grindhouse death proof co to jest
Definicja: połowy. „Grindhouse: Death Proof” to jednak już zupełnie inna bajka słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy "Grindhouse: Death Proof" - subiektywnie

Słownik: Nie lubię Tarantino. Wbrew obowiązującym trendom nie podobało mi się „Pulp Fiction”, a do „Kill Billa” miałam kilka podejść i nie dobrnęłam nawet do połowy. „Grindhouse: Death Proof” to jednak już zupełnie inna bajka.
Definicja: Poza spójną i jednakową w odbiorze widzów płci obojga świetną ścieżką dźwiękową (ehhh, ta szafa grająca... pragnienie...), „Grindhouse: Death Proof” to w zasadzie dwa filmy. I nie mam tu na myśli dwóch części historii, którą obraz opowiada. Grindhouse jest filmem akcji (filmem drogi?) dla mężczyzn, a dla żeńskiej części kinowej publiczności jest manifestacją postępującej niezależności kobiet. Od pierwszej sceny do ostatniej, przekaz jest ten sam – ‘sama wiem najlepiej, czego chcę’. W tym filmie mężczyźni nie wygrywają, choćby nawet początkowo tak im się wydawało. Nie bez powodu „Grindhouse: Death Proof” został określony w najwyższym stopniu kobiecym filmem roku.

Tak, to prawda. „Grindhouse: Death Proof” ocieka krwią. Po pierwszej części prawie wyszłam z kina. Wystarczająco poruszona tym, co już widziałam, zastanawiałam się, czy chcę zobaczyć więcej. Wytrwałam jednak i część druga okazała się warta tego, tak aby wziąć się w garść. Tatuś Tarantino (ależ on się zestarzał!) pobawił się moralnością widzów, pokazując nam analogiczne sceny w różnym kontekście emocjonalnym. Z kognitywną przyjemnością i nie bez zdziwienia obserwowałam własne reakcje - to, jak w tej samej sytuacji, w której przedtem z przerażenia zasłaniałam usta, nieco później marzyłam o tym, tak aby przedostać się poprzez kurtynę ekranu i wziąć czynny udział w akcji.

Zabrakło mi tylko konsekwencji stylistycznej. Jeżeli idea filmu jest taka, tak aby przypominał on oryginalne kino klasy B, to powinno być tak od początku do końca. W czasie gdy niezupełnie zagrało połączenie kiepskiej jakości obrazu i urywanych scen z materiałem czarno-białym, lecz klarownym i w pięknej skali szarości. Twórcy filmu pozostawiają więc widza z uczuciem pewnego niedosytu; nie pozwalają mu zapomnieć, iż został oszukany, iż ma do czynienia z mistyfikacją. W skutku widz czuje się jak po zejściu z kolan Świętego Mikołaja - cieszy się z prezentu, lecz wspomnienie brody na gumce, znad której zerkały oczy wujka Stasia, wywołuje niesmak.

Zanim zdecydowałam się pójść na premierę, nie doczytałam w opisach filmu, iż został on zaklasyfikowany jako horror, czy video grozy. I całe szczęście, ponieważ na horror (czy video grozy) bym nie poszła. W czasie gdy „Grindhouse: Death Proof” jest raczej psychotycznym thrillerem. Silnym, ponieważ nigdy jeszcze żaden seans nie wywołał we mnie takich doznań fizycznych. Kiedy wychodziłam z kina, moje ciało zachowywało się tak, jakbym właśnie po karkołomnej przejażdżce wysiadła z wagonika roller-coastera. Lekko uginały się pode mną nogi i drżały mi dłonie - z podniecenia, nie ze strachu.

zebrana w kinie publiczność nagrodziła premierowy pokaz oklaskami i wiwatami. Ze swojej strony dodatkowo chylę czoła przed Vanessą Ferlito (filmowa Arlene) za jej lapdance dla Stuntman Mike'a (Kurt Russel). Będąc świadkiem takich scen chciałoby się stać mężczyzną i w miejsce doznań estetycznych poczuć erotyczny dreszczyk. Kiedy jednak w ostatniej scenie... Wtedy już się chcieć przestaje