szkolne życie co to jest
Definicja: to spodoba? I czy życie szkolnej gwiazdy jest takie różowe słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Szkolne życie

Słownik: Robota na konkurs Besta Video. Zastanawialiście się kiedyś, co aby było, gdyby zrobić reality-show... natolatkami w roli głównej? Czy wszystkim się to spodoba? I czy życie szkolnej gwiazdy jest takie różowe?
Definicja:

- Czy moglibyście się na chwilę odczepić? Czy ten pieprzony reality-show nie pozwoli mi już iść do kibla? A może mam was tam zaprosić? – wrzeszczałam im prosto w twarz. – Dość, dość. Ja mam już dość!
Zatrzasnęłam drzwi do szkolnej ubikacji. Powoli, bezsilne osunęłam się po ścianie wyraźnie czując bijące od nich zimno. Przytuliłam rozpalony policzek do białego kafelka. Przyjemny chłód rozchodził się po moim ciele. Rozkoszując się tą chwilą starałam się zapomnieć to, co się stało. A mianowicie, przed chwilą cała Polska zobaczyła jak wpadam w szał.
Powinnam zacząć od początku. Powinnam się uspokoić i przypomnieć sobie jak mogłam dopuścić do tego, iż ten koszmar się zaczął. Wspólnie z wzmagającym się uczuciem zimna powracała mi umiejętność logicznego myślenia. Wydarzenia tłoczące się w mojej głowie jak kolorowe piłki Multilotka zaczęły wskakiwać na własne miejsca. Taaak... Czyli wszystko rozpoczęło się tamtego deszczowego, wrześniowego dnia, przybierając niewinną postać spełnionego marzenia.


Pi bip, pi bip, pi bip... Usłyszałam bezlitosny dźwięk budzika. Która godzina? Siódma? Czas wstawać! Z resztkami snu na powiekach poczłapałam do łazienki, gdzie miałam jedyną i niepowtarzalną okazję zobaczyć własną wyblakłą, zaspaną twarz w lustrze. Jednak po chwili promienie słońca, przedzierając się poprzez wąskie szpary w żaluzjach oświetliły całą łazienkę. Spoglądając na siebie mogłam pojednawczo stwierdzić, iż nie jest tak źle jakby się wydawało. Jak na skromne szesnaście lat i niejedną aferę moim życiu nadal wyglądałam na kogoś komu „jeszcze się chce”, co było niestety rzadkością wśród młodzieży w moim wieku. „Masz ambicje, kochaniutka.”- powiedziałam do swojego odbicia. – „To ci na razie powinno wystarczyć.” Moja ostatnia myśl była sceptycznym skwitowaniem wyżej już wspomnianych afer życiowych. Sytuacje te miały mnie doprowadzić na szczyt, a jeśli nie to na któreś z pozostałych miejsc na podium możnych tego świata. A co najmniej miały nie pozwolić zapomnieć ludziom egzystującym wspólnie ze mną na tym ziemskim padole, iż ja – Julka Morawska – chciałam cokolwiek zmienić. Gdyby nadal nikt nie pojął, o co mi chodzi, chciałam być KIMŚ.
Z tych nadzwyczajnie głębokich, jak na wtorkowy poranek rozważań wyrwał mnie odgłos spadających talerzy dochodzących z kuchni. Targana wewnętrznym niepokojem biegłam poprzez korytarz po drodze wyobrażając sobie koszmarne sceny z udziałem dziennej zastawy, półki na naczynia i mojego brata. Mało się pomyliłam – na środku pomieszczenia leżały kawałki porcelany, szkła, parówek i kukurydzianek, udekorowane wianuszkiem z keczupu.
- Julka, zobacz, jak to wygląda. Jak posiekany Mister Parówka! Te kałuże krwi... Został zamordowany dzięki broni maszynowej UX25007. Proszę się odsunąć, komisarz Morawski zaczyna śledztwo. Ejjj, Julka! Muszę przeprowadzić sekcje zwłok!
- A ja muszę to posprzątać. Oprócz tego, czy to da się jeszcze bardziej pokroić? – uniosłam do góry kawałek rozgotowanego mięsa, noszącego ślady kuchennego noża.
Z pytającym słowem twarzy mój młodszy brat spojrzał na własną ofiarę. Po chwili kawałek wylądował w koszu, a on pochylony nad kuchenną podłogą szukał czegoś bardziej odpowiedniego do tego celu.
Opadły mi ręce.
- Widziałam jakiegoś trupa w twojej szafie, myślę, iż powinieneś się nim zająć przede wszystkim – zrezygnowana postanowiłam zwalczyć go, stosując starą zasadę pt. „Wybij klin klinem”.
-Serio? Już tam lecę! Proszę się odsunąć, policja!
„Boże, czy on faktycznie jest normalny?”- zastanawiałam się sprzątając Mistera Parówkę z podłogi. Rodzice i cała zgraja psychologów, pedagogów i innych specjalistów orzekła, iż „jest dzieckiem nieco za bardzo dojrzałym jak na swój wiek, co może się odbijać na sposobie kontaktów z rówieśnikami i fascynacjach światem dorosłych, lecz nie powodów do obaw i wszystko za jakiś czas się ustabilizuje”. Przestałam jednak w to wierzyć. Sama zaprowadziłam go kiedyś do psychiatry, po tym jak znalazłam w piknikowej lodówce zwłoki kota sąsiadów, zapakowane w czarną, plastikową torbę. Oznajmił mi, iż dzieci robią czasem takie rzeczy. Jakbym nie zdążyła się przekonać. Jacek w wieku sześciu lat znał na pamięć repertuar kryminalnych seriali produkcji polskiej i amerykańskiej, przeprowadzał sekcję zwłok na czym się tylko da, i staranie przechowywał plastikowy schemat pistoletu Kojaka na gumowe kulki.
Zmywając podłogę z resztek krwi, tzn. keczupu, doszłam do wniosku, iż prowadząc własne śledztwo powinien mieć na uwadze również swoje dobro. Ponieważ nasze śniadanie obecnie leży w koszu.


Do szkoły poszłam na czczo. Wiadomo – jak Polak głodny to niedobry ( co tyczy się również i Polek) – więc nie byłam w najwspanialszym nastroju. Przygnębiała mnie perspektywa bezsensownego spędzenia w szkole całego przedpołudnia, deszcz kapiący z nieba jak z dziurawego garnka i ciężkie chmury przewalające się nad miastem. Zastanawiając się, czy rozbite talerze to symbol nadchodzącego nieszczęścia, czy także odwrotnie, otrzepywałam mokry parasol. Rzuciłam przemoczoną kurtkę do szafki, z której po chwili zaczęła wypływać strużka wody.
- Cholera – zaklęłam.
Byłam zła. Nie wiedziałam jeszcze dlaczego, lecz czułam się tak, jakbym nosiła w kieszeni tykającą bombę zegarową. Potykając się o swoje trampki i potrącając przypadkowych ludzi dowlokłam się do klasy. Z głośnym klapnięciem usiadłam na najbliższym wolnym miejscu. Była dopiero ósma, a ja już czułam się zmęczona. Uch...
- Julka, do pana dyrektora – usłyszałam gruby głos matematyka.
Kiedy wstawałam z miejsca, chwycił mnie za rękę i zapytał:
- Co tym wspólnie zmalowałaś?
- Nie wiem, lecz wg mnie jeszcze nic nie zdążyłam – odparłam niepewnie. – Jest dopiero piąty września!
Szybko pomaszerowałam w kierunku drzwi, mając nadzieję, iż usadzi mnie na krześle, nie zaświeci latarką w oczy i nie zacznie przesłuchiwać, co miał ochotę zrobić od mojego pojawienia się w szkole. Z ulgą biegłam poprzez ziejące pustką korytarze gimnazjum, modląc się w duchu, by spotkanie z dyrektorem miało charakter czysto prewencyjny, i by wizyta nie zakończyła się stugodzinnym wykładem potępiającym moje wcześniejsze i przyszłe (!) czyny. Przecież nie jestem taka zła? Czy to moja wina, iż zawsze wpadam?
- Dzień dobry - zapukałam nieśmiało.
- Dzień dobry, Julka, jak miło, iż już jesteś! – zawołała na mój widok sekretarka.
Spojrzałam na nią zdziwiona. Od kiedy jestem tu tak wylewnie witana?!
- A może ci herbatki zrobić? – zapytała ze słodkim uśmiechem na ustach w kolorze kiczowatego różu.
Tego już za sporo! Co to? Dzień dobroci dla zwierząt?
- Nieee, dzięki... – strasznie chciało mi się pić, lecz postanowiłam być podejrzliwa. Nigdy nie proponowano mi tutaj nic, oprócz ujemnych pkt.ów z zachowania.
- Pan dyrektor już na ciebie czeka – wskazała mi drzwi do jego gabinetu.
Wzięłam głębszy oddech i weszłam do środka. Dyrektor siedział przy biurku, popijając poranną kawę. Od intensywnego zapachu „małej czarnej” zakręciło mi się w głowie. Widząc mnie w drzwiach wskazał mi miejsce naprzeciwko.
- Wezwałem cię tutaj, gdyż...- zaczął.
- Pozwoli pan, iż na początku ja coś powiem? – przerwałam mu w pół słowa. – Cokolwiek się stało, to nie ja. faktycznie, mam już dość tego, iż jak są jakieś kłopoty, to moja wina. faktycznie nic nie zmalowałam, a żadne afery to ostatnia rzecz, na którą mam teraz ochotę. Tym bardziej, iż jestem w trzeciej klasie. Ja już dorosłam.
- lecz Julka, po co od razu te nerwy? Zapewniam cię, iż chodzi tutaj o coś całkiem innego.
- faktycznie? – powoli dochodziło do mnie, jaką zrobiłam z siebie idiotkę.
- faktycznie. A co do zapewnienia o twojej dorosłości – bardzo mnie to cieszy. Właśnie będziesz miała okazję się tym wykazać. Chciałbym ci przedstawić producenta telewizyjnego, pana...
O kurde. Po pierwsze, nie zauważyłam, iż za mną siedzi jakiś facet. Po drugie to nie jakiś facet, tylko jeden z największych rekinów świata show-biznesu. Po trzecie, zupełnie nie wiedziałam, co może mieć ze mną wspólnego.
- Od przyszłego miesiąca w naszej szkole będzie kręcony reality-show „Szkolne życie”. Chciałbym, abyś była jedną z głównych bohaterek. Zgadzasz się?
- Co? – wykrzyknęłam.
Niemożliwe. Julka Superstar. To o czym zawsze śniłam objawia mi się nagle, w tym ciemnym, obskurnym gabinecie w postaciach podsiwiałego staruszka w garniturze, i grubego faceta w ciemnych okularach.
Po chwili jednak euforia ustąpiła i na jej miejsce wkroczył zdrowy rozsądek. To wszystko wydawało się jakieś podejrzane.
- Zaraz, zaraz, to program rządowy? – zapytałam.
- Nie, powiedziałbym: dochodowy. Zbijemy na nim kupę kasy – odezwał się facet w okularach.
Chcą się na mnie dorobić, chamy jedne.
- I co? – zapytali równocześnie.
- Nie wiem, to oznacza jeszcze nie zdecydowałam… Muszę nad tym pomyśleć…
W tej chwili zadzwonił telefon. Wszyscy troje zaczęliśmy obszukiwać się po kieszeniach. Dzwoniła komórka producenta, który odebrał, chwilę porozmawiał, pożegnał się z nami i poszedł. Po jego wyjściu dyrektor nieco się rozluźnił. Widocznie bardzo mu zależało na tym programie, skoro taki konserwatysta jak on potrafił naginać własne żelazne zasady dla jakiegoś przypadkowego bogacza.
- Dziewczyno, nad czym się tu zastanawiać! – tłumaczył mi. - To świetna okazja dla ciebie i dla szkoły. Mamy same korzyści. Pomyśl: ogólnopolski rozgłos, wzmocnienie autorytetu gimnazjum jako instytucji… Nie ukrywam, iż producenci przewidzieli również płaca... – dyrektor uśmiechnął się zachęcająco.
- Rozumiem. lecz, sądzi pan, iż autorytet gimnazjum zostanie odbudowany? Wierzę w pańskie dobre intencje, lecz nie będę ukrywać, iż z mojej strony to wygląda trochę inaczej niż zza pańskiego biurka.
- Wiem co masz na myśli. lecz uwierz, zaraz po podpisaniu kontaktu wszystko się zmieni. Ty także inaczej zachowujesz się w szkole, a inaczej w dyskotece. Myślisz, iż ktoś będzie miał ochotę robić ogromne afery, gdy za plecami siedzi mu grupa filmowa?
- Mam nadzieję, iż pan tutaj ma rację. Chociaż tak właściwie nie chodzi tutaj o szkołę samą
w sobie? Może o to wyobrażenie idealnej placówki?
- Bystra jesteś – uśmiechnął się dyrektor.
- Trzeba było programu telewizyjnego, tak aby mnie pan docenił? – zapytałam.
Uśmiechną się niezręcznie.
- Wróćmy lepiej do tematu – zaproponowałam widząc, jak męczy się nad odpowiedzią.
- Tak, tak, więc na czym to skończyliśmy? A, na tej idealnej szkole. Niestety, masz rację. także bym wolał, żebyśmy nie musieli niczego udawać. Może źle się wyraziłem – nie chciałbym, tak aby było tak jak jest. Może jak wszyscy zobaczą, iż jeśli jest doskonale - jest lepiej, spróbują to zmienić?
- Hmmm… Nie sądzę. lecz, mam nadzieję, iż się mylę.
- Więc jak? Zgadzasz się? – zapytał z nadzieją w głosie.
- Ach tak, oczywiście. Może tak naprawdę będzie lepiej – odparłam kierując się do wyjścia.
Łamiąc wszelakie zasady, nie wróciłam już na matematykę. Musiałam sobie to wszystko przemyśleć. Na szczęście przestało już padać. Wyszłam więc przed szkołę, usiadłam na ławce i tak trwając w bezruchu dumałam nad pytaniem: czy faktycznie musimy udawać?


Wystarczył miesiąc, abym dowiedziała się odpowiedzi na to pytanie. Nie potrafimy udawać. co najmniej ja nie potrafię. Przekonałam się o tym parę min. temu. Dziś wieczorem wszyscy zobaczą moją życiową porażkę na ekranach swoich telewizorów. Już widzę nagłówki jutrzejszych gazet „Ulubienica widzów przeżywa kryzys!”, „Julka, co z tobą?”. Znikną te pastelowe barwy, ta cukierkowa słodycz, w którą ostatnio ubierałam moje życie. I wszyscy zobaczą prawdziwe życie. Tylko czy będzie im się to podobać? A co ze mną? Jak mam teraz dalej żyć? Nadal „próbować” udawać, iż wszystko jest w porządku? Czy wreszcie pokazać taką siebie, jaką jestem?