zagubione odgłosy co to jest
Definicja: się kiedyś na tereny dzisiejszej Ukrainy, konkretnie na Krym, należący niegdyś do Turcji.

Czy przydatne?

Co znaczy Zagubione odgłosy

Słownik: Pewien słynny poeta polski, który w swoim słynnym utworze pisał, iż jego ojczyzną jest Litwa, a konkretne tereny położone dziś na Białorusi, wybrał się kiedyś na tereny dzisiejszej Ukrainy, konkretnie na Krym, należący niegdyś do Turcji.
Definicja:

Oczywiście nie chodzi tu teraz o to aby powstało wypracowanie o słynnym poecie ale o to, iż pewne osoby o zbytnich skłonnościach romantyczno-sentymentalnych mogą wspomniane rymowanki poczytać jako swoisty przewodnik turystyczny i zapragnąć udać się w opisane miejsca. Rzeczą oczywistą jest, iż od czasu napisania wierszyków, czy raczej sonetów, o których mowa, musiało się trochę na Krymie pozmieniać. Zdawało się jednak, iż skoro wtedy odgłos izanu gubił się cichym wieczorze to jeżeli się teraz pojedzie i dobrze poszuka to może się jeszcze go znajdzie. Nareszcie, skoro co wieczór się gubił się choćby jeden odgłos, to musiało ich łącznie wiele zaginąć i jest szansa, iż jeszcze prawie każdy znaleziono. Dźwięki i słowa są przecież czymś tak ulotnym, iż uchwycenie tych sprzed wieków może niewątpliwie stać się wyłącznie udziałem tych, którzy wsłuchują się bardzo precyzyjnie. Pojechałem do Bakczysaraju zbadać osobiście jak się dziś sprawy mają, licząc oczywiście, iż się sam w jakiejś cichej kontemplacji i podziwie zagubię.


Zweryfikowało mnie życie jak zazwyczaj i zamiast tego, co sobie w umyśle zarysowałem, zagubiłem się w hałaśliwym tłumie turystów nie mogąc nawet zorientować się gdzie jest koniec kolejki nie mówiąc już o fontannach haremu. Po odstaniu swojego i doświadczeniu radości z faktu, iż powiodło mi się zakupić „ruski bilet”, który jest znacząco tańszy niż ten dla gości zagranicznych, otrzymałem się wreszcie do pałacu. Zwiedzanie odbyło się z przewodniczką, która, jak się zdaje bardziej koncentrowała się na stronie faktograficznej niż nasz wieszcz, nic jednak nie słyszałem z racji na sprzężenie jej wypowiedzi z wypowiedziami innych przewodników ciasno upakowanych na niewielkiej powierzchni. Łatwo się domyślić, iż te sprzężone i niezrozumiałe przewodnicze wyłuszczyny wzbogacane były poprzez ogólnopanujący jazgot nieprzewodników. Harem naturalnie był, lecz czy harem jest haremem, gdy nie ma w nim tego, co właściwie jest najistotniejsze. Czy biblioteka to regały czy regały plus woluminy? Niemniej jednak uznałem, iż jeżeli mam już wieszcza mieć za przewodnika to lepiej wesprę się o Judahu skałę i popatrzę na morze. Wspiąłem się więc wysoko, aby wesprzeć się gdzie nikt inny się nie wspiera i nie myślałem już o jakichkolwiek izanach ale zachłystywałem się widokiem. Nie sądziłem wtedy jeszcze, iż kiedyś dane mi będzie w pełni doświadczyć gubiących się dźwięków dochodzących z minaretu, i to autentycznie wieczorem a nawet w nocy. A nastąpiło to w państwie wylegującym się po przeciwległej stronie morza, na które spoglądałem.



Od początku mojego pobytu w tejże właśnie Turcji, pierwszego z zresztą w państwie muzułmańskim, słyszałem, iż co rusz ktoś kogoś do czegoś nawołuje i wielce rozczarowany byłem, gdy zmiarkowałem, iż niewiele kto a właściwie praktycznie nikt z miejscowych nic sobie z nawoływań muezina nie robi. Dodatkowym problemem było, iż w sporym mieście, w jakim się znalazłem, odgłos konkurować musiał zaciekle z odgłosami cywilizacji technicznej. Szczęśliwie jednak dla wachlarza moich doznań dźwiękowo-metafizyczych zupełnie inaczej miały się sprawy mieć w miejscowościach malutkich. W takowej właśnie wdrapałem siebie na skałę może nie aż tak jak Ajudah stromą, wdrapałem tam także oprócz siebie towarzyszkę, z którą wódkę anyżową, tak tam popularną miałem spożywać. Wódki ubywało, nocy przybywało a widok rozpościerał się przepiękny na wąskie uliczki, z lekka tylko oświetleniem opatrzone, którymi jeszcze przed momentem pięliśmy się w górę i pięły się krowy i osły.
Wciśnięta pomiędzy skały wioska za chwilę zaczęła się kołysać w rytmie wezwania do modlitwy a wzmocniony poprzez osiągnięcia elektroniki odgłos niósł się daleko odbijając się od gór lekkim echem. Z lekka onietrzwieźwieni udaliśmy się za chwilę w dół, ale nie do meczetu a na spacer po mieście, czy może bardziej wiosce gdzie wszędzie wisiały dywany i pachniało przyprawami. Tak krzyk muezina, podobno puszczany dzisiaj z płyty niósł mnie w dalszą podróż po tym ciekawym dosyć państwie, na początku po Kapadocji.



Cała Kapadocja jest krainą, gdzie ludność dawniej wdrążała się pod ziemie, konkretniej pod skałę, albo pomiędzy skały po to aby móc być chrześcijanami tak aby nikt o tym nie wiedział. Skalne piramidki i grzybki muszą się wszystkim czytelnikom bajek kojarzyć ze stworkami raczej bajkowymi lecz tam akurat ludzie najprawdziwsi pomieszkiwali. Różnili się może od innych tym, iż studnie i szyby wykorzystywali nie do tego, aby coś z nich wyciągać ale do tego, aby do nich wkładać. Gdy się mieszka pod ziemią, taka forma urządzania mieszkań zdaje się przecież naturalnie najprostsza. Dzisiaj już pod ziemią nikt nie mieszka lecz za to w grzybkach i piramidkach regularnie domek jakiś albo jego część się znajduje i cieszą się chłodem mieszkańcy jego gdy na zewnątrz niechłód panuje okropny. Miło do domku wejść takiego, ponieważ opuszczone także się zdarzają i chłodnym okiem popatrzeć jak świat płonie za kamienną ścianą, domniemając, iż gdy się głowę wypchnie na zewnątrz poprzez wąskie okienko, zostanie się zgilotynowanym poprzez upał. Dobra, jedźmy dalej, aczkolwiek tak tu gorąco.



Najgoręcej jednak zdaje się być na południowym wybrzeżu. Powietrze jest tam nie tylko gorące lecz również tak nieopowiedzianie wilgotne, iż człowiek ma wrażenie, że co chwilę ktoś mu wylewa wiadro wrzątku na głowę. Reklamują tam nawet pewną grotę, w której można z racji na panujący wewnątrz mikroklimat otrzymać zawału serca. Niestety nie miałem sposobności jej zwiedzić i być może dlatego miałem możliwość robić jeszcze później inne rzeczy. Do rzeczy takich należała wyprawa na Cypr, który od razu zaskoczył mnie lewostronnością ruchu i natychmiastowym dostarczeniu szansy na zginięcie pod kołami samochodu, który nadjechał stamtąd, gdzie się najmniej spodziewałem. Brytyjskie wpływy wyspy tej odcisnęły się również, i odciskają budkami telefonicznymi typowo brytyjskimi, których w samej Anglii jest już nawet mało. Dziś jednak Cypr, a właściwie północna jego część jest czymś trudno definiowalnym politycznie, co oscyluje między nielegalnym państwem autonomicznym, którego nikt nie uznaje a terytorium należącym do Turcji, która oczywiście je uznaje. Południowa część Cypru zamieszkana jest poprzez Greków i odgrodzona jest zasiekami, ponieważ mieszkańcy obu stron po prostu za sobą nie przepadają.


Część południowa różni się od północnej również tym, iż jest państwem legalnym, należącym nawet aktualnie do UE. Legalność ta prowadzi jednak do nagromadzenia turystów, o którym na północy mowy być nie może. Tak oto Kirenia jest miejscem, w którym bezproblemowo można zasmakować urokliwego spokoju, aczkolwiek miasteczko to o niezwykłej historii i paru ciekawych po niej zabytkach. Spokoju urokliwego, którego nie zna południowa Turcja zabudowana paskudnie paskudnymi hotelami, które mają być magnesem dla tych, dla których ideał wypoczynku i podróżnictwa stanowi smażenie się cały dzień na leżaku. Dla mnie, w Kirenii, magnesem okazała się pewna skałka, którą ładnie oświetlało zachodzące nad Cyprem słoneczko. Jakże sobie nie popłynąć skoro tam ładnie się skałka w barwach mieni, jakże nie popływać skoro pływać się ma ochotę po upalnym spacerze, o ile spacer może być upalny.



Może skłamałem trochę pisząc, iż się mieni w blasku słońca, ponieważ tak faktycznie to było już praktycznie ciemno, na tyle ciemno, iż czegoś nie zauważyłem. lecz dla potrzeb literatury można trochę skłamać, czy jakiś Faust przykładowo to taka znowu prawda? Co dopiero mówić już o porwaniu w Tiuturlistanie. Nieważne, zresztą potrafię się przyznać a ta wizja zachodu zostanie przecież w głowie czytelnika, teraz musi zwyczajnie ją sobie trochę przyciemnić. Płynąłem więc tak trochę po ciemku jakieś sto metrów może do skałki, która tak kusząco z wody wystawała aby zasiąść na niej majestatycznie. Zbliżając się do celu, zacząłem jednak mieć dziwne podejrzenia, iż skała cała porusza się i faluje. Dziwnymi wydały mi się moje obawy i jakoś do końca swoim zmysłom nie chciałem wierzyć. Gdy do skały było jednak tylko parę metrów, zagadka wyjaśniła się na niekorzyść. Oprócz mnie, na pomysł wejścia na skałę, wpadło kilkaset krabów. Szaleńczo szybkie było zawrócenie moje i obranie nowych wytycznych. Głowę moją wypełniły szczypce. Szczypce które w najstraszniejszych wizjach szczypały mnie tam gdzie najmniej bym sobie tego życzył. aczkolwiek pewnie lekko zdemonizowałem szkodliwość tych niewielkich stworzonek to można to wyjaśniać brakiem należytego z nimi obycia. Faktem jest, iż nieposzczypnięty dopłynąłem do brzegu, lecz nie jest już faktem, iż pobyt na południu Turcji i na Cyprze miał miejsce po pobycie w Kapdaocji, jak mogłoby wynikać z tekstu.



Czytelnik jednak w ogóle nie wie, co było po czym i można go tak sobie poprzenosić dowolnie z miejsca na miejsce, sprawiając iż zapomni że w ogóle miała być mowa o zagubionych odgłosach. Tak się niestety składa, iż o odgłosach nie mam już specjalnie nic do powiedzenia i trudno do tematu już teraz wrócić, lecz można jeszcze tekst uratować zamykając go mniej więcej tym, czym go otwarto. W sukurs przyjdzie tu nam wspomniany wtedy pisarz, który przypadkiem zmarł właśnie w Turcji, w mieście, o którym pisząc cokolwiek o tym państwie, wspomnieć przecież trzeba. Wszystko się więc dopina geograficznie i chronologicznie ponieważ przecież jakby to wyglądało gdyby ogromny pisarz zmarł najpierw tekstu. A to, iż zmarł akurat w Konstantynopolu, który dziś już się tak raczej nie nazywa, zdaje się dość łatwo wytłumaczalne. Dla kogoś, kto lubi ciszę i jakieś zagubione w niej odgłosy, tam musiało być dla niego znacząco za głośno. Oczywiście, w tamtych czasach miasto nie liczyło ponad dziesięciu mlnów mieszkańców jak aktualnie i natężenie hałasu nie było pewnie aż tak duże lecz aktualny stan musi aczkolwiek częściowo wynikać z niegdysiejszego. A stan dzisiejszy jest taki, iż prócz tańczących derwiszy i pięknych meczetów można zaobserwować bazar jeden ogromny, na którym dla każdego handlowca jest się przyjacielem. Szczególnie niebezpieczne zdają się przejścia podziemne, w których zagęszczenie handlarzy jest tak ogromne, iż przechodzącemu zostaje tylko wąziutki przesmyk, który zdaje się zamykać jak cieśnina Mesyńska z biednym Odyseuszem pośrodku zmuszając do zakupów. Stan aktualny jest taki, iż miasto handluje całą dobę i nie to jest handel opierający na tym, na czym bazuje działalność polskich sklepów nocnych, gdzie od czasu do czasu dotrze jakiś zabłąkany pijaczek czujący niedosyt wrażeń. Nie, tam ma się wrażenie, iż za dwa dni wybuchnie wojna i wszyscy nagle zdecydowali się zapakować cały dobytek do ciężarówek i gdzieś go wywieźć. Nie da się tam zasiąść na ławce tak aby za chwilę w nie podjechał pod nos jakiś furgon i uwijający się jakimś szale i nieopamiętaniu mężczyźni nie zaczęli wynosić całego towaru znajdującego się w pobliskim sklepie. Wieszcz umarł, miasto żyje.