kilka refleksji co to jest
Definicja: o sportowych dyscyplinach zespołowych w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem futbolu i.

Czy przydatne?

Co znaczy Kilka refleksji...

Słownik: ...o sportowych dyscyplinach zespołowych w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem futbolu i piłki ręcznej.
Definicja:

Zakończone tydzień temu mistrzostwa świata w piłce ręcznej wzbudziły w Polakach ogromne emocje. Raz jeszcze potwierdziła się stara zasada, iż jako kibice, bylibyśmy w stanie zakochać się nawet w curlingu, czy hokeju na rolkach, gdyby tylko nasi chłopcy odnosili w takich dyscyplinach sukcesy. A przecież, gdy w połowie stycznia rozpoczynał się światowy czempionat szczypiornistów, dla większości z nas była to dyscyplina równie abstrakcyjna, jak te wymienione powyżej. Wspólnie z kolejnymi zwycięstwami siódemki Bogdana Wenty zwiększało się zainteresowanie publiczności, a coraz więcej osób poznawało zasady tej skądinąd bardzo ciekawej gry (włączając w to nawet komentatora Polsatu, którego postęp widoczny był z transmisji na transmisję) i oglądało ją z zainteresowaniem. Emocje sięgnęły zenitu, gdy musieliśmy mierzyć się z odwiecznymi rywalami zza miedzy – Rosją i Niemcami. Ponieważ sport w wydaniu reprezentacyjnym w okolicy emocji jak w najwyższym stopniu dobrych, wyzwala także te nieco mniej szlachetne. Historyczne zaszłości, niekorzystne stereotypy sprawiają, iż dla polskiego kibica nie ma większej satysfakcji niż to, iż nasi chłopcy dokopią „kacapom”, czy zmiotą w pył „szwabów”. W szczególności w razie tej drugiej, finałowej konfrontacji własne zrobiły media odpowiednio podbijając bębenek. Bulwarówka „Bild” nazwała polskich piłkarzy „brutalami”, wieść o krytycznym artykule (który w rzeczywistości oprócz tego jednym nietrafionym sformułowaniem był dla Polaków dość pochlebny) szybko przedostała się nad Wisłę wywołując ogromną burzę. W odpowiedzi dała o sobie znać ułańska fantazja polskich internautów – gdy na kilku forach internetowych ktoś rzucił link do strony „Bilda” z ankietą, w której fani mieli głosować na to, kto wygra finał, wzięli sprawy w własne ręce. W ciągu trzech godz. rezultat z 70 do 30 proc. dla Niemców zamienił się w 97 do 3 na korzyść biało-czerwonych. A gdy doszły do nas wieści o problemach z zakupem biletów poprzez fanów z Polski, wojna była gotowa. Wojna, w której polscy szczypiorniści okazali się słabsi, co nie umniejsza jednak ich ogromnego sukcesu. Należy wierzyć, iż polska piłka ręczna zdoła zastosować pozytywną koniunkturę i odbić się od dna, to jednak sprawa na inny artykuł. Efekt Karola Bieleckiego i spółki, podobnie jak ostanie miesiące, tak owocne w sukcesy dla polskich dyscyplin drużynowych skłoniły mnie do wysnucia pewnych wniosków.


Po pierwsze...


Okazuje się, iż do odniesienia sukcesu niezbędny jest trener z zagranicy, człowiek z zewnątrz ze świeżym podejściem i nieszablonowymi sposobami przygotowania swych podopiecznych. Ponieważ aczkolwiek Bogdan Wenta jest rodowitym gdańszczaninem, wiedzę o trenerskim fachu zdobywał za granicą u boku najlepszych specjalistów. Jako gracz występował między innymi w słynnej Barcelonie, której pozycja w świecie piłki ręcznej jest zbliżona do futbolowego odpowiednika i w elitarnej Bundeslidze. Więc mimo że Polak, można go zaliczyć do trenerskich „stranieri”. A przecież jeszcze trzy miesiące temu cieszyliśmy się z japońskiego sukcesu naszych siatkarzy dowodzonych poprzez Argentyńczyka Lozano. W tyle nie pozostali futboliści, którzy pod koniec roku zanotowali zwyżkę formy. Już dawno polski zespół nie pokonał przecież w meczu o stawkę drużyny ze ścisłej światowej czołówki, a spora w tym zasługa Leo Benhakeera. W tej paradzie wiekopomnych zwycięstw nieco niezauważony, aczkolwiek równie ważny postęp zanotowali koszykarze. Pod wodzą Andreja Urlepa, charyzmatycznego szarlatana ze Słowenii przebrnęli poprzez eliminacje i po raz pierwszy od 10 lat zakwalifikowali się do Mistrzostw Europy, które we wrześniu odbędą się w Hiszpanii. Idąc dalej regułą obsadzenia obcokrajowca w roli trenera kadry, można się spodziewać renesansu wielkiej formy „złotek” i to niezależnie od tego, czy schedę w zespole siatkarek obejmie Massimo Bonita czy Allesandro Chiappini.


Po drugie...



wspólnie z sukcesami zagranicznych szkoleniowców należy odłożyć do lamusa tak zwany „polską szkołę trenerską”. Zapoczątkowały ją w latach siedemdziesiatych ogromne zwycięstwa naszych drużyn dowodzonych poprzez tak znakomitych fachowców jak Górski, Wagner, czy Piechniczek. Osiągane wyniki mówiły same za siebie: medale mistrzostw świata, olimpijskie laury, plejada znakomitych wychowanków. Lecz to było kiedyś. Wtedy najwspanialszym lekarstwem na każdy problem była dyscyplina i katorżnicza robota na treningach, która przynosiła efekty. Dziś, w dobie profesjonalizacji, to nie wystarczy. Współczesny trener musi być po trochu psychologiem, strategiem i mediatorem. Musi mieć zgrany sztab ludzi odpowiadających za najmniejsze detale, od odpowiedniej diety po odnowę biologiczną podopiecznych. Niestety, wielu polskich trenerów ciągle tkwi w przeświadczeniu, iż wystarczy, gdy sportowiec będzie na treningu wylewał siódme poty, a sukcesy same przyjdą. Zresztą, podpierając się odpowiednikiem futbolu – po raz ostatni polscy szkoleniowcy trenowali kluby z czołowych lig zagranicznych 15 lat temu. Henryk Kasperczak w Montpellier, a Zbigniew Boniek w AS Bari. Obaj zresztą raczej za zasługi w karierze piłkarskiej niż trenerski fach, obaj skończyli swą przygodę w takich klubach szybko ( w szczególności Boniek, który aczkolwiek był piłkarzem wybitnym, trenerem wręcz przeciwnie, o czym świadczy nawet, aby daleko nie szukać, jego ostatni epizod w roli trenera polskiej reprezentacji 4 lata temu). Niestety, o polskich szkoleniowcach pamięta się w tej chwili głównie na Czarnym Lądzie (wspomniany przedtem Kasperczak, który z sukcesami prowadził między innymi reprezentacje Senegalu, czy Tunezji i trenerski obieżyświat Wojciech Łazarek), czy równie egzotycznych państwach arabskich (Antoni Piechniczek pracujący swego czasu w ZEA) albo azjatyckich (Andrzej Strejlau w Chinach).


Po trzecie...



Z klęską polskich trenerów wiąże się także problem z wychowaniem dobrych zawodników, a mówiąc ściślej – marnowanie talentów. Jak to się dzieje, iż w wieku juniorskim nasi zawodnicy zdobywają laury w konfrontacji z rówieśnikami z innych państwoów, a gdy rozpoczynają zawodową karierę, zatrzymują albo niejednokrotnie cofają się w rozwoju? Przykładów mamy tu bez liku. Z reprezentacji U-16 Andrzeja Zamilskiego, która w 1993 zdobyła Mistrzostwo Europy Juniorów w piłce nożnej karierę ( lecz także nie taką, do jakiej predystynowały go wielkie możliwości) zrobił tylko Mirosław Szymkowiak. Pozostali członkowie złotej drużyny w najwspanialszym razie byli albo są ligowymi przeciętniakami (Szulik, Bledzewski) albo dramatycznie roztrwonili swój talent kończąc na boiskach w niższych ligach (kreowany kiedyś na następcę słynnego ojca Maciej Terlecki). Tak samo ma się kwestia z wicemistrzami Europy Michała Globisza w tej samej kategorii wiekowej z 1999 roku. Kilku ligowców, jeden Wojciech Łobodziński pukający nieśmiało do wrót reprezentacji (chociaż dziennie dzisiejszy traktowany raczej jako rezerwa z głębokiego zaplecza) i pierwsze przypadki świetnie zapowiadających się karier skończonych fiaskiem (Sebastian Mila, w przeszłości nawet kandydat na lidera reprezentacji, kilka tygodni temu wyrzucony z przeciętnej Austrii Wiedeń podpisał kontrakt z norweską Valereengą Oslo). A siatkarze? Złote pokolenie juniorów, które za Ireneusza Mazura zdobywało medale z najcenniejszych kruszców w kategorii juniorów aż do końca zeszłego roku stanowiło przecież przeciwieństwo złudnej nadziei i niewykorzystanej szansy. Powodów tego stanu rzeczy jest sporo. Z pewnością istotnym problemem był stres i presja, z którą sportowcy nie zawsze sobie radzą. Przecież nawet za czasów Lozano Polacy przegrywali mecze wygrane, jak na przykład w czerwcu 2005 ulegając w półfinale Ligi Światowej Serbom 2-3 mimo prowadzenia 2-0 w setach i 23-18 w trzeciej rozgrywce. Raz jeszcze powtórzę – trener musi być dobrym psychologiem, musi umieć dotrzeć do swoich zawodników i umiejętnie ich zmobilizować równocześnie sprawiając, iż przestaną im się trząść nogi. Inny mankament kryje się w samym systemie szkolenia młodzieży, który w Polsce od dawien dawna postawiony był na głowie. Zamiast żmudnego trenowania technicznego elementarza w szkoleniu juniorów główny nacisk kładzie się na siłę, prędkość i wytrzymałość. I w ten sposób naprawdę w wieku 16 lat nasze byczki będą lepsze od Włochów, czy Francuzów, jednak z upływem czasu zaniechania dokonane w młodym wieku będą odbijać się coraz większą czkawką. Nie dziwmy się więc, iż od lat czekamy na drugiego Lubańskiego, tymczasem Rooney, czy Owen debiutowali w reprezentacji Anglii mając 18-19 lat, od razu stanowiąc o sile tych drużyn. W szkoleniu na szczęście sporo wymienia się lepsze – powstają specjalistyczne szkółki piłkarskie, prężnie działają Szkoły Mistrzostwa Sportowego, a na efekty tych działań nie trzeba długo czekać. Najzdolniejsi piłkarze młodego pokolenia są wypatrywani i szkoleni w najlepszych klubach Europy, między innymi Chelsea, Arsenalu, czy nawet Realu Madryt (który do swej juniorskiej drużyny skaptował od razu 3 najzdolniejszych zawodników Wodzisławskiej Szkółki Piłkarskiej).


Po czwarte...


Oczywiście za ten stan rzeczy nie można obwiniać tylko trenerów. sporo zależy od mentalności samych zawodników, która regularnie pozostawia sporo do życzenia. Uderzająca do głowy sodówka, zachłyśnięcie nagłym sukcesem, minimalizm w zakładanych celach i osiadanie na (zwykle skromnych) laurach to główne grzechy zabijające niektóre znakomite jednostki. W światku futbolistów nie od dziś funkcjonuje powiedzenia „Kto pije, ten gra, kto nie pije, nie gra”. W ostatni poniedziałek Dziennik i Wyborcza niezależnie od siebie wydrukowały artykuły o Krzysztofie Baranie i Marku Szemońskim – dwóch piłkarzach z ogromnymi perspektywami, których kariera została zastopowana poprzez wódkę i rozrywkowy tryb życia. Patologia rozpoczyna się jednak już u najmłodszych. Dwa lata temu głośna była kwestia 19-letniego Łukasza Mierzejewskiego (członka wspomnianej przedtem drużyny juniorskiej Globisza), który oskarżony poprzez młodą Finkę o gwałt przesiedział kilka tygodni w więzieniu. Sprawę powiodło się wyjaśnić, ( lecz czy zgwałcił, czy sama mu dała nie jest problemem najważniejszym. Ważniejsze jest prowadzenie się młodych gwiazdek. Jednak w tym aspekcie również wymienia się bardzo sporo. Kluby, istniejące pod szyldem sportowych spółek akcyjnych coraz bardziej się profesjonalizują i tego samego wymagają od swoich podopiecznych. Podpisują z zawodnikiem kontrakt i wymagają dobrego prowadzenia się i odpowiednich wyników, w przeciwnym razie nie wahają się przed wyrzuceniem delikwenta na bruk. również sportowcy zdają się rozumieć, jak istotny jest odpowiedni tryb życia i ciężka robota, które mogą zaowocować choćby wyższym kontraktem i transferem do zagranicznego klubu. No właśnie...


Po piąte...



Obalony został także mit o szkodliwości zagranicznych wyjazdów polskich sportowców. Jeszcze w latach 90-tych, gdy jakiś piłkarz wybierał się na saksy, spokojnie można było postawić na nim krzyżyk. Winą za to można było w pewnym sensie obarczyć mentalność, jaką nasi zawodnicy wynieśli z czasów komunizmu. Wtedy wyjazdy do zagranicznych klubów były możliwe dopiero po trzydziestym roku życia i traktowane poprzez sportowców raczej jako okazja do odłożenia trochę grosza na emeryturę. Nierzadko także dobrze zapowiadający się sportowcy doznawali szoku widząc sumę kontraktu w nowym zagranicznym klubie kilkakrotnie większą niż w Polsce i w szoku tym trwali aż do całkowitego stracenia formy. Zresztą, gdy nawet Polacy wyjeżdżali za granicę, to do przeciętnych klubów, gdzie i tak najczęściej spełniali drugorzędne role. Od czasu transferów Zbigniewa Bońka do Juventusu i Józefa Młynarczyka do FC Porto można policzyć na palcach jednej ręki piłkarzy, którzy trafili do dobrych zespołów i naprawdę stanowili o ich sile ( między innymi Roman Kosecki w Atletico Madryt, Piotr Nowak w TSV Monachium, czy Andrzej Juskowiak w Sportingu Lizbona). Dziś jest na szczęście inaczej. Wyjazd zagraniczny jest poza okazją do uzyskania większych apanaży również szansą na sportowy awans, czy przeniesienie się do jeszcze lepszego klubu. Trzymając się piłkarskiego przykładu, futboliści coraz częściej lądują w dobrych klubach. Ireneusz Jeleń jest główną siłą ataku francuskiego Auxerre, a Tomasz Kuszczak zadomowił się w bramce Manchesteru United. Co kilka miesięcy w brytyjskiej prasie powracają spekulacje, iż Artur Boruc z Celticu Glasgow będzie następcą legendarnego Jensa Lehmanna w Arsenalu Londyn, a jeszcze kilka tygodni temu o Radosława Matusiaka z GKS Bełchatów biło się pół piłkarskiej Europy. W innych dyscyplinach jest zresztą podobnie. Szlak przetarli siatkarze – zaczęło się od braci Stelmach, a po nich coraz więcej reprezentantów państwie przenosiło się do najlepszej na świecie ligi włoskiej. Zdobywali tam doświadczenie i uczyli się nowych rzeczy, które w pełni zaprocentowały w czasie mistrzostw w Japonii. Nie inaczej jest z dwukrotnymi mistrzyniami Europy w siatkówce kobiet, które w większości postanowiły wyemigrować do najsilniejszych lig świata (Włochy, Rosja, Hiszpania). A piłkarze ręczni? Cała pierwsza siódemka kadry Bogdana Wenty ogrywa się w Bundeslidze, gra tam także kilku rezerwowych z tej drużyny, którzy uzupełnieni są o graczy z ligi polskiej. I Ci grający w Niemczech w ogóle nie są rezerwowami w podrzędnych klubikach, przeciwnie – stanowią o sile czołowych spółek, takich jak Flensburg, czy Magdeburg. Widać wielki postęp, jaki dały im występy na niemieckich parkietach w porównaniu do czasów polskiej ligi, której poziom jest mówiąc oględnie dość słaby.


Po szóste...



Zagraniczne wyjazdy mają także ten atut, iż sportowcy spotykają się z profesjonalnym podejściem do zawodu. Uczą się grać pod presją, rozładowywać stres, sami dbają o utrzymanie się w dobrej kondycji, ponieważ na ich miejsce w klubie czeka kolejka chętnych, głodnych sukcesu następców. Świetnie podsumował to trener Beenhaker mówiąc, iż poprzez tydzień zgrupowania nie jest w stanie uczynić, aby piłkarze skakali wyżej, biegali szybciej, czy kopali mocniej. Od tego jest codzienna harówka w klubach i on, jako trener musi im zaufać. Selekcjonerowi pozostaje więc nauczyć zawodników taktyki i odpowiednio zmobilizować, co jak się okazało, wychodzi Holendrowi całkiem zgrabnie.

Sukcesy polskich drużyn mają także jasne przełożenie na poziom tych dyscyplin w państwie. Powiększa się zainteresowanie nimi młodych ludzi, podnosi się także poziom rozgrywek ligowych. Dobrym odpowiednikiem jest koszykówka, która przeżywała nareszcie ubiegłego wieku prawdziwy boom i napływ ogromnych pieniędzy. Dzisiejszej zawodowej ligi nie musimy się wstydzić konfrontując ją z innymi państwami (gdyby tylko nie ta masa obcokrajowców blokujących szanse rozwoju polskim graczom). Podobnie jest z ekstraklasą siatkarzy, w której gra aktualnie przewarzająca część reprezentantów państwie. Powód jest prozaiczny – w Polsce można aktualnie zarobić kapitał porównywalne z najlepszymi drużynami w Europie, a zarazem znika problem bariery językowej i kulturowej. Mam nadzieję, iż tak samo stanie się z rozgrywkami szczypiornistów. W tej chwili liga jest całkowicie zapomniana, mecze rozgrywane są w obskurnych halach, a przewarzająca część drużyn nie ma pieniędzy na nic ponad fundamentalne potrzeby. Życzyłbym szczypiorniakowi podobnego boomu, jakie przeżyły już koszykówka i siatkówka. ( lecz to temat na zupełnie inny artykuł...