kapciem twarz co to jest
Definicja: Szkoła w krzywym zwierciadle i ze zdrowym dystansem słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Kapciem w twarz

Słownik: Szkoła w krzywym zwierciadle i ze zdrowym dystansem
Definicja:

Zatrważający bywa pierwszy dzień w nowej budzie, gdy nie ma się nic do zaoferowania poza sobą. Upakowany w świeżutki garnitur spod żelazka starej wybywam na Brzozową. W kieszeni czeka oczywiście Palmtop, odświeżacz do ust, zniewalająca moja bystrość i urok osobisty.
Zaczęło się niemiło. Autobus zdechł. Ufajdolony błotem od stóp do kolan wpadłem do klasy tuż po apelu, na szczęście nowy belfer jeszcze nie zaszedł w te strony, na nieszczęście – będzie nim dyrcio. To się pośmiejemy. Zanim walnąłem dobry tekst o dyrektorach i ich widzimisiach zrobił to blondas spod okna i zaraz otrzymał wyraźne upomnienie. Na sali siedział szpieg, a mianowicie córa wspomnianego dyrcia i łypała spod byka na wszystko, co ruszało się na jej oczach.
I oto jest Pan Dyrektor Jan Tomaszewski w żółtym, porażającym garniturze i czerwonych pantoflach. Takiego go sobie nie wyobrażałem, o nie.
- Dzień dobry, panie profesorze Janie Toamszewski – chórem, jak to na elitarne liceum przystało, westchnęliśmy, ponieważ na więcej dziesięciu osób nie stać.
- Oh no, children. My name is Thompson, John Thompsom. Usiądźcie! How do you z pewnością know, jestem waszym dyrektorem, wychowawcą i teacher.
- Lecz, panie dyrektorze – bumelant spod okna wyrwał, Oskar, jak dobrze pamiętam – przecież tu pisze, iż pan nazywa się Jan Tomaszewski.
- Jest napisane, głąbie – krzyknęła jakaś lalunia z tyłu, wyglądająca na dwanaście lat i podrapała się po głowie, targając przy tym własną spinkę w kształcie kucyka! Lecz tekst był dobry, wiec salę zalał śmiech, który zastygł poprzez łypnięcie córeczki dyrcia.
- O nie, children, to nie ma znaczenia, zwyczajnie is written. Teraz pozostaje mi wish you miłych lessons i of course pamiętajcie o czesnym.
- zwyczajnie money – jęknął Oskar, aż się zakrztusiłem od śmiechu, na szczęście nikt więcej nie zwrócił na niego uwagi...
Gdybym wtedy wiedział, iż jeszcze dwa dni do zawinięcia się z tej budy, może i bym ją już lubił, a tak polubiłem nieco za późno. Ciągle czekało na mnie pierwsze wyzwanie, siedem doskonale skomponowanych lekcji, skondensowana wiedza młodego człowieka o świecie, zapakowana w przystępnej formie w miłym towarzystwie nauczycieli od setek boleści.
Maraton zaczęliśmy polskimi. Fartem denka polonicy były na tyle cienkie, iż nie pozwalały jej dojrzeć naszej mimiki, poprzez co pierwszą lekcję przespałem, a na drugiej obudził mnie Oskar w dobry momencie.
- O nie, dzieci, nie będziemy się zajmować bzdurami na lekcjach. W tym roku zamierzam omówić, a wy, jak mniemam, zamierzacie przeczytać wyłącznie „Zbrodnie i karę”, a dla osłody „Dumę i uprzedzenie”, tak zgrabnie się komponują te tytuły. – Na te słowa jedyne, co mi przyszło do głowy – o czym ona do cholery gadała ostatnią godziną, skoro nie zamierza z nami nic omawiać?!
- A, psze pani, co z „Potopem”, ta powieść unosi na wyżyny patriotyzmu! – Trafnie zauważył Oskar.
- Ach, „Potop”, cóż tj. w obliczu zniewag padających z ust naszej drogiej młodzieży. Tak, dzieci. Lepiej zajmijcie się depilacją, ponieważ wasz patriotyzm nie jest wart nawet mojego westchnienia.
zakończyło się na patriotyzmie i braku ochoty na nowe wyzwania. Ta szkoła musi stać na czymś starym, co cuchnie i wżera się w mózgi teachers. Żaden normalny człowieka nie wmawiałby nam, iż Gombrowicz upraszcza nasze relacje osobiste z lustrem. Lecz około Przebrnąłem poprzez trzy lekcje, chwilę na kulturalny relax.
Od progu widać, iż sala prosta i na swój sposób wykwintna. Purpurowe ściany, obrazy w złotych ramach, drewniane stoły pięcioosobowe – tj. to. Tylko iż jakby znienacka wpadła ropucha w błyszczących, złotych trzewikach, szalach, cekinach i błyskotkach. Oskar tylko szepnął mi do ucha, iż damy radę, ponieważ on nie zamierza tu siedzieć dłużej niż tydzień, żadna szkoła go dłużej nie trzymała i niech rodzice mają znowu problem.
Lekko zdegustowany, odpowiedziałem „dzień dobry”, otworzyłem zeszyt i oto słyszymy myszkę spod ramienia córki dyrcia.
- Pani prof. Zofio Światopełk, ja, w imieniu naszego damskiego stolika, chcę Pani powiedzieć, iż bardzo cenimy sobie sztukę i z chęcią będziemy uczestniczyć w dodatkowych zajęciach – Na mojej twarzy rozlał się ironiczny uśmiech, ta sama drwina uniosła kąciki ust Oskara, pozostało jej tylko wylizać stopy Zosi, lecz Marysia nawet ich nie polizała. Co za dół.
- O, tak, drogie dziecko? A jak masz na imię i co za sztuka Cię szczególnie pasjonuje?
- Jestem Marysia Motek i lubię konie, nie mam konia, lecz mam kolekcję pony. – Teraz ironia nie była wskazana, ponieważ trzeba przyznać, iż nas droga koleżanka rozłożyła na łopatki. Zza łez dojrzałem tylko jak Dżela Thompsonówna ciągnie koleżankę za rękaw aby ta usiadła i nie zanudzała nas własną historią z życia wziętą. Zosia tylko chrząknęła i zaczęła swój elaborat.
- Wiem, iż stres i natłok edukacji nie pozwoli Wam w pełni słusznie interpretować sztuki, którą zamierzam Wam pokazać, dlatego pokazywać jej nie będę. Możemy sobie darować te zajęcia, jeśli oczywiście nie macie nic przeciwko.
- lecz, pani Zofio, jak zdobędziemy zaliczenie – odezwała się Marysia, widać nie dość speszona własną wtopą.
- To bardzo proste i nie zajmie Wam wiele czasu, moje dzieci. Przygotujecie krótki referacik dwa razy w miesiącu na temat wybranego przeze mnie artysty. Oczekuję od Was 60 stron w formie pracy licencjackiej.
- Pani prof., tj. nierealne przy natłoku zajęć! – zbuntował się Oskar i dobrze iż on, ponieważ już ja miałem jej wygarnąć. Co sobie myśli babsztyl jeden, pracy licencjackiej jej się sprawdzać zachciało, pewnie swojej nie obroniła, to się na nas wyżywa.
- Nie ma żadnej dyskusji, drogie dziecko, na kolejny tydzień, proszę rozprawkę o Homerze.
- A ja słyszałem, iż Homer był pedałem. – Skwitował Oskar z nieskrywaną satysfakcją
- Drogie dziecko, homoseksualizm nie stanął mu jednak na drodze do zdobycia wiedzy i zastosowania jej. Tobie, drogi chłopcze, nawet taran nie wbił do głowy nic pożytecznego.
Reszta lekcji minęła na dyskusji nad zasadnością pisania pracy o kimś, o kim nie wiemy nic. Dowiedzieliśmy się, iż spekulacje mogą być dobrym źródłem dla naszej pracy, po czym Oskar otworzył wrota swojej wyobraźni i przedstawił nam wizję Homera zbierającego cebule i wcinającego szczypiorek. Z maksymalnego rozbawienia wyrwał nas dzwonek na długą przerwę, po której zostały nam już tylko cztery lekcje. Tylko...
Na dobry start anglik z Thompsonem. Co z tej lekcji zapamiętałem? Trzeba zapłacić czesne. Oprócz tego okazało się, iż nasza szkoła chce zmienić imię na świętego Busha ze świętej ameryki i szkolnym napojem jest hopp cola dla uczczenia trafnej reklamy. Oprócz tego była taka kicha, iż Marycha od kucyków musiała co chwilę szturchać Oskara linijką aby za głośno nie chrapał.
Niemiecki miał uratować sytuację, ponieważ wreszcie mogła się nadarzyć okazja na wykazanie swoich umiejętności. Na przywitanie babeczka zgasiła nas i straciła nasze uznanie.
- Good afternoon, choldren.
- Yyy, Pani prof., czemu po angielsku?
- Profeor Thompson uznał angielski za nasz język szkolny i nie należałoby lekceważyć jego opinii. A skoro tak, speaking musicie nadrobić na prywatnych lekcjach, a ja...
- Jak to na prywatnych lekcjach, przecież to idealna szkoła w mieście, elitarna! – rzucił się Oskar, niestety nikt jego wyskoku nie poparł, ponieważ wszyscy mieli zbyt szeroko rozwarte szczęki aby coś z siebie wyrzucić.
- Drogi chłopcze, Tobie w szczególności radzę aby wybrać się na lekcje uzupełniające. Ja niestety zawalona natłokiem zajęć, nawet nie wiecie ile czasu zajmuje mi przygotowanie dla Was zajęć – W tym miejscu utknął precyzyjnie trzyminutowy monolog o fatalnym stanie szkolnictwa, które nie pozwala jej zaoszczędzić czasu, niezbędnego do przygotowania zajęć, które od niej oczekujemy – Dlatego proponuję zajęcia z moją siostrą. Ma te same sposoby nauczania co ja, więc nauczycie się wszystkiego perfect, a ona mi już powie, kto jej płaci.
Porażka na maksa. Nie znam niemca, więc wybędę na korki do babeczki, może weszce opanuję język. lecz nie, niestety nie, ponieważ zaraz się profesorka zdradziła, serwując nam próbkę swoich dobrych metod nauczania.
- Wyjmijcie książki, przeczytajcie rozdział, a jutro zrobię wam kartkówkę, ponieważ teraz muszę coś skończyć – na prywatne zajęcia, rozumiecie chyba. No, do roboty, dzieciaki.
Do reszty upodlony, spracowany i żądny porządnej lekcji, zabrałem się za czytanie. A tu czas przyszły – cholera, przecież zapisałem się na kształcenie początkujące. około , mógłbym rozumieć. Zresztą minęliśmy półmetek, więc już nic mnie nie zwali z nóg na tyle, bym miał żałować, iż tu jestem. Oczywiście tylko hipotetycznie nic nie może mnie zwalić z nóg. Jeszcze tylko dwie lekcje. Powtarzając sobie tą myśl szeptem, wpadłem na Oskara:
- I jak? Odpowiada klimacik? Popaprańcy, lecz należy im się szacunek za kompletny brak inteligencji.
- Szacunek to im się należy za umiejętność do wypowiadania tylu słów i sposobność rozumienia pytań.
- Taa, Thompson im pewnie założył bazę krępujących pytań i przenośny komputer z rozbudowaną bazą danych, powtarza, co mają mówić.
- Spoko jeszcze WOS, a później luzik.
- A ja właśnie liczę na religię, wiesz? Mam nadzieję zdawać ją na maturze. – Nie dokończyliśmy zamiany uprzejmości na temat członków grona nadprzyrodzonego, ponieważ zawlókł się pączek w kształcie bączka i zaprosił nas do klasy socjalnej.
Dosłownie socjalnej, ponieważ zewsząd napierały plakaty – stereotypowe portrety przedstawicieli subkultur. Tak co najmniej głosił zamazany temat na tablicy. Oskar tylko szepnął, iż przy pierwszej okazji zmieni gadkę na coś lepszego. Tak zrobił, lecz ja nie wiem, czy nowy temat jest lepszy...
- Panie Profesorze, jesteśmy wewnętrznie rozdarci, nasza prof. nauk humanistycznych nie chce wykładać prozy Sienkiewicza, twierdząc, iż nie wnosi on w nasze życie jakichkolwiek wartości.
- I nie jest w błędzie, drogie dziecko, patriotyzm to szmira, która niszczy Waszą prawdziwą tożsamość. W tym wieku powinniście oddawać się uciechom czysto fizycznym i nie ulegać błędnym naukom. – Lekko, a nawet wysoce zaskoczony Oskar, próbował pociągnąć starego za jęzor.
- lecz nasz świat wartości opiera się na opiniach starszych i mądrzejszych ludzi od nas. Pan jest naszym autorytetem i Pana słowa są wyrocznią.
- To słuchaj, drogie dziecko, patriotyzm to szmira, sznurówki do butów na rzepy, niepotrzebny gratis, świat to samowolka, masówka, więc nie ma potrzeby wnosić o wyższe wartości takie, jak patriotyzm.
- To mamy nie wierzyć w głos społeczeństwa?
- Wy, my, wszyscy jesteśmy społeczeństwem i buntujemy się przeciwko utartym schematom i postawionym nam granicą. – Lekko już speszony Oskar nie dawał za wygraną i wpatrzony w wielkie krople potu, spływające z czoła starego, wypalił:
- Nie powinniśmy gnieździć się w stereotypach, lecz buntować się przeciw sobie?
- Otóż to, co Cię nie zabije, to wzmocni
Dalej lekcja opierała się na obalaniu konwenansów odnośnie subkultur i stałem się modelowym poważniakiem, co mi nieszczególnie przypadło do gustu, ponieważ Dżela patrzyła na mnie z pogardą, a iż fajna z niej laska, to straciłem szansę na cokolwiek.
Z reszty przedstawienia miałem się zerwać, nareszcie jest piątek, ja mam tenisa na siedemnastą, a tu zmuszają mnie do słuchania wykładów jeszcze nie świętego księdza. Żenada miała się jednak dopiero zacząć. Oskar mnie zaciągnął do auli i powiedział, iż z czegoś maturę trzeba zdawać, a bez „Potopu”, przy obecnym ustroju, na polskim nie mamy szans, więc zostaje nam religia.
Aula była spora, pomieściliśmy się tam bez trudu, jeszcze aby się z dziesięciu grubasów od Wosu zatoczyło i mieliby gdzie się pocić. Na skraju stała mównica i dopiero po kilku minutach zauważyłem, iż nie jesteśmy sami, ponieważ właśnie za tą mównicą stoi księżulek. Miał on może metr pięćdziesiąt wzrostu, papierową cerę i rude włosy. Na ironię ubrał biały garnitur.
- Witam Was, młodzi adepci sztuk wyzwolonych. – Wysączył się z jego ust piskliwy do granic głos. – Postaramy się wspólnie otworzyć wrota do teologii. Czy mieści się do w dziedzinie Waszych zainteresowaN. Czy zdołacie podołać temu ciężarowi? – tu urwał i znacznie spojrzał na Marysię i skinieniem ręki, oddał jej głos.
- Drogi Profesorze, skoro już mówimy o zainteresowaniach, to jestem Marysia Motek i lubię konie, nie mam konia, lecz mam kolekcję pony, Andżeliko, nie ciągnij mnie za rękaw, ponieważ ja sądzę, iż tj. istotne – Dżelę ścięło i oburzona odwróciła wzrok.
- Drogie dziecko, tak, otaczający nas świat jest istotny, lecz jak wpłynie on na poznanie poprzez Ciebie swojego wnętrza – wysączył równie monotonnie jak poprzednio parę tylko słów, a brzmiało to jak ćwierć kazania.
- ponieważ ja, Panie Profesorze, uważam, iż ludzie nie doceniają wagi przyrody, powinniśmy ją szanować i z niej używać, nie niszcząc ją.
- Usiądź, drogie dziecko, nie masz racji. Głosisz herezje warte co najwyżej Kościoła, ja chcę Was uświadomić i otworzyć na nowe tory myślenia – Marysia usiadła zadowolona i nawet nie zauważyła, iż ktoś zasugerował, iż ma pściu-bździu w głowie. Mnie tylko zastanawiało czy tory, to dosłownie tory, czy zaserwował nam metaforę, nie dowiedziałem się jednak, ponieważ słowa księżulka ubiegł Oskar.
- A więc ksiądz tez uważa, iż patriotyzm i wiara to szmira?
- Nie, drogi chłopcze, patriotyzm to szmira, a wiara to dno potrzeb, a ludzie nie dostrzegają, iż do dna sięga się w ostateczności, nie zaś gdy są inne możliwości.
- To ksiądz jest ateistą?
- Nie, ja jestem heretykiem, a Ty jesteś bezczelny, drogi chłopcze, usiądź, a reszta niech zamknie oczy i posłuchajcie. Wyobraźcie sobie, iż jesteście na skraju drogi i możecie wybrać pomiędzy piaskową drogą usłaną kamieniami, a betonowym chodnikiem. Którędy pójdziecie?
- Betonową – rzucił Oskar
- Piaskową – dodała Andżela
- Piaskową – potwierdziła Marycha
- Nie oddałem Wam głosu, drogie dzieci, lecz w porządku. Tym, kroczącym drogą betonową brakuje pokory aby dojrzeć wysypisko po lewej i zacząć szanować chodnik, a tym podróżującym piaskową brakuje wyobraźni aby utworzyć coś wspaniałego z niczego.
- Co to znaczy? – Skrzywił się Oskar
- To nic nie oznacza, to tylko tłumaczy dlaczego nasze chodniki są zaśmiecone i sugeruje aby nie zabierać miastowych w góry, ponieważ zrobią tam drugi śmietnik.
Niestety dzwonek odebrał nam szansę na kontynuowania wywodu iście filozoficznego. Oskar dźgał mnie pytania, którą drogą ja był wybrał i tłumaczeniami, iż on śmieci, jak nie ma nigdzie śmietników, ponieważ jak to są, to nie śmieci. Nie mając już ochoty tego słuchać, rzuciłem krótkie „ciao” i wróciłem na chatę.
Czego dziś się nauczyłem? iż szkoła to drugie piekło i zawsze znajdzie się drugi dzień aby się do niej wybrać. Zasnęłam z koślawym uśmiechem na twarzy, ponieważ wyobraziłem sobie jak Thompsom biega z biczem za Wosistą, który turla się i nie potrafi się zatrzymać nawet przed księżulkiem, którego nareszcie przygniata, a polonistka widząc całe zjawisko stwierdza, iż Dostojewski to przewidział.
Niestety jutro także jest dzień i zawinięty jak domek ślimaka, zdecydowałem, iż odwiedzę szkołę jeszcze raz. Tym wspólnie, ponieważ był to znowu tylko raz, jednego pójścia zdublować się nie da, na to kodów nie ma, ubrałem pogniecione dżinsy. Może odzyskam szacunek Dżeli i nikt mi nie powie, iż jestem modelowym poważniakiem. Podsycając się tą myślą, trafiłem pod mury naszej zdrowo wyglądającej szkoły, a tu istny „dżołk”, jak aby to Dżony powiedział.
Starszaki zwijając się ze śmiechu, czytają jakieś ogłoszenie. Gdy zawinęli własne poważania, powiodło nam się z Oskarem dojrzeć wreszcie złote litery na śnieżnobiałym kartonie:



Drodzy uczniowie! Brak kompetencji u Waszych nauczycieli i karcący relacja do wskazówek Ministerstwa, zmusza Nas do zamknięcia tej instytucji i pozbawienia Was możliwości deprawacji. Głoszenie hipokryzji homoseksualistki – Zofii Światopełk jest krokiem karygodnym, dlatego zapraszamy Was na uroczystość ścięcia jej głowy, która to odbędzie się jutro o świcie. Ta przykra przypadek obliguje nas do wynagrodzenia szkód mentalnych, zadanych poprzez świętokradcę – Księdza tejże szkoły i jutro zaraz po uroczystości ścięcia wręczymy Wam świadectwa niedojrzałości psychicznej i zboczenia mentalnego.

Z całym Szacunkiem


Ministerstwo Nauki

A ja na to tylko tyle powiem: sprzedam się niedrogo, ponieważ dorosłem i nie jestem już drogim dzieckiem, ot co robią z nami świadectwa i zaświadczenia. I taka moja mała dygresja: kto jest tu agentem? przecież nie Dżela, ponieważ aby nie ryczała, jak zarzynane prosię.