htorie śmietnikowe tajemny co to jest
Definicja: Podzieliłem tekst na trzy części ... Z niechęcią - lecz niestety był za długi słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Historie śmietnikowe (5) - Tajemny ogród (część III)

Słownik: Podzieliłem tekst na trzy części ... Z niechęcią - lecz niestety był za długi.
Definicja:

Coś uderzyło o tekturową ścianę. Uderzyło ? Nie. Nie - „uderzyło” . Przywaliło. Dopieprzyło z całej siły. Stały zbiór wieczornych uderzeń – przywaleń - dopieprzeń. Tata (tatuś, degenerat, mój tata?) pewnie nazwałby to jeszcze dosadniej. Z pewnością nazwałby to ... inaczej. Gdyby mógł. Teraz jednak nie mógł. Ponieważ to właśnie on awanturował się za dyktą imitującą prywatność ; za tą cienką kpiną z „ja”, „być” itd.. Z dziwnych, sobie tylko znanych (lub i nie; alkohol zaciemnia i ogranicza, prawda?) powodów nie zaakceptował następnego człowieka – klienta – który przyszedł tutaj, by się zabawić. Zabawić ? To ja się bawię Twoim kosztem, wiesz ? (lub może zwyczajnie niemądrze mi pisać o takich rzeczach. Zacznijmy więc jeszcze raz – nie „zabawić”. Ten gość przyszedł zwyczajnie po to, by zerżnąć kobietę tego wraka , jego prawowitą i - wg przysięgi wierną – żonę. Wierną ? A kogo to obchodzi? Jego z pewnością nie. Może tłucze tym amantem po ścianach, usiłując zachować resztki męskości, a może zwyczajnie leje ją – ponieważ nikt dzisiaj do niej nie przyszedł ? Nareszcie sam wielokrotnie powtarzał, iż małżeństwo to ogromna inwestycja; za dupę swojej baby można się solidnie opić ... Gość w dom, Bóg w dom . Wiara. Nadzieja. Miłość.


Gówno. Prawda.



tata, współtwórca ... Mężczyzną był jednak żadnym – zdarzało mu się czasem siadać na podłodze, popijać prosto z flaszki, ze słoika (lub plastikowego kubka – i obserwować, jak ktoś robi to, co powinien robić on sam. I bardzo zabawnie komentować. Peszył tym gości , lecz guzik go to obchodziło – nareszcie on był u siebie , a oni u siebie nie byli. Każdy – absolutnie KAŻDY – miał wymóg przynieść coś do picia. Bywało, iż pojawiał się Dobry Pan Alkohol ; bywało, iż w konkury przychodził Mistrz Cienki Żur. Obaj byli witani z
Wiarą
Nadzieją
Miłością

W szczególności z miłością.
I nieuwzględnionym we wzmiankowanym wykazie uczuć wyższych – Pragnieniem.


I znów – łupnięcie o dyktę. Kiedyś padnie ta dykta, kiedyś padnie to wszystko i kiedyś wszystko będzie dobrze.


Będzie inaczej. To oznacza – będzie dobrze.



***



Na ulicy przejrzał się w samochodowym lusterku. Rzeczywistość niestety kopie w tyłek. Nie było najgorzej – lecz nie było także dobrze. Wyglądał jak Kulfon z bajki. Monika powie do Kulfona : - Kulfon, co ty sobie zrobiłeś ? A Kulfon na to : - Spadłem ze schodów.
Kulfon nie przyzna się Monice, iż było niedobrze.
Kulon nie powie : - Monika, chcę zasnąć. I długo spać.
Kulfon nie powie : - Monika, zwyczajnie otrzymałem po ryju.
Kulfon więc zwyczajnie spadł ze schodów. Monika powie „OJEJ” i bajka popłynie dalej.
ponieważ takie są bajki. Czasem małe kłamstwo jest lepszym lekarstwem na ból niż ogromna prawda – kłamstwo doraźnie nie boli, kłamstwa nie czujesz ; jest i już. Zawsze było i zawsze będzie. A prawda działa jak antybiotyk – pomaga , lecz nie teraz – pomaga później. Na razie rzygasz po niej jak mops i czujesz się jeszcze gorzej niż zanim ci ją zaaplikowano. Czasem lepiej wychodzisz na kłamstwie – tu i teraz nikogo nie boli. Smutne - lecz niestety prawdziwe.
Czyli – Kulfon spadł ze schodów.
- Kulfon, lecz ty jesteś biedny ....
- Pocałuj mnie Monika. Pocałuj w to, co mnie boli.

Monika całuje Kulfona w to, co go boli. Jak to dobrze, iż ktoś wymyślił Kulfona i Monikę. Jak to dobrze, iż ktoś wymyślił bajki.



***



Oboje lubili ten ogród.
Właściwie to nie był ogród. Zaniedbany park, kępy drzew, inne miejsce ... Od niepamiętnych czasów nikt o niego nie dbał – i dobrze ; nie było tu sterylnych koszy na śmieci, szaro – czerwonych alejek z tandetnej kostki Bauma ... nic nie było z próżnego świata. To był dom czarnoksiężnika. Założono go kiedyś z myślą o mieszkańcach Domu lecz .... lecz który dzieciak dzisiaj znajduje przyjemność w łażeniu między dzikimi krzakami ? Pewnie jeden na stu. Ogród zarósł , zdziadział – i bardzo dobrze. Nikt o niego nie dbał, nikt tu nie przychodził, nikomu nie chciało się zastanawiać nad kępą drzew i krzaków w środku miasta. A jednak właśnie tutaj mieszkał Czarnoksiężnik. I różne dziwne, okropnie tajemnicze Powstania, które jak wody święconej unikały Atlasu Ptaków, Ssaków i innych Stworów ... Powiesz, iż to niemądre ? Tak. Tj. niemądre. lecz w tym ogrodzie faktycznie mieszkały przeróżne dziwactwa – no i sam Czarnoksiężnik. Wielki, srogi i bardzo poważny facet, ze śmieszną spiczastą bródką – zawsze ubrany na granatowo.Czemu na granatowo? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Robił srogie miny, przepędzał obcych ze swojego ogrodu ... lecz tak faktycznie, podobnie jak każde, w najwyższym stopniu nawet dziwaczne szkaradzieństwo mieszkające tutaj - był zwyczajnie ... tajemniczy ? Tak, wiem – znowu skośne litery. Całe życie chyba jednak złożona jest z tych spraw, które piszemy Ogromną Literą (I Zazwyczaj Po Paru Dniach O Nich Zapominamy) i tych, które piszemy skośnie. Skośnie. > ponieważ właśnie tym skosem zwykliśmy odróżniać to, co Ogromne od tego, co niezwykłe...



Ogród, Czarnoksiężnik, Inne ... Ogród był ich własny. Ogród to miejsce, gdzie jakiekolwiek marzenia nie wydają się zbyt trudne ; gdzie nie ma nawet śladu po tamtym, co zwyczajne. Będą spacerowali po Ogrodzie długo – długo po tym, jak zapadnie noc : dwudziestolatek o twarzy starca (odmłodniałej teraz) i dziecko – kiedyś pewnie kobieta, dziś naiwny pogromca wróbelków. A wszystkie inne dzieci pójdą już spać. Tym, które są szczęśliwe, mama zaśpiewa na dobranoc. (lub poczyta. (lub – jeżeli będzie zbyt zmęczona codziennością – zwyczajnie przytuli i uśnie ze swoim maluchem.
A tym, które nie są szczęśliwe, Pani powie Dobranoc. Niektórych może pocałuje. Nieszczęśliwym dzieciom to wystarczy. Nieszczęśliwym dzieciom to musi wystarczyć.

A oni dalej będą spacerowali, nawet wtedy, kiedy inne dzieci – szczęśliwe i nieszczęśliwe – pójdą już spać. > ponieważ dzisiaj jest Noc Czarnoksiężnika. I nic innego się nie liczy, prawda ? W sierpniu spadają gwiazdy, podobno na szczęście. Może uda się im wypatrzyć aczkolwiek jedną.
Wiedział, iż przyjdzie taki dzień. Dzień, w którym opowie jej o wszystkim .... i posłucha płaczu dziecka. Bał się tego dnia. lecz zrobi to – tego dnia – i zabierze ją z Domu. Wspólnie ..... Zresztą, to jeszcze nie teraz. Teraz są gwiazdy, ogród i noc.
Może zawsze będą.

Będą.

Było cudownie tej nocy.


***


Szedł ulicą. Minął rozświetlone centrum miasta i te ogromne ulice. Te, na których ogromni ludzie o ogromnych sercach ... itd.. I co więcej napisać ? Wiara? Nadzieja ? Miłość ?
Gówno ? Prawda ?

Skręcił na most. Kiedyś most. A teraz kupa złomu, żelaza, betonu, podpór ... Stare dzieje. Już wieki temu przeznaczono ten most do eksterminacji, a jednak wciąż trwał. A on lubił tu przychodzić – nie przychodził tu przecież nikt. Po co ? Zeskoczył z niskiego wiaduktu, otarł kolano o jakiś wystający pieniek ... i już. Minął kępę skarlałych krzaków i był nad rzeką.
Ten jeden wieczór, krótka chwila, magiczny okres w Ogrodzie Czarnoksiężnika ( w zapuszczonej kępie drzew i krzaków ukochanej poprzez małe dziecko) – to musiało wystarczyć na całe długie tygodnie oczekiwania. Od kiedy była Mała wiedział, jak trudno jest czekać. Trudno jest czekać – wszyscy to wiemy; on także wiedział. Nauczył się zresztą wielu innych rzeczy przy Małej. Nie mógł być matką. Nie mógł być ojcem. Był więc i jednym i drugim. Kimś, kto kocha. Staroświeckie wyraz, niemodne, nie „trendy” i niepopularne – wymyśl jednak lepsze, proszę. Nikt jeszcze nie wymyślił.
Mała od samego początku była skazana. Przegrana. Postawił na nią tak, jak stawia się na konia, o którym każdy wie, iż szkapa nie ma definicje o wyścigu, dysponuje jednym płucem a reumatyzm to jej drugie imię. Koń, który za jakiekolwiek skarby świata nie dowlecze się do mety ; nie mówimy o wygranej – mówimy o przeżyciu i nic ponad to. Postawił jednak na tego chorego konia – własną siostrę : postawił i walczył. Nie wygrał jeszcze, lecz także jeszcze nie przegrał. To równie wiele.
Mała ... Pęknięta gumo, wyjdź z namiotu. A może zwyczajnie brak gumy, może chwila nieuwagi ... A może nikt się nad tym nie zastanawiał ? Po krótkiej przyjemności (które z nich odczuło choćby przyjemność? ) narastający brzuch i rzyganie nad ranem. Nad ranem zresztą zawsze się rzyga; trudno to odróżnić – wypita wódka, pięść w brzuch, nieprzytomna głupota ... ktoś wypił, ktoś rzygnął, ktoś wsadził i wyjął .. Kto ? Nieważne. Było nieźle. Nie było źle. Nieważne.
A Mała od początku była takim kacem. Po wódce boli głowa, po pięści w brzuch bolą oczy i wstaje zgaga ... A po tym rośnie brzuch. I rzyga się tak samo; tak samo, jak po całej reszcie. Rozpoznała symptomy wtedy, kiedy za późno było na moczenie nóg w gorczycy, skakanie ze stołu i rozpaloną łyżkę wsadzoną tam, gdzie zazwyczaj wsadza się coś innego. I tak pojawiła się Mała – niechcący, po Ogromnym Pawiu i .... Nieważne zresztą. Jej rola była bardzo prosta ; zbyt chyba prosta, jak na parę dni życia : Umrzeć. Za niewiele. Gdyby nie obudził się wtedy w nocy, gdyby spał tak jak zazwyczaj – kamiennym snem – byłoby po wszystkim. Nie istniałby pluszowy pies, nie byłoby regału z książkami – nic aby pewnie nie było. Żadnego Ogrodu. Jego pewnie także aby nie było.




I ogarnęła go złość. Znasz to ? Na zewnątrz wszystko jest tak, jak co dzień, a w środku bulgocze wrzątek. Znasz to ,dobrze to znasz. Każdy to zna.
Od czterech lat walczył o coś, na co zawodowy gracz, nałogowy hazardzista, nie postawiłby pewnie swoich brudnych skarpetek. W dziwnym świecie, który na przydomowym ołtarzyku stawiał Naładowany Portfel ( ten z Wielkiej Ulicy ), on zbierał butelki, szmaty, śmiecie i kopy. Okrągły Świat kręcił się wokół ogromnych, on zaś sprzątał w nocy w kiepskich knajpach bez żadnej kategorii. Bajzlach , gdzie na porządku dziennym były ostre mordobicia, nocnym zaś – orgie w kiblu i w okolicy. I właśnie w jednej z nich, tych niedrogich i groźnych knajp, zabawiał przeróżnych łysych ( (lub i nie łysych) degeneratów, dając pobić się do nieprzytomności. Bywają automatyczne „byki” , bywają i żywe. Zbierał wpierdol (tak, tak, po co szukać innych słów, kiedy te najgorsze najlepiej opisują rzeczywistość) – i zbierał szmal. Kasę. Hajs. Różnie na to mówili. Zasady były tak proste, iż właściwie w ogóle ich nie było. Nastroszył się, rzucił dwa, trzy razy, iż rozpieprzy tę budę, napiął się ... i już. Reszta należała do klienta. Podłe? Podłe. Niskie? Jak w najwyższym stopniu. Trudne do wyobrażenia w świecie, gdzie za kapitał walczą jedynie Bardzo ogromni Faceci o bardzo małych rozumkach? Pewnie tak – lecz tak właśnie wyglądają niespokojne atrakcje nocy. A ci degeneraci płacą gotówką – żywą i pachnącą ; ten, kto powiedział, iż pieniądz jednak śmierdzi, powinien do końca życia płacić w sklepach zużytym papierem do dupy.
I tak stawał – przed płaskimi twarzami supermanów i równie płaskimi twarzami ich dziewczyn. I bili w niego, jak w bęben. A później brali te dziewczyny na tylne siedzenia czarnych samochodów i jechali w noc. Dziewczyny to lubią. A on wracał do domu – domu ? – plując nocy w twarz z tego, co zostało jeszcze w ustach. I śmiał się. Śmiał ? Nie, nie śmiał się. Wył, płakał i skamlał. Dlatego nie chodził Ogromnymi Ulicami. Tam można tylko śpiewać.
Śpiewać można także z Małą. W Ogrodzie. A teraz trzeba iść. Bądź Dzielny Idź. Bądź Wierny Idź. Idź. Idź. Idź, kurwa, IDŹ IDŹ ! Idź, > ponieważ się przewrócisz.
Idź.




A teraz siedział nad rzeką. Kamienie odbijały się od wody.


Chlup. Głowa matki odrywa się od tułowia.
Chlup. tata bez oka.
Chlup.
Chlup.


***


Coś lało się litrami. Może wódka, może jabol, może perfumy; może wszystko naraz. A może nic – to mógł być również denaturat ( (lub płyn do chłodzenia silników. Jakie to ma znaczenie ?
Może nikt dzisiaj nie przyszedł i zwyczajnie Współtwórcy zwinęli gdzieś płyn, który oddalił ich od przyciągania ? A może ten chory, popierdolony świat poleciał przed siebie już do reszty ?
Ktoś złapał go za nogę. To nie straż pożarna, to nie nocny patrol na sygnale ; to tylko głos pijanej kobiety. Oszalała w jakimś pijackim widzie ścisnęła jego nogę jak imadło.
- Syn, mój syn !!! Patrzcie wszyscy – Tj. MÓJ SYN !!!
Uwolnił się kopniakiem. Nie był delikatny.
- Odpierdol się. - mruknął