrofa na skalę światową” i „budowanie zabytków”, a jako przykład dobrej praktyki dawnych pokoleń przewrotnie przytaczają odbudowę spalonej wieży gotyckiej w formie renesansowej...

Pomijając jak wyjątkową okolicznością była wojna i jakim sukcesem w komunizmie było samo przyzwolenie na rekonstrukcję „niemieckiego” Gdańska, to idąc tym śladem pewnie mielibyśmy dzisiaj do czynienia z takim samym spustoszeniem jak na przykład w Królewcu (aktualnie Kaliningradzie) lub planowany w latach 60-tych betonowy klocek zamiast stylowego dworca. Trzeba także podkreślić, iż nie zawsze odbudowywano naprzód – czasem robiono to wstecz, jak na przykład Zieloną Bramę, którą owszem na początku przerobiono na klasycyzm, lecz kilkadziesiąt lat później przytomnie przywrócono jej renesansowy wygląd. Ponadto prawie każdy przykład współczesnej ingerencji jest tak idealnie usprawiedliwiony jak dzisiejszy Teatr Wybrzeże wobec pierwotnego gmachu gdańskiej sceny. Nieuczciwe, oczywiście pod warunkiem szczerości intencji, są analogie do projektowania samochodów, a nawet do skądinąd znakomitej współczesnej adaptacji Balladyny Adama Hanuszkiewicza! Zwolennicy zaś lateksu w architekturze i szklanej kopuły na Reichstagu w gdańskich warunkach, niech spróbują zaproponować taki symbol rozpoznawczy naszych czasów przy okazji remontu poszycia Bazyliki Mariackiej.

Wygląda, iż tłumnie przechadzającym się gdańskimi uliczkami i urzeczonym ich urodą spacerowiczom, pozostał tylko napiętnowany poprzez grono zawodowych budowniczych sprawca „Disneylandu” przy ul. Stągiewnej Stanisław Michel i sędziwy gdański mędrzec Andrzej Januszajtis. I tak faktycznie właśnie tj. powód do troski o gdańskie ikony dla przyszłych pokoleń. ponieważ jeżeli wśród fachowców nie znajdą się wystarczająco mocni kontynuatorzy historii to będziemy skazani na takie projekty jak kubistyczna maczuga Holendrów przy Targu Siennym, a wizji polskich studentów przedłużenia Drogi Królewskiej nikt nie podejmie.




Nie jest sztuką wymienianie na coraz bardziej spolegliwych konserwatorów zabytków, ani bezwzględne podporządkowanie bieżącej koniunkturze tego, co ma stać się trwałym i akceptowanym symbolem tożsamości jednego z najstarszych miast w Europie. Gdańsk ma inne niż Główne Miasto i w ogóle nie mniej godne, tereny pod architektoniczny poligon na miarę Opery w Sydney - i konkurs na Europejskie Centrum Solidarności jest tego odpowiednikiem.

Niech odrzucenie po raz następny poprzez UNESCO kandydatury zabytkowej części Gdańska do listy światowego dziedzictwa będzie przestrogą i namową do odrobiny pokory tych wszystkich, którzy na lata zdecydują o kształcie współczesnego uzupełnienia historycznego centrum.