otwierałem fabrykę czyli co to jest
Definicja: Wrocławiem, fabryki jeszcze nie było, lecz rosła jak na drożdżach. Kiedy kończyłem pracę.

Czy przydatne?

Co znaczy Jak otwierałem fabrykę LG, czyli Great Company Great People

Słownik: Kiedy rozpocząłem własną „ogromną” przygodę z azjatycką kulturą pracy w jednej z koreańskich przedsiębiorstw grupy LG budujących swą fabrykę pod Wrocławiem, fabryki jeszcze nie było, lecz rosła jak na drożdżach. Kiedy kończyłem pracę, okazało...
Definicja:

Kiedy rozpocząłem własną „ogromną” przygodę z azjatycką kulturą pracy w jednej z koreańskich spółek ekipy LG budujących swą fabrykę pod Wrocławiem, fabryki jeszcze nie było, lecz rosła jak na drożdżach. Kiedy kończyłem pracę, okazało się drożdże były trochę przeterminowane i przereklamowane.
MUSISZ Zwalczyć SWĄ SŁABOŚĆ
Jest piękna wiosna. Koniec kwietnia. „Odurzony” budzącą się do nowego życia przyrodą, składam papiery do LG. Nie wiem, co osiągnę zawodowo dlatego posunięciu i nie piszę w CV o jakiś swoich szczególnych osiągnięciach. Pracowałem już przedtem w międzynarodowych (europejskich) koncernach i na tym opieram swą „siłę ataku”. Po miesiącu dostaję zaproszenie na spotkanie.
Nigdy mnie miałem takiej rozmowy kwalifikacyjnej. Rozmowa jest oczywiście po angielsku, ponieważ koreańskiego nie znam. Przepytujący mnie Koreańczyk ciągle marudzi, iż w sumie nie umiem tego, nie znam się na tym, nie mam doświadczenia tu i iż generalnie muszę zwalczyć własną słabość. A ja, z później cieknącym po twarzy, bredzę niczym nawiedzony kaznodzieja, jak to wspaniale było aby rozwijać własną karierę w ogromnym koncernie LG i poznawać nowe wspaniałe technologie. Gdzie ktoś, kto nawet nic nie umie, zrobi coś, o czym się dowie cały świat. Itd., itd....
- Musisz pracować dwa razy ciężej, tak aby dojść do takiego poziomu jak ja. - stwierdza z satysfakcją na końcu spotkania mój skośnooki rozmówca. – I musisz zwalczyć własną słabość – podkreśla po raz następny.
Rzeczywiście mi słabo. lecz to chyba sukces braku wentylacji w pokoju przesłuchań. By zakończyć jego męczarnie powiązane z moją osobą, rzucam na koniec rozmowy odpowiednio wysoką kwotę zarobków, którą oczekuję od spółki.
- Czy jest ona do negocjowania? – zadaje pytanie towarzysząca nam pani z działu zwanego szumnie HR.
- Zawsze można spróbować – odpowiadam.
Z przebiegu rozmowy wysnuwam jednak jeden wniosek. Nic z tego nie będzie. Jakież jest moje zdziwienie, gdy parę dni później dostaję telefon, iż jestem przyjęty.
JAK ZOSTAĆ SZPIEGIEM
Dzień pierwszy. Stawiam się do pracy w tymczasowym biurze przy ulicy Kościuszki. Niewiele miejsca. Pracownicy ściśnięci jak śledzie przy ogromnych biurkach. Zaduch, ponieważ lato mamy w pełni. Jestem w dziale jakości. Spory stół, kilka komputerów i jeden wentylator. Moim szefem zostaje ten sam Koreańczyk od pokonywania słabości. To Mister S. - guru od jakości telewizorów w naszej spółce. „Mister” tak zwracamy się do wszystkich Koreańczyków. Nie istotne czy menadżer, czy zwyczajny monter. Nie ma czasu na zapoznanie się z biurem, ponieważ dowiaduję się, iż za pięć dni jadę na miesięczne szkolenie do Korei. Oczywiście, nie było o tym mowy na rozmowie kwalifikacyjnej, ponieważ przecież byłem osłabiony własną słabością do pokonania.
Poznaję pierwszą tajemnicę sukcesu Koreańczyków. Działać z zaskoczenia. Taki mały wyjazd w delegację zagraniczną. Prawie jak z Wrocławia do Pragi. Tyle iż prawie robi różnicę. Rozpoczynam gorączkowe przygotowania, by zdążyć na czas. Zmieniam plany, które miałem jeszcze dzień temu. Odwołuję wizytę na ślubie kolegi. Najwyżej nie będzie świadka.
- Musisz zwalczyć własną słabość. Dowiedzieć się jak najwięcej o kontroli jakości i przywieźć tutaj tę wiedzę i wdrożyć ją – poucza mnie Mister S.
rozpoczyna to być nieco podejrzane. Czyżby nasi azjatyccy wybawiciele oprócz walizki pieniędzy na inwestycję pod Wrocławiem nie przywieźli z Korei nic więcej?
Z tym zdobywaniem wiedzy jest mały problem. Np. koledzy którzy w ramach szkoleń jeżdżą do Mławy (tam powstała pierwsza fabryka LG w Polsce), muszą zachowywać się jak szpiedzy przemysłowi.
- Musiałem wprost wykradać dokumentację techniczną i robić zdjęcia z ukrycia, tak aby mieć żadne materiały do pracy – opowiada Karol starszy inż., który siedzi najdłużej w dziale i usiłuje coś utworzyć z chaosu dokumentacji pełnej koreańskich literek-krzaczków, którą zdobył z narażeniem życia.
TUŃCZYK Z FRYTKAMI NA OBIAD
Niestety w ferworze przygotowań okazuje się, iż mój paszport stracił ważność. Ostatnio używam głównie dowodu osobistego do podróży po Europie. Więc jednak nie pojadę. Po tym co usłyszałem później od „szczęśliwych” uczestników szkolenia, nie wiem czy żałować, czy nie.
- Nocne marszobiegi, dziesięciogodzinna robota na taśmie produkcyjnej i owocne spotkania z koreańskim specjalistami, którzy prawie nie mówią po angielsku, tylko umieją pokazywać na migi – wylicza Karol.
- I każdego dnia tuńczyk z zimnymi frytkami na obiad – dodaje inny żywy uczestnik szkolenia.
- Dobrze, iż robiłem zdjęcia i kręciłem filmiki, ponieważ bym nie miał nic sensownego na temat produkcji – dorzuca inny.
Jeden z kolegów dodatkowo wraca z tropikalną chorobą. Zawsze jakaś pamiątka z dalekiej wyprawy. Biedak nie zdążył się przed wyjazdem się zaszczepić. Zresztą podobno szczepionka zadziałaby dopiero po miesiącu od szczepienia. Od kolegów się także dowiaduję, iż nie widzieli w Korei biur turystycznych. Przeciętny Koreańczyk ma cztery dni urlopu po dwudziestu latach pracy. Jedyna podróż poza miejsce pracy to wyjazd w delegację. Nawet koreańskie dzieci od małego są wychowywane w kulcie nieustannej pracy. Na wakacjach chodzą każdego dnia na kursy i od rana do wieczora douczają się, by otrzymać się później do jak najlepszej uczelni.
WYSIADYWANIE JAJEK A więc NAGDODZINY
Tak więc poznaję drugą tajemnicę sukcesu Koreańczyków. Skoro nie można za długo włóczyć się turystycznie po państwie i świecie, to należy długo pracować. Od rana do wieczora. Cóż z tego, iż nieefektywnie. Zasypiający nad laptopem z niewyspania Koreańczyk najpierw dziwi, później tylko rozbawia.
Ja akurat trafiam do działu, który najdłużej „wysiaduje jajka”, jak to ja nazywam. Godzina wyjścia z pracy koło 20.00 to standard. Gdy ktoś próbuje się zerwać punktualnie o 17.00, gasi go groźne spojrzenie naszego Mistera S. Zawsze się znajdzie coś, co nie zdążyło się zrobić dzisiaj. I pewnie nie zdąży się jutro. Oprócz tego najlepiej pracuje się popołudniu. Zresztą skoro On - Szef siedzi, reszta także będzie. Sprawiedliwość musi być na tym świecie, a słabość pokonana.
fundamentem wszystkiego jest codzienny raport do Szefa i komputerowa prezentacja w Power Poincie. Nie zrobiłeś raportu, nie wychodzisz. Mógłby to być nawet raport z nicnierobienia. Byle aby był. Po miesiącu Zdzisiek z którym tworzymy grupę tak zwany junior supervisorów, rezygnuje z kursów języka angielskiego po pracy, a na które zapisał się w ramach ambitnego doszkalania.
- To bez sensu. Byłem tylko raz – opowiada zrezygnowany. – Nie mam kiedy pójść, ponieważ wciąż jestem tutaj.
Zdzisiek zostaje naszym pierwszym rekordzistą i wkrótce niejednym. W ciągu miesiąca ma 168 nadgodzin, a wolną sobotę zna już tylko z opowiadań żony. Musi sobie wrzucić na tapetę zdjęcie swojej małej córeczki na biurku, ponieważ nie długo zapomni jak ona wygląda.
O PRACY MUSISZ ŚNIĆ W NOCY
Mister S. mówi mi, iż o pracy należy myśleć nawet w czasie snu. On tak robi. Dlatego jest 200% specjalistą i profesjonalistą.
- A mnie w nocy to śnią się laski w bikini i jestem szczęśliwy – żartuję sobie.
Poznaję trzecią tajemnicę sukcesu Koreańczyków. Brak poczucia humoru w pracy. Mister S. patrzy na mnie ciężkim wzrokiem i zadaje mi pytanie.
- Twoja żona ma wypadek lub ciężko choruje i ląduje w szpitalu. Tym masz istotne spotkanie z klientem, od którego zależy istotny kontrakt dla spółki. Co wybierasz? Zostajesz w pracy, czy jedziesz do szpitala?
gdyż uwielbiam tego typu niemądre i naiwne pytania, odpowiadam bez namysłu:
- Oczywiście, iż przychodzę do pracy i negocjuję istotny kontrakt.
- Nie kochasz swojej żony i rodziny? – pyta się Mister S.
- Nienawidzę swojej rodziny – odpowiadam szczerząc zęby słodkim w uśmiechu i spoglądam na dziury w skarpetkach, które Mister S. prezentuje wietrząc stopę na stole. Pewnie jego nienawidzi swoja żona.
Następnie poprzez dziesięć godz. usiłujemy zaplanować ustawienie mebli w naszym przyszłym fabrycznym biurze. Przesunięcie biurka o 10 centymetrów wiąże z kilkunastominutowym uzasadnianiem szefowi „A dlaczego i po co”. Na końcu kłócimy się o to, czy wszyscy mają mieć krzesła. Jak będą mogli sobie za wygodnie posiedzieć, to nie będą doglądać produkcji na linii. Krzesła będą tylko dla wybranych.
A budowa fabryki idzie topornie. Są opóźnienia. Przerażeni perspektywą wizytacji z centrali Koreańczycy z jednej z fabryk w okolicy przyszłej naszej, wysyłają od Korei zdjęcia gotowego zakładu. Skąd my to znamy? Z niecierpliwością czekam na malowanie trawy na zielono. Mister S. stwierdza, iż nie chce mnie mieć w swoich telewizorach i ląduję w lodówkach.
GREAT COMPANY, GREAT PEOPLE
Trafiam do działu lodówek wraz z Arkiem, również niechcianym w telewizorach. Arek zadawał zbyt wiele pytań. Okazuje się, iż 200% profesjonaliści tego nie lubią. A może nie umieją odpowiedzieć na zbyt trudne pytania? Tak więc Mister S. skazał za karę Arka na banicję. W lodówkach jest również wspomniany przedtem Zdzisiek. Junior Supervisor tak jak i ja. Nie bardzo wiemy, co to dla nas znaczy. Pracujemy bez zakresu obowiązków, aczkolwiek w umowie o pracę mamy, iż nasze wymagania są zapisane w załączniku. Którego oczywiście nie widzieliśmy na oczy. Wszystko jest tu trochę inne, ponieważ juniorzy są w naszej ekipie najstarsi wiekiem i stażem. Taki Maciek, który jest Engineerem i stoi nade mną w hierarchii, dyplom inżyniera dopiero obroni jesienią. lecz za to na pasku wypłaty ma napisane Energetyk. Zresztą to nie ważnie. Po co zakres obowiązków i tak się robi to, co Koreańczyk rozkaże. Maciek ze względu posiadania swojego samochodu i licencji kierowcy rajdowego jest zaopatrzeniowcem. Jeździ po okolicznych sklepach i przywozi materiały biurowe a później śrubki na budowę.
Generalnie w spółce dominują ludzie młodzi. Świeżo po studiach lub tak do trzydziestki. Mocną ekipę stanowią absolwenci Politechniki Opolskiej. Staram się odnaleźć „rodaków” z Politechniki Wrocławskiej. Jest ich zadziwiająco niewiele. Przykładowo taki Aleksander, również Engineer, przyjechał z Krakowa i kończył śląską AGH.
- Zwyczajnie dawali tu lepszą kasę więc się przeprowadziłem – twierdzi.
Radek, następny Engineer, wrócił z Wielkiej Brytanii, tak aby na własnej skórze sprawdzić, czy jest sedno wracać do Polski.
- Jest fajnie, ponieważ wiele młodych pracuje w spółce. I jest wesoło – nic go nie jest w stanie poruszyć po pracy w Anglii za barem. Nawet wtedy kiedy pod koniec roku zabraknie pieniędzy na firmową kawę i herbatę. A jak wiadomo mocna popołudniowa kawa to podstawa każdego „wysiadywania jajek”.
Arkowi wszystko jedno, ponieważ jest zaraz po studiach i liczy się doświadczenie, jakie tu zdobędzie. Po roku będzie się gdzieś zwijał. Może właśnie do Anglii. Zresztą temat wyniesienia się z LG do innej spółki wraca bardzo regularnie w rozmowach pracowników. Zastanawiam się czemu?
Nie samymi inżynierami i juniorami spółka żyje. Zaczynamy szukać ludzi do pracy na stanowiskach robotniczych, ponieważ ktoś musi wykonywać „brudną robotę” i doglądać tych lodówek. Dla niedoświadczonych w temacie jakości lodówek na zachętę: umowa na czas określony, pensja 1200zł brutto i sposobność dorobienia nadgodzinami w sobotę (a nawet i w nocy jak ktoś lubi). Ponadto perspektywa dojeżdżania zatłoczonym autobusem do Biskupic Podgórnych pod Wrocławiem, gdzie będzie stała nasza fabryka. I oczywiście sposobność uczestniczenia w rozwoju jednej z największych inwestycji w państwie. Tak więc zasiadam w komisji rekrutacyjnej w składzie ja i Zdzisiek i czekamy na tłumy walące do nas drzwiami i oknami. Na ścianach za naszym stołem dumne motto spółki GREAT COMPANY, GREAT PEOPLE. Niestety rekrutacja przebiega wyjątkowo opornie i pod dwóch miesiącach mamy ledwie połowę potrzebnych pracowników. Za to mam okazję poznać wielu ciekawych ludzi z całego Dolnego Śląska.
NOWY SZEF Z AWANSU
W Korei mają ciekawy mechanizm tworzenia tak zwany ścieżki kariery i awansowania. Trzeba popracować w różnych działach, by zrozumieć całość działalności spółki i by później móc zostać na przykład menadżerem. Tym metodą z działu informatycznego można wskoczyć do magazynu, z działu przygotowania produkcji do działu zakupów, a z działu personalnego mogą cię rzucić na produkcję. Wszystko wydaje się proste i nawet logiczne. Do momentu kiedy do akcji wkracza koreański specjalista od pianowania lodówek i za jakiekolwiek skarby nie chce mu wyjść w Polsce taka sama izolacja pianowa lodówki, jak u siebie w domu.
- Może poprzez pomyłkę przysłali go tu z tej spółki, która produkuje pastę do zębów – nabijamy się po cichu. ponieważ spółka LG produkuje w Korei nie wszystko. Od jedzenia, poprzez chemię do elektroniki.
w czasie gdy my czekamy na naszego nowego szefa, który w ramach awansu ma przyjechać z Korei.
- Może będzie normalny – ma nadzieję Zdzisiek.
- Gorzej być już nie może – dorzuca Arek.
- Wiecie czy się różni pesymista od optymisty? – pytam chłopaków. – Pesymista powie, iż gorzej być nie może. Optymista, iż: może, może.
Wreszcie przyjeżdża Mister A. - nasz nowy szef. Rozkłada na stole obowiązkowego służbowego laptopa i... poprzez pierwszy miesiąc jest raczej zagubiony w tym co robi i z kim, tak więc wychodzimy z pracy przedtem a więc normalnie. Chłopaki od Mistera S. patrzą na nas z zazdrością. Dodatkowo nasz nowy szef bardziej jest zaaferowany zakupem Volkswagena Passata dla siebie i drugiego dla swojej żony, wyborem i urządzeniem domu i zrozumieniem zasad promocji w ramach której otrzymał własną złotą kartę kredytową. Niestety później dostaje się pod wpływ Mistera S. i >rozpoczyna napawać się swoim awansem. a więc zarządzać. Znów >rozpoczyna się coraz dłuższe ”wysiadywanie jajek”.
PRZEPROWADZKA a więc W BŁOTACH BISKUPIC
Fabryka nie jest jeszcze gotowa, lecz pod koniec sierpnia zapada decyzja. Przeprowadzka do Biskupic Podgórnych. ponieważ mieliśmy być w fabryce terminowo, więc będziemy wedle planem. Tak zarządza prezes. Fabryki jeszcze nie ma, więc tymczasowo zamieszkujemy w kontenerach, których wynajęcie kosztuje drożej niż naszych dotychczasowych biur w centrum Wrocławia. Tu będziemy przyjmować potencjalnych kandydatów na pracowników i naszych kooperantów. Kiedy jest sucho wszystko pokrywa się kurzem i czujemy się jak szczury pustyni. Kiedy spada deszcz, błoto jest wszędzie. Nawet na stołach. A iż więcej pada niż jest sucho, porzucamy eleganckie stroje na rzecz ubrań roboczych. Dodatkowe wyposażenie – gumiaki. Ci którzy dojeżdżają samochodami załamują ręce. Warstwa błota na lakierze jest grubsza od samego lakieru. A i koło można zgubić na tym poligonie budowlanym. Zbieramy się w grupę i wspólnie dojeżdżamy zdezelowanym Renault jednego z kolegów z działu Blue Ocean.
Blue Ocean to dział mający wspierać nas w pracy własną propagandą sukcesu. a więc wmawiać, iż jest inaczej niż nasze oczy widzą, a uszy słyszą. Będą mieli dużo pracy. Na zdjęciach zrobionych w Korei widziałem umieszczone w halach tablice z napisami typu ”FUN TO WORK”. Nareszcie wieszanie haseł zachwalających pracę, ma długą tradycję. Mają być także kamery do podglądu pracy. Wieżyczek strażniczych nie przewidziano.
DZIESIĘCIOPROCENTOWY inż.
Dzięki olbrzymiemu wysiłkowi pod koniec września rusza produkcja telewizorów. U nas jest z tym problem. ponieważ, po pierwsze telewizor złożona jest z kilkudziesięciu części, a lodówka z kilkuset. Po drugie poddostawcy części na bazie koreańskich rysunków technicznych wykonują coś, co w ogóle nie da się wykorzystać. I tu się trudno dziwić. Zdzisiek odpowiedzialny za rysunki sam ledwie co rozpoznaje, co na nich jest.
- To jakieś chore jest – denerwuje się Zdzisiek, który całymi dniami usiłuje zapanować na dokumentacją i zrozumieć, co jest zatwierdzone poprzez Koreańczyków, a co nie. I co to znaczy....
A wreszcie, po trzecie, wciąż opóźnia się budowa naszej fabryki lodówek. Za to tworzymy mnóstwo prezentacji, na których pokazujemy, jak wkrótce będzie pięknie. Na razie więc wyręczamy w pracy dział Blue Ocean, który i tak nie ma gdzie powiesić swoich tablic. Z tym prezentacjami chodzimy do prezesa. Prezes jak to prezes. U Koreańczyków wzbudza respekt i nie jest nigdy zadowolony. I na bonus wiele krzyczy. Kiedy idziemy na prezentację, nasz szef zachowuje się jak przerażone zwierzę, które wpadło w śmiertelną pułapkę i wie, iż jego koniec będzie bliski. Na jednej z prezentacji, Aleksander po dwóch dniach owocnej dwunastogodzinnej pracy i wykonania kawałka ciężkiej i żmudnej roboty, słyszy od niezadowolonego prezesa:
- Jesteś 10% procentowym inżynierem! Kto pracuje w tym dziale? Musisz zwalczyć własną słabość! – docenia wysiłek, lata edukacji i doświadczenie zawodowe Aleksandra.
Nie mam za wiele okazji do kontaktu z prezesem, lecz nie żałuję. Podobno mówi po angielsku, z tym, iż ja go nie jestem w stanie zrozumieć. I tak jest z 90 procentami Koreańczyków, z którymi mam do czynienia.
NG Oznacza NIE
by wspomóc nas w pracach z Korei przyjeżdża następny Mister S. dlatego nasz zasób słownictwa technicznego wzbogaca się o nowe wyraz - NG. To skrót od angielskiego „negative”. Tak mówimy na coś, co jest nie dobre. Trzy miesiące później pola odstawcze, gdzie składuje się części nie spełniające naszych wymogów, zajmują prawie pół fabryki. NG, NG, NG.
W telewizorach wybucha pierwszy bunt niezadowolonych z pensji pracowników. I ze źle obliczonych nadgodzin i z tak zwany azjatyckiej kultury pracy. Pracownicy liniowi demonstracyjnie opuszczają obligatoryjne nadgodziny. Kończy się przyjaźń polska-koreańska. O ile kiedykolwiek była. Ktoś daje w pysk jednemu Koreańczykowi za to, iż zbyt nachalnie szarpał go za rękaw w pracy w niedzielę z rana. także bym jakiemuś dał. Pojawią się pierwsze pró aby założenia związków zawodowych. lecz za to można od razu wylecieć – zapowiada prezes.
- Jeszcze z pół roku i spadam stąd – rozmarza Arek i jak przewarzająca część w naszym dziale w wolnej chwili przegląda w Internecie portale typu pracuj.pl.
- 10 procentowy inż. – nie może przeżyć zniewagi Aleksander.- Pierdolę i nie zostaję po godzinach. Niech sami sobie robią.
Tak łatwo to się nie uda. Nasz szef stosuje sprytną taktykę. Kiedy z rana ktoś zadaje mu zbyt trudne pytanie z cyklu „Co mamy robić z tym albo tamtym”, znika na parę godz., zostawiając nas samych z problemem. I jakoś tak dziwnie pojawia się dopiero o godzinie 16.00, kiedy wszyscy chcą wyjść do domu.
- Aleksander dokąd idziesz? Gdzie jest nowa prezentacja i raport? – zadaje pytanie i wszystko jest jasne. I tak jest dzień w dzień.
Wszechobecne błoto i codzienny zimny deszcz w twarz zaczynają mnie coraz bardziej wkurzać. Przemykam po pracy do domu, tak ; aby nikt mnie nie zauważył, jak wracam ubłocony od stóp do głów. Na szczęście dzień jest coraz krótszy, więc powracam taki ubłocony po zmroku. Z takim wyglądem mógłbym się położyć z puszką w przejściu na Świdnickiej i bezstresowo dorobić sobie do pensji.
PORZĄDEK MUSI BYĆ
Od początku pobytu na budowie wciąż sprzątamy. Z rana biegamy po niedokończonej hali i pucujemy miotłami posadzkę, którą zaraz później zabrudzają budowlańcy. Gdy nie mamy kasków ochronnych, goni nas inspekcja BHP. Gdy wracamy do kontenera, z powrotem na halę gonią nas Koreańczycy.
- Najwyżej zapłacimy karę. Mamy kasę – Mister A. mam na to radę.
Dziewczyny z linii produkcyjnych sprzątają tak cały dzień, ponieważ nie mają jeszcze za bardzo co montować. Kiedy temperatura w hali spada poniżej 15 stopni to zajęcie ma nawet sedno. Co najmniej rozgrzać się można. Zmieniam się powoli w zarządcę mioteł, których brak dotkliwie odczuwamy, ponieważ wszyscy je sobie nawzajem podkradają.
Czara goryczy się przelewa się, gdy nasz dział ma co piątek sprzątać niedopalone pety i inne śmiecie wokół kontenera. Dusza inżyniera gotuje się nam z wściekłości. Stwierdzamy stanowczo, iż nie będziemy sprzątać.
- To skutkuje większe zrozumienie filozofii pracy w spółce, integrację z jej wartościami, jakimi są czystość i porządek – przekonuje Mister A. i sam dla przykładu >rozpoczyna wybierać niedopałki z błota.
- To niech zatrudniona na etacie sprzątaczka, zasiądzie w międzyczasie na moim komputerze i zrobi odpowiednie prezentacje, żebym nie musiał siedzieć po godzinach. Może nawet szybciej uruchomimy produkcję. – akurat nie palę i nie widzę powodu, dla którego mam po kimś sprzątać pety.
Jakoś nie przekonuje nas mętne tłumaczenie Mistera A., iż sprzątanie petów po prezesie i jego pobratymcach, skutkuje większe zrozumienie filozofii spółki. Ostentacyjnie wracamy do baraku. A ja zastanawiam się na stanowiskiem sprzątacza w Londynie. Z takim doświadczeniem zrobiłbym tam karierę. I te zarobki. Zastanawiam się także, ilu Polaków skusi się na powrót do Polski z takiej Wielkiej Brytanii w ramach akcji promocyjnej „Wracajcie do Wrocławia. Jest robota”.
BOB BUDOWNICZY RAZY PIĘĆ
Wraz Maćkiem dostaję ambitne nadzorowanie budowy komory klimatycznej, w której będziemy męczyć nasze lodówki, tak > by wytrzymywały ekstremalne warunki temperaturowe. Od minus trzydziestu do plus czterdziestu stopni.
Budowę komory zaczynamy oczywiście od sprzątania i umycia podłogi. Z Korei przyjeżdża pięciu specjalistów do spraw budowy komór i jeden kontener, w którym mają wszystko. Od śrubki do młotka. Od latarki do suwmiarki. Od kleju do rozpuszczalnika. Oczywiście żaden z nich nie mówi po angielsku, dlatego staramy się nie przeszkadzać im w pracy. Zamiana myśli technicznej ogranicza się do prostej konwersacji:
- OK? –
- OK! –
- Good? –
- NG! –
- Why?-
- OK! -
Za to na polecenie szefa robimy wiele zdjęć, > by się jak najwięcej nauczyć. Nie za bardzo rozumiem czemu, ponieważ przecież mamy składać i testować lodówki, a nie montować komory. lecz tu w LG z szefem się nie dyskutuje.
Kiedy eksperci do spraw komór zakładają własne kaski i chwytają za dziwaczne koreańskie piło-wyrzynarki skrzyżowane z siekierami, przypominają pięciu Bobów Budowniczych. Kiedy po złożeniu połowy komory okazuje się, iż ściany nie pasują, ponieważ złożyli je odwrotnie, przypominają nam Sąsiadów z słynnej czeskiej animacji. I tak zostaje do końca. Wspólna burza mózgów i radosna improwizacja. Po tygodniu >rozpoczyna brakować śrubek i trzeba uzupełniać ich zapasy w Castoramie czy innym OBI. Po dwóch tygodniach okazuje się, iż eksperci zostaną dłużej, ponieważ muszą dostarczyć z Korei nowe urządzenia i przedmioty, które popsuły się w trakcie instalacji. I tak mamy lepiej. Na hali w okolicy gigantyczne urządzenie do pianowania izolacji lodówek montują Włosi. Bordello bum, bum.
CHORA KOMORA I MYSZY
Wreszcie po wielu bojach uruchamiamy komorę. Podłączamy wysokie napięcie, uruchamiamy pompy z substancją chłodzącą. Nikt z działu utrzymania ruchu nie chce się przyznać do tego urządzenia. Zamiast odbioru technicznego nowego urządzenia, Koreańczycy rozstawiają ołtarzyk ze świnią i polewając alkoholem dokonują tradycyjnego błogosławieństwa pomyślności, tak > by komora szczęśliwie działała. BHP na całego. eksperci-Sąsiedzi zabierają dokumentację techniczną i zmykają do domu. Zostajemy sami z tym tajemniczym urządzeniem. A >>> w czasie gdy komora ma działać 24 godziny na dobę poprzez cały tydzień, więc Maciek ma poważne wątpliwości, czy obroni w tym roku dyplom inżyniera. A ja mam poważnie wątpliwości, czy przeżyję obsługę tego urządzenia. I czy nie pójdę siedzieć, jeżeli komuś niechcący coś się stanie na nocnej zmianie. Kiedy dwa tygodnie później z komory >rozpoczyna coś cieknąć, a szafa sterownicza delikatnie pieści prądem przy nieostrożnym dotknięciu, wątpliwość przeradza się w pewność.
- Jakiś porządny lekarz powinien zajrzeć do naszej komory i ją wyleczyć – stwierdzam.
- I przydałby się jeszcze kot, ponieważ myszy tu jest więcej niż wyprodukowanych lodówek. Jak z głodu zaczną przegryzać przewody, będzie afera – słusznie zauważa Maciek.
Za to Sławek, nasz nowozatrudniony inspektor do spraw kontroli jest szczęśliwy.
- Będę miał darmowe żarcie dla węża, którego hoduję – i zastawia pułapkę, przy ścianie komory.
ABSOLUTNY TOP 5
Niespodziewanie odwiedza nas sam szczyt managementu LG. Członek zarządu z pierwszej piątki spółki. Jeden z tych, którzy rzadko wychodzą ze swojego 100 piętrowego biurowca LG w Korei. A dokładniej z ostatniego piętra, gdzie zwyczajny śmiertelnik nie ma prawa wstępu. Chciałoby się wręcz rzec, iż to sam „bóg” zstąpił z niebios i zaszczycił nas są obecnością. Wizyta „boga” jest ściśle sekretna. Ktoś mógłby zrobić jemu krzywdę w ramach wyrażania swoich uczuć religijnych. Sam „bóg” ma na oko ok. metr pięćdziesiąt wzrostu, antybłotne worki foliowe na stopach i dwa gumiaki nie od pary. W dodatku oba lewe. Podobno takie otrzymał w Castoramie czy innym OBI. Z dumą pokazujemy naszą komorę. „Bóg” z szerokim uśmiechem podchodzi do komory i dotyka klamki od drzwi wejściowych.
- OK – słyszymy jego głos.
- OK - potwierdzamy z dumą, aczkolwiek to nieprawda.
Mamy następne błogosławieństwo. Odpływam ze szczęścia. poprzez chwilę byłem tak blisko świat wielkiego międzynarodowego biznesu. Będę jeszcze opowiadał o tym dzieciom, jak nie zginę porażony prądem. lub porażony po wypłacie, z której właściwym wyliczeniem ciągle są problemy, co skutkuje dalsze niepokoje wśród załogi spółki. Kiedy zapada decyzja o nowej inwestycji TOSHIBY w okolicy naszej fabryki, sporo osób z produkcji zapowiada, iż się tam przeniesie, licząc na lepszą kasę.
- Całe szczęście, iż gościu nie dotknął szafy sterowniczej. lecz byłaby afera, gdyby go pierdolnęło – mówi pan Zenek, który trzaska u nas drzwiami. – Niemcy to budowali komory – dodaje zaraz ze znawstwem tematu.
KOREAŃCZYK także CZŁOWIEK
Pan Zenek to ewenement. Zgodził się potrzaskać 100 tys. razy drzwiami próbnie wyprodukowanej serii lodówek w ramach testowania ich wytrzymałości. W Korei jest do tego specjalnie drogie urządzenie. W Polsce mamy specjalnego tymczasowego taniego pracownika tak zwany czasownika. Pan Zenek ma ok. 50 lat, obraca się w szemranym towarzystwie i czas nam umila swymi opowieściami z innego świata.
W przerwach dowiadujemy się od niego, jak to Koreańczycy latają po wrocławskich agencjach towarzyskich, dzięki czemu lokalny seks interes przeżywa drugi koreański boom inwestycyjny. Co najmniej ktoś na tym zarobi. Atena czy Lajtmotiw to miejsce obowiązkowych licznych azjatyckich pielgrzymek. Zaraz na drugim miejscu po wizycie w Oświęcimiu.
- Skośnooki także człowiek. Po stresie w pracy musi zaruchać – filozoficznie stwierdza pan Zenek i trzaska następny tys. jedną ręką. Ma chłop zdrowie.
- Jak akurat nie mam baby, to wiele ćwiczę w samotności – tłumaczy puszczając oko.
Dwa dni później przy okazji firmowego wyjścia na piwo dowiaduję się więcej na temat znaczenia agencji w życiu Koreańczyka na obczyźnie.
- Żony są do rodzenia dzieci i sprzątania – tłumaczy po wypiciu jednego piwa Mister S. I chwiejnym krokiem podąża do ubikacji. Muszę mu pomóc, tak aby się nie wywrócił.
I CO JA ROBIĘ TU?
Wizytacja top managementu przyprawia Koreańczyków o palpitację serca. Nasz prezes z tej okazji idzie do fryzjera i farbuje siwe włosy na czarno. Mordercze prezentacje wykańczają ostatnich twardzieli. A im bliżej uruchomienia linii montażowej, dyrektor produkcji Mister K. zachowuje się jak oszalały jeleń w trakcie rui. Wydaje dziwne ryki i co chwilę pokrzykuje na swoich inż.ów. później wpada na halę i dewastuje wstępnie zmontowaną lodówkę ma oczach osłupiałych pracowników myjących linię produkcyjną.
Nie mam czasu na dalsze oglądanie postępów w przygotowaniu produkcji, ponieważ przyjeżdża do nas następny Koreańczyk, > by nauczyć nas obsługi komory. Ze swą misją bywał tu i ówdzie. W Chinach, w Meksyku. Oznacza się światowiec pełną gęba.
- Macie się od niego jak najwięcej nauczyć – grozi nas szef Mister A. – On wyjedzie po miesiącu. I jak po tym czasie nie będziecie wiedzieli jak wykonywać wszystkie testy, to...
Aluzją zostaje zrozumiana. Mister P. ma długoletnie doświadczenie i bogatą wiedzę w temacie komór i oczywiście ledwie co mówi po angielsku. Kiedy jednak wyjmuje materiały szkoleniowe po hiszpańsku, załamuję się, a Maciek wydaje z siebie się nerwowy chichot. Chichot ten od jakiegoś czasu pojawia się coraz częściej. Mamy jeszcze materiały tłumaczone z koreańskiego na nieco bardziej zrozumiały koreański-angielski, lecz nie poprawia nam to zbyt samopoczucia. Dodatkowo, w ramach przygotowań do produkcji i z braku rąk do pracy, zostajemy rzuceni do magazynu, gdzie w pocie czoła montujemy podzespoły, z których mają powstawać lodówki.
- Koreańczycy chcieliby przenieść wolne w Boże Narodzenie na marzec, ponieważ koliduje z ich ambitnymi planami produkcyjnymi – szepce mi do ucha Arek, szukając brakujących uszczelek. - Serio, tak słyszałem. Podobno w marcu mają jakieś własne święta i dla ich wygody można ; aby je połączyć z naszymi.
- To oni mają jakieś święta? – dziwię się. Przypominam sobie olbrzymie zdumienie Mistera A., gdy usłyszał, iż mamy w Polsce po dwadzieścia dni urlopu i kilka długich weekendów w roku.
JAKOŚ(Ć) TO BĘDZIE
nareszcie postanawiam jednak wrócić z Azji do Europy. Miesiąc później przypadkiem spotykam kolegę, który dalej pracuje w LG.
- Jaja jak berty. Twój następca wytrzymał dwa tygodnie. Aleksander, który odpowiada za kontrolę wyjściową, zatrzymuje wszystkie wyprodukowane lodówki, ponieważ nie spełniają norm jakościowych. Mister A. ze strachu przed prezesem, iż nie wyprodukowano nic dobrego dla klientów i tak wszystko puszcza na sprzedaż. A zaraz później wszystkie lodówki wracają z reklamacją. Cyrk chłopie.
Wszystkie lodówki z podwrocławskiego LG mają iść na eksport do Anglii. Mam nadzieję, iż żaden z naszych rodaków na brytyjskiej obczyźnie nie dorobił się na tyle, > by kupić tam taką lodówkę wartą ok. 7 tys. złotych. ponieważ jak zwracając ją do sklepu, dowiedzą się gdzie ją wyprodukowano, to nigdy nie wrócą do Polski.


IMIONA BOHATERÓW ZMIENIONO