otwarta ksiega mojego życia co to jest
Definicja: Mateusz Grabowski, 16 lat słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy "OTWARTA KSIEGA MOJEGO ŻYCIA"

Słownik: Mateusz Grabowski, 16 lat.
Definicja: OTWARTA KSIEGA MOJEGO ŻYCIA
Każdy człowiek myśli o swojej przyszłości, jak potoczą się jego losy, czy zostanie piłkarzem, astronomem, czy jeszcze kimś innym. Nikt z nas nie może przewidzieć, co stanie się w najbliższym czasie, co stanie się z naszym życiem. Nie oznacza to jednak, iż nie możemy przyczynić się do tego, co będziemy robić w przyszłości, ponieważ jak się czegoś bardzo chce, trzeba próbować to osiągnąć. Jeżeli chodzi o mnie, to nie mam konkretnych planów na przyszłość. Wiem, iż życie w każdej chwili może zaskoczyć. Dlatego myślę, iż nie warto w tak młodym wieku, w jakim ja jestem, wiązać własną przyszłość z konkretnym zajęciem, bo w przypadku niepowodzenia nastąpi jeszcze większy zawód i rozmyślanie: „ Dlaczego nie wyszło?. Przecież tj. pasja mojego życia i tak się starałem…” Nie zawsze jednak wygląda wszystko tak pięknie i kolorowo jak się zakładało, jednak marzyć z pewnością nikt nam nie zabroni…
…2011 rok, jestem na 2 roku studiów na Harvardzie, uczelni, która nie pyta o finanse, która zwyczajnie sprawdza przede wszystkim czy się nadajesz. Najwidoczniej się nadaje, skoro zostałem przyjęty na tą prestiżową uczelnię. Maturę międzynarodową zdałem perfekcyjnie, wszystkie testy poszły mi również znakomicie. Nic dodać, nic ująć. Idealne jest jednak to, iż nie trzeba być przysłowiowym kujonem, tak aby tam się otrzymać, trzeba popisać się również innymi własnymi osiągnięciami, niekoniecznie naukowymi. W moim przypadku bardzo pomogły mi udziały w wielu turniejach zarówno piłki nożnej, koszykówki, piłki ręcznej jak i podnoszeniu ciężarów. Miałem osobistych trenerów, między innymi Mariusza Pudzianowskiego, mistrza świata World Strongest Man, dlatego byłem dobry w każdej z wyżej wymienionej dyscyplinie. Byłem kapitanem drużyny piłki nożnej, a również koszykowej. Te i inne rzeczy sprawiły, iż studiuje teraz na Harvardzie z dobrymi rezultatami. Jestem jednym z lepszych studentów i zdarza się czasami, iż poprawiam nawet profesora prowadzącego dany wykład. Wtedy wszyscy mają dobry ubaw, a pan prof. gotuje się w sobie i na pewno myśli jak zripostować moją uwagę, tak aby mnie upokorzyć, lecz jeszcze takiej sytuacji się nie doczekałem. Myślę, że sporo osób zazdrości mi moich rezultatów jak i talentu zarówno w nauce jak i w sporcie. Myślę również, a właściwie jestem tego pewny, iż niektóre osoby w domu studenckim, w którym mieszkam nie cierpi mnie, właśnie na skutek moich efektów. Wiem jednak jedno: nie przejmuję się nimi, ponieważ wiem, iż zazdrość była jest i będzie, i nikt tego nie zmieni. Mam jednak mojego serdecznego przyjaciela: Mariana Kalafiora. Pomaga mi on zawsze w trudnych przypadkach, wtedy kiedy mam problem. Jednak nasza znajomość nie zawsze wyglądała tak znakomicie… przeszliśmy sporo prób charakteru, chyba tak właśnie można to określić.
Jak już przedtem wspomniałem specjalizuję się w różnych dyscyplinach sportowych, a szczególnie w piłce nożnej. Otrzymałem się do drużyny piłkarskiej „FC Harvard”. Reprezentuje ona moją uczelnię. Gram jako wysunięty napastnik, w moim przypadku mogę na siebie mówić „sęp”, bo tylko czekam na piłki od partnerów z boiska i oczywiście nie mam zamiaru wrócić do obrony. Na szczęście nikt nie ma mi tego za złe, bo moja skuteczność na boisku jest wybitna i w meczu strzelam przynajmniej jedną bramkę. Pewnego dnia na mecz ligowy z „ FC Yorkswille” przyjechali skauci klubu katalońskiego „FC Barcelona”. Dowiedziałem się o tym dopiero po meczu, lecz może to i dobrze, ponieważ być może grając ze świadomością, iż na trybunach są członkowie zarządu klubu, w którym gra ogromny Ronaldinho, splątałyby mi się nogi i pewnie ze skutecznością u mnie nie byłoby najlepiej. Na szczęście taka przypadek nie miała miejsca. Tego dnia grałem jak natchniony. Strzeliłem cztery bramki, przy wyniku 4:0. Zdecydowanie byłem zawodnikiem meczu. Jedną moją bramkę, wszyscy, którzy siedzieli na trybunach na pewno zapamiętają do końca życia, a mianowicie : otrzymałem podanie na środku boiska od mojego kolegi z drużyny, ominąłem 6 zawodników przeciwnej drużyny, przestałem biec dopiero na 16 metrze od bramki, stanąłem odwróciłem się plecami do bramki, podrzuciłem sobie piłkę i strzeliłem z przewrotki brazylijskiej przepięknego gola prosto w okno bramki drużyny z Yorkswille. Czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Po meczu podszedł do mnie pewien elegancki pan w garniturze, w pierwszej chwili wystraszyłem się trochę i różne myśli przychodziły mi do głowy ,typu „Mafia?!”. lecz na szczęście moje wszystkie, można powiedzieć niemądre pomysły były całkowicie bezpodstawne, bo po chwili pan w garniturze przedstawił mi się jako Jose Luis Fernandez i powiedział, iż poszukuje nowych, ciekawych zawodników do klubu FC Barcelona. Zaproponował profesjonalny kontrakt na cztery lata. Decyzja teraz należała do mnie. Tutaj właśnie pojawił się dylemat:” Czy grać w klubie, który jest moim ulubionym od dziecka, czy kontynuować naukę na uczelni marzeń Harvardzie?”. Tych dwóch rzeczy na pewno nie dałoby się pogodzić, a decyzję musiałem podjąć od razu, bo wysłannik Barcelony zbyt wiele czasu nie miał. Musiałem podziękować za propozycję i zdecydować się na kontynuowanie edukacji, bo chyba jednak ta droga jest dla mnie ważniejsza. Jose Luis Fernandez jeszcze mnie przekonywał, żebym wymienił zdanie, lecz bez skutku, pozostałem przy swoim. Musiałem pożegnać pana w garniturze…
Po powrocie na uczelnię, opowiedziałem wszystkim przed jaką szansą stanąłem. Przewarzająca część z osób mówiła: „ Czy ty zwariowałeś?,” a ja odpowiadałem krótko: „Nie”. Jestem najwspanialszym uczniem na Harvardzie i tak łatwo z tego nie mógłbym zrezygnować i dlatego jestem teraz tam gdzie jestem i nie zamierzam się nigdzie wybierać.
Pomimo mojej zdecydowanej odmowy, rozmyślałem jeszcze nad moją decyzją, czy dobrze zrobiłem. Jednak nie ma czego żałować, w życiu bardzo regularnie staje się przed podobnymi dylematami i zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Dalej jestem zawodnikiem półprofesjonalnej drużyny „FC Harvard” i wciąż mogę łączyć ze sobą dwie rzeczy: naukę na uczelni i moją ogromną pasję, piłkę nożną. Jestem z tego, mimo wszystko bardzo zadowolony.
Szalone życie na Harvardzie…to stwierdzenie w moim przypadku nabiera jeszcze bardziej sensu. Ostatnia moja przygoda ze skautem klubu FC Barcelona jeszcze bardziej się do tego przyczyniła, chociaż i bez niej moje życie na Harvardzie było i tak bardzo pokręcone. Pomimo, że w tygodniu jestem bardzo dobrym uczniem, w piątek ,co tydzień rozpoczyna się czas imprez…Harvard tj. bardzo ciężka robota, lecz bez przesady. Co piątkowe imprezy, to można powiedzieć taki harvardzki zwyczaj. Szmuglowanie piwa do akademika również miało miejsce. Stalowa beczka z piwem wędrowała to oknem, to piwnicą do studenckich pokoi, w zależności jaki sposób w danej sytuacji był najbezpieczniejszy. Muszę powiedzieć, iż Harvard w piątkowe wieczory zamienia się w prawdziwy dom imprezowy. Studenci mają faktycznie talent do zabawy i na pewno nie można odmówić im kreatywności. tak aby słowa te nie były bez pokrycia podam przykład. Już przedtem wspomniałem o moim serdecznym przyjacielu Marianie Kalafiorze. To on jest moim współlokatorem w domu studenckim. To właśnie on jest główną postacią sytuacji, którą zaraz opiszę. I to właśnie poprzez niego najczęściej mieliśmy same kłopoty… Pewnego dnia (tak się składa, iż był to 13 w piątek) Marian powiedział do mnie, iż zrobimy taką imprezę, jaką wszyscy zapamiętają do końca życia i iż on się wszystkim zajmie. Mało myśląc wykazałem ogromny entuzjazm na ten pomysł, lecz jednak chyba coś przeczuwałem, ponieważ powiedziałem Mańkowi, iż w ten dzień może jednak wstrzymamy się ze zrobieniem imprezy, bo jest 13 i piątek, lecz on na to: „Wierzysz w takie przesądy?!”, więc ucichłem, myśląc, iż rzeczywiście nic nie może pójść źle. Dałem wolną rękę Marianowi i to jak się później okazało był mój błąd. Uważałem, iż żadnej wielkiej imprezy wszechczasów, oprócz dużej ilości piwa, Maniek nie zorganizuje, bo ile rzeczy można zorganizować w jeden dzień? Okazało się jednak, iż można bardzo wiele… Początek imprezy planowany był na 20.00, a koniec jak wiadomo nad ranem. Ok. godziny 18.00 spotkałem Mariana i zapytałem go: „Jak tam przygotowania?”. On z kolei odpowiedział mi zapytaniem, czy znam zespół Wu-Tang Clan. Ja na to „Człowieku jestem ich ogromnym fanem i ty powinieneś o tym wiedzieć!”. Marian przeprosił za własną niewiedzę, lecz mniejsza z tym. Po krótkiej chwili Maniek powiedział, iż załatwił ich obecność na imprezie (a wiadomo, tam gdzie członkowie Wu, tam i dobra impreza). W pierwszej chwili zwyczajnie mnie zatkało i nie wiedziałem co powiedzieć. lecz wydusiłem z siebie pytanie: „Jak tj. możliwe?”. Marian przyznał, iż było w tym trochę szczęścia, bo akurat w okolicach Harvardu zatrzymał się zespół Wu-Tang Clan. Porozmawiał z ich menadżerem, który powiedział, iż za odpowiednim wynagrodzeniem pojawią się w akademiku. Kapitał to był akurat problem najmniejszy, bo ich nam nie brakowało w danym momencie, więc wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku i rzeczywiście tak było. Cały akademik dowiedział się o obecności Wu-Tang Clan na imprezę jak wiadomo, wszyscy za wszelaką cenę chcieli się tam otrzymać. Więc jeżeli chodzi o liczbę osób to na pewno nie mogliśmy być zawiedzeni. Dochodziła godzina 0, a więc 20:00, początek imprezy, a więc Wu-Tang Clan na żywo… Wszyscy zebrali się w umówione miejsce. Przyszło jeszcze więcej osób niż oczekiwaliśmy z Marianem. Czekaliśmy teraz tylko na gwiazdę wieczoru. Gdy już dochodziła godzina 21:00, a członków Wu-Tang Clan dalej nie było, wszyscy byli zawiedzeni a zarazem źli na nas, iż narobiliśmy im tylko smaczku, którym za chwilę musieliby się obejść. Niespodziewanie parę min. po godzinie 21:00 pojawili się… cały skład: RZA, GZA, Ghostface Killah, Masta Killa, Method Man, U-God, Raekwon the Chef i Inspectah Deck. Wszyscy byli wniebowzięci i wznosili mnie i Mariana pod niebiosy. Ja również byłem zachwycony i trochę nie rozumiałem, dlaczego ci ludzie również mi dziękują(pewnie dlatego, iż jestem wraz z Marianem w pokoju), ponieważ przecież to Maniek wszystko załatwiał, lecz ostatecznie aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało. lecz to nie była rzecz najważniejsza. Uwaga kompletnie skupiona była na członkach Wu. Można powiedzieć, iż ich pojawienie się było jak wejście smoka. Od razu chwycili za mikrofon i zagrali swój popisowy numer, a więc „ Protect Ya Neck”. Wszyscy ludzie całkowicie oszaleli i tutaj zaczął się problem, bo nasz dom studencki do takich imprez nie jest przystosowany, a dokładniej mówiąc podłoga nie utrzymała nacisku tylu skaczących ludzi na jednej, w miarę niewielkiej przestrzeni. Można powiedzieć, iż zrobiła się lekka trampolina, bo tak właśnie można było nazwać wgniecenie w podłodze pomieszczenia, gdzie odbywał się mały koncert.
Oczywiście zrobił się ogromny problem, bo nikt nie miał zamiaru wyjść z imprezy poprzez „małe wgniecenie”, lecz nie ma co się dziwić tym wszystkim ludziom, nareszcie jak jest Wu-Tang Clan, to trzeba tą chwilę zastosować do samego końca, ponieważ drugi raz może się już nie powtórzyć. Jednak wśród fanów dobrej muzyki, znalazło się również paru ludzi, którym nie było w głowie bawienie się ale szukanie problemów. Mianowicie, na imprezie była obecna grupka ponad dziesięcio- osobowa, która miała na celu wyłącznie niszczenie i dewastację mienia. Wszyscy praktycznie nie przejmowali się tym, iż dużo rzeczy wokoło zostało zdewastowanych, bo mieli w głowie tylko niezłą zabawę. Można powiedzieć, iż ja byłem najtrzeźwiej myślącą osobą w tym całym towarzystwie, zadzwoniłem po policję, ponieważ niewiadomo jakby rozwój wypadków potoczył się dalej. Stró iż prawa przyjechali i niestety musieliśmy skończyć całą imprezę , lecz myślę, ; iż gdybym wtedy tak szybko nie zareagował, przypadek mogłaby pójść w jeszcze gorszym kierunku i niewiadomo, jakby się to wszystko zakończyło. Członkowie Wu-Tang Clan byli bardzo zszokowani, a również bardzo zaskoczeni, lecz nie mieli co narzekać, ponieważ kapitał dostali i się nie przemęczyli. Łatwy zarobek, można powiedzieć. Cała impreza trwała ogólnie ok. jednej godziny i niewiele kto wyszedł z niej zadowolony. Po całym zdarzeniu powiedziałem do Mariana: „Już nigdy nie dam ci wolnej ręki w organizowaniu imprezy!”, a on na to odpowiedział: „Przecież to nie moja wina! Załatwiłem zespół! Patrz jak się dobrze zaczęło!”. Odpowiedziałem mu: ”Tak, masz rację, załatwiłeś Wu-Tang Clan, lecz również załatwiłeś kompletną dezorganizację! Tak, dobrze się zaczęło, lecz popatrz na finisz…” Szalone życie na Harvardzie…
Po tym nieszczęsnym wydarzeniu sporo osób na uczelni, łagodnie mówiąc obraziło się na nas. Straciliśmy niezłą reputację i to nie istotne, ; iż nie była to kompletnie nasza wina
( no może chociaż trochę Mariana…), istotne to jest, ; iż my (w większej części Maniek), organizowaliśmy tą imprezę. A na kogo w przypadku niepowodzenia spada cała wina? Na organizatorów oczywiście. Na mnie także to niepowodzenie odcisnęło piętno, a mianowicie, pogorszyłem się trochę w tym okresie w nauce, ponieważ cały czas myślałem o zdarzeniu zakończonym fiaskiem i mnie to trochę dołowało. Na szczęście jednak, nie długo przejmowałem się tą imprezą i powróciłem znów do normalnego trybu życia. Ponownie miałem się z czego cieszyć: mistrzostwo stanu z drużyną FC Harvard (w tym korona króla strzelców z 37 bramkami na koncie), pod koniec drugiego roku na Harvardzie zostałem wybranym najwspanialszym studentem tej prestiżowej uczelni, czegóż chcieć więcej?
Marzenia się spełniają, tylko trzeba w nie głęboko wierzyć…
…Czy te historie i wizja mojej własnej przyszłości opowiadana z dalszej perspektywy staną się faktem? Czy ja tego w ogóle chcę? Na pierwsze pytanie moja odpowiedzieć brzmi: raczej nie, lecz nigdy nie wiadomo. z kolei nad odpowiedzią nad drugim pytaniem musiałbym się głęboko zastanowić, bo jak wiadomo życie opisanej przeze mnie postaci ( moje przyszłe ja) jest bardzo pokręcone i nie zawsze złożona jest z samych dobrych rzeczy. Faktem jest, ; iż trudno byłoby mi się rozstać z rodzinnym państwem i wyjechać, lecz jak już przedtem wspomniałem, czasami rezygnuje się z jednej rzeczy, tak aby móc się dalej rozwijać i osiągać sukcesy…