akwizytora

Definicja: Pojawiają się już pierwsze znajome nazwy na milowych kamieniach dworców słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Sen akwizytora

Słownik: Pojawiają się już pierwsze znajome nazwy na milowych kamieniach dworców...
Definicja:
Pojawiają się już pierwsze znajome nazwy na milowych kamieniach dworców, przybywa także mój stary towarzysz: tępy ból pod czaszką, podskórny grymas przerażenia, iż kończy się etap łaski, wycieczka poza czas, jedna z wielu.
Budzę się pod czujnym spojrzeniem konduktorów, bez ponaglania, sam bliskość munduru i urzędowej opaski na rękawie na tyle mocno niepokoi kondory moich snów, iż odlatują pozostawiając mnie na skalistym cyplu niedospania, ze zmęczeniem tak mocno wprasowanym w twarz, iż nie zmywa go źródlana woda z jakichkolwiek okolic, choćbym chciał sprowadzać ją z Wysp Końca Świata.
Na kilka godz. wcześniej był jeszcze barowy wagon Warsu, stylizowany na lata dojrzałego Gierka, barman z petem w kąciku ust komponujący się świetnie wśród kolorowych, dostojnych i wszędobylskich nalepek zakazujących palenia; brzuch rozkołysanego wieloryba-wagabundy, czkającego bułkami z sałatką, których świeżość przestała być wątpliwa pół wieku temu; mała, chałupnicza Kana Galilejska, gdzie bezalkoholowe piwo z cennika szybko ustępuje miejsca bardziej godnym napitkom, ponure sanktuarium nudy, archiwum wspomnień wyrzuconych z pamięci, rezonansowa pułapka na nieśpieszne zapowiedzi płynące wśród trzasków z peronowych głośników.
Teraz jednak liczy się dla mnie lęk przed powrotem do bezimiennego domu: bety rozrzucone w podróżnej torbie, plątanina wodorostów i śmieci przytargana poprzez fale, przewoźny bałagan przypominający wszędzie i zawsze o pozostałych bałaganach mojego życia, dziwne statki na niebie mojej pamięci, unieruchomione w portach spustoszonych poprzez zarazę; pierwsze, co przychodzi na myśl, to zupełna niezrozumiałość tej gmatwaniny – wiem: będąc na twoim miejscu mógłbym śmiało wyrzucić to na śmietnik, dużo śmietników tej planety kisi już nadpłowiałe retrospekcje z życia grafomanów – domatorów, których codzienność ma twarz poszarzałą od mdłości.
Mogłabyś być co najmniej jedną z tych kobiet, w których próbuję się zakochiwać, bezskutecznie kupując na godziny złudzenie serdeczności – lecz wtedy życie okazałoby się zbyt proste i nie miałbym żadnego uzasadnienia do wplątywania cię w oniryczne mozaiki, wysyłania zaklęć, kolekcjonowania modlitewnych zwrotek do powtarzania nad kawą, w takie noce, których sedno łatwo podważyć, a nie ma z tego żadnej satysfakcji, kiedy można wyjść z domu, mając plan, który rozwiewa się z każdym metrem i to, co chciało się powiedzieć redukuje się do niewiadomej – a wtedy nieodparcie powraca poczucie zagubienia we własnej bezustannej ucieczce.
Zerkam w okno, licząc smugi na szkle; wiatr wciska się szczelinami i nie mam nawet ochoty na przesunięcie się w głąb przedziału – za szybą brzydka dziewczyna z głową ukrytą w szczelnie owiniętej chustce, dzierżąca w dłoni kubełek towotu do smarowania zwrotnic, śledzi wlokący się pośpieszny pociąg, w którym tkwię, zatopiona w ścieku codzienności, która sprzyja niewielu, a tak wielu dławi śmiertelnie: stoi zapomniana pomiędzy torowiskami, po których przelatują iskry czasu, fortuny i nieszczęścia; strażniczka ceremoniałów w środku śnieżnej pustyni, wyrocznia dla skomplikowanych systemów, przemarzniętych dźwigien jazgotliwych i pełnych smutku szyn, władczyni lodowych węży; pokora odmalowana w jej spojrzeniu graniczy z bezmyślnością żywej rośliny.
Nie wiem, czy to, co czuję patrząc, da się w ogóle nazwać. Oczywiście, powinienem ci wszystko opowiedzieć, przedstawić precyzyjnie chronologię zdarzeń, wywodzić starannie racje, zachłystując się przekonaniem o dokładnej znajomości wszelkich zakamarków w zawiłym laboratorium pozorów naszej wszechwiedzy – lecz nie jestem pewien, czy umiem jeszcze dotrzeć do twojego wizerunku, wywołuję cię z domeny cieni; mroczna otchłań ziemi obiecanej, żar tęsknoty za stukaniem twoich obcasów, gdy przechodzisz trochę na niby, mimochodem, przypadkiem – i zasłaniasz zwierciadełkiem niedbałego pocałunku, w którym widać raczej moje wyczekiwanie, niż twoją gotowość. Zostawiłem dla ciebie kartkę, która pewnie nie będzie mogła dotrzeć, podziwiam jak idealnie jesteś nieświadoma jej istnienia, podziwiam obojętność, w której się zaszyłaś – podziwiam i nienawidzę zarazem, dusi mnie ta nienawiść bezkształtna, nie daje się opanować – a tym wspólnie nie mogę schować się w snach, jestem bardziej obnażony, niż kiedykolwiek.
Ruchomy obraz za szybą przynosi polanę karczowiska oblaną śniegiem, posępną jak zaniedbany cmentarz, pełen nieodczytywalnych szeptów, czuję, jak bardzo chciałbym związać nitką wytrwałości dwa minione dni i tę niejasną, majaczącą w przedzie plamę jutra – lub co najmniej zachować na zawsze, bez względu na to, co owo ‘zawsze’ może znaczyć – nasze niedopowiedziane rozmowy, zauroczenie domysłami, odwagę odsuwania ciemnej zasłony, oddzielającej ‘być może’ od ‘tak’. A wiem iż to niemożliwe, wbrew twojej woli – jak tu mocować się z twoją wolą, skoro zaginęła bez śladu któregoś dnia – i jego miejsce w kalendarzu nie da się odszukać. Pociąg zamiast ułatwiać mi podróż, cofa w momencie, odległość zyskuje na znaczeniu, jakbym mógł powracać tylko konno, miesiącami, właściwie nie znając drogi, błądząc, hołubiąc obraz, który w rzeczywistości obrysowuje mapę klęski. Jeżeli chciałbym słyszeć w domu trzaskanie polan w palenisku kominka, to nie po to, aby olśniewać cię blichtrem, topniejącym kryształkiem dostatku, gotowego umrzeć w każdej chwili – lecz dla uczucia wyzwolonej czystej pierwotności, aby obmyć cię pomarańczowo-złotym światłem i jego niepowtarzalnym żywicznym aromatem tak, aby chroniło cię od nieszczęść i chorób, aby trwało w tobie w wiekuistej bezinteresownej wierności, której imienia znać nie chcesz lub nie potrafisz, lub bronisz się przed nim usiłując ocaleć. Chciałbym odnaleźć znów chwiejne oceany twojej chandry, wierne żaglowce mojej cierpliwości, przedrzeć się poprzez porywiste wiatry tego, co musiało nas spotkać – w czasie gdy gniję w rzygowinach niespełnialnych marzeń, przytłoczony ciężką obrożą zimy i tej nienawiści, co nie daje się opanować. Zapakowałem do nesesera batutę dyrygenta, który nigdy nie odważył się stanąć przed orkiestrą, tylekroć zdyszany i spocony, zadręczony prowadzeniem filharmoników-cieni, tkwiących na ścianie pokoju obeznanego ze wszystkimi sekretami; wyjechałem pozostawiwszy złudny trop, którego nigdy nie odnajdziesz, uodporniona na przypominające o sobie z rzadka tęsknoty, nieporachowane niespełnienia, oswojona z kłamstwem tak dobrze, jak z poranną herbatą i mlekiem, które zawsze kwaśnieje zapomniane w okolicy lodówki.
Wracam do miejsca, gdzie najrzadziej sypiam i gdzie nieuchronnie czeka informacja o nadchodzących świętach; znów zacznę spotykać więźniów świątecznego amoku, analizujących rozliczne metody i zasady obezwładniania bieli firanek, polerowania szyb, kryteria doboru choinek, co tyczy się tych oryginałów, którzy nie zarazili się jeszcze urokiem pachnącego plastyku, mistrzowie ceremonii, artystyczni profesjonaliści w pościgach za karpiem, ześlizgującym się porywczo z kuchennego stołu, oporządzanym ku rozpaczy dzieci, kąpiących się w słodkim Oceanie Ryby; wszystkich którym zazdroszczę, starannie tę zazdrość przed sobą ukrywając, topiąc ją gdzie popadnie. Zapewne cieszyłbym się, mogąc ciebie dobrze pamiętać; kołysze się w kolejowym fotelu, uśmierzając troszkę symptomy zmęczenia, odsuwam pięć min. opóźnienia narastające jak zawsze w nieskończoność, ponury uśmieszek Wielkiego Zawiadowcy, dla którego pięć min., a również pięć lat są tak samo nieważkie, jak ziarnko pyłu przemycone w szczelnych pojemnikach pełnych wyrafinowanej, elektronicznej aparatury.
Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość dają się mieszać jak w shaker’ze – lekko oszołamiający drink, który służący częściej dosyć szybko skutkuje nie tyle uzależnienie, co jedynie zamierzone i wiecznie odsuwane, za trudne, odstręczające z rzeczami dotkniętymi, rozpoczętymi, nawet porzuconymi.
Staram się zapalić papierosa – trzymałem zapalniczkę w dłoni, rozmyślając – teraz nie mogę ustawić płomienia, jest zbyt rozgrzana; nuży mnie zdradliwa, banalna, odpychająca senność żelaznych dróg, tropikalna choroba zawleczona do państwie pełnego zimy. Boję się tego powrotu, który jest nie do uniknięcia, świata, gdzie nie znam poranków, ponieważ w takich godzinach, gdy sprężyny zegarów odprawiają swe toalety i mizdrzą się przed ołtarzykami zwierciadeł, walczę z nieprzebraną sennością, która zmusza mnie do celebracji dwugodzinnej nieznośnej pobudki i oczy mam na wpół ślepe, obserwując świat jedynie w kręgu maleńkiej lampki rozkołysanej nad pokładem dryfującego biurka; nie znam także wieczorów, ponieważ gdy odważają się przyjść, zliczam sprawy, które nie zdążyły się pomieścić w dziennym świetle, więc pociągnięciami luminescencyjnego flamastra degraduję je i przenoszę w przeszłość, trącając leciutko w uniwersum mojego terminarza.
Podróżna bezsenność, którą cię próbuję obdarzać, którą wmuszam ci z nadzieją, podobną do tej towarzyszącej karmieniu krnąbrnego niemowlęcia, zapewne niczemu nie usłuży; znam przekleństwa iluzji, stanów zastępczych, ruchome wydmy fantazjowania, wszystkie trudne do usystematyzowania odmiany kaca – a mimo to tęsknię za dłońmi, co nawet mnie nie dotknęły, jestem gotów płacić samotnością pomnożoną wielokroć za to, ze kiedyś owinie mnie całun twojego ciepła i nic już się nie zmieni. Kiedy zaczynaliśmy grę, dzień, zużyty, podsumowany, poskładany w kostkę leżał gdzieś za nami, może pod okładką mojego notatnika, może wśród gazet rozrzuconych na hotelowym łóżku – przebrnąłem odruchowo poprzez hamburgerową ucztę i nie miałem definicje, iż szukam cię od dawna – widzę ten wieczór ponad stacyjkami mnożącymi się na trasie pociągu, jak mrowie królewskich bękartów w szybkim ale nie pośpiesznym powrocie do stolicy po wojennym triumfie – srebrzysty pająk stolika na kółkach z lśniącym grzbietem z grafitowego szkła odbijał w sobie dumną, świetlistą paradę baru wypełnionego czym dusza zapragnie, na zewnątrz, co wiedziałem precyzyjnie, samochody roześmiane możliwością pląsów, ślizgi od krawężnika do krawężnika, wykwintna cienka skorupka lodu na każdym metrze ulicy, wybiegałem kupić papierosy tańsze niż w barze i zdrowo mnie zbluzgała za nieuzgodniony i niezapowiedziany przejazd chodnikowy jakaś spóźniona damulka z pieskiem przeciwpoślizgowym, opatulonym we włóczkowe wdzianko.
Znałem twoją opowieść, zanim jeszcze dostrzegłem kolor oczu, o którym lepiej teraz nie myśleć, być może w jakichś okolicznościach wysypałbym resztkę lodu z twojego drinka, roztrzaskała szklankę na podłodze i nie bacząc na podstępy rafy denka zbyt grubego, aby rozprysło się jak kryształowe lustro twojej macochy, zmiażdżyłbym stopami ten chrzęszczący fantom i poślubił cię ceremonialnie, gotów na każdą karę, zapamiętały do szaleństwa w twoim zakłopotaniu, co po kwadransie nakazywało moim źrenicom nie odwracać się od ciebie, przyjmować troskliwość w każdej formie, Boże, tak aby tylko był zadowolony, może przyniesie mi szczęście, ten zdobyty przypadkowo kosmaty zwierz, którego żądza drży pod atłasem i nie posuwa się poza linię delikatnej tortury-pieszczoty, jakoś podobnie myślałaś, nie podejrzewając, jak precyzyjnie wiem, iż masz dość, iż masz bardzo dość niespełnionych małżonków, niedoszłych kochanków, oszukanych narzeczonych, niedocenionych geniuszy, niepokornych bluźnierców, magów co zapomnieli różdżki, nieznośnych buchalterów z przygotowanym zawsze zapasowym długopisem, głodomorów konających z przejedzenie, misjonarzy, co po raz setny złamali śluby, muzyków niewprawnych w grze prócz życiowego pokera, nieudaczników, którym postawiono pomniki, prezydentów zdradzonych poprzez naród, atletów w trakcie kuracji odchudzającej, bliskich krewnych Onasissa, badających teren i wszystkich innych, z którymi pojedynkujesz się na historie, ze szczególnym uwzględnieniem noblistów in spe których obietnice są zupełnie, niepowtarzalnie, bajecznie wyjątkowe i jako księżniczka możesz czuć się kompletnie uspokojona ściśle naukowym, precyzyjnym wytrzebieniem smoków, mogących ewentualnie skalać twoją biel. Uspokoić może także uniżona czołobitność następnych kandydatów na zdobywców, oszukańcza wprawdzie i tylko ledwo maskująca grozę metamorficznych manipulacji twoim światem, niemniej wielce przekonująca, wypielęgnowana staranniej niż twoje zadbane dłonie i policzki.
Odkryłaś tę wiedzę na dnie mojego spojrzenia i natychmiast postanowiłaś ją pogardliwie zlekceważyć. Wśród kolorowych płomyczków butelek ba półkach baru, przeglądających się w lustrach, krygujących pod okiem zegarów i zielonkawej cyklopowej źrenicy fiskalnej kasy, wśród napowietrznych zalotów przerywały nam rozmowę lepkie czułki ślimaków, dźwigających zamiast skorup balast pokaźnych, najlepiej dobrze rzucających się w oczy komórkowych telefonów, ozdobionych girlandami przewodów; wiesz Heniu, to przypinam do anteny w samochodzie i już, Vera, jeszcze jedną kolejeczkę, cały świat o imieniu Polska w zasięgu ręki, nawet wtedy gdy suszy się zęby do podstarzałej lecz miłej i ujmującej barmanki, w jednym z tych zasranych hoteli, Bóg jeden wie dla kogo, Heniuś, lecz ona ma nogi!
Może nie wiesz, jak bardzo byłem uszczęśliwiony tym, iż pachniesz inaczej, nie używasz aromatu zmowy, która ogarnęła rozległy płaskowyż jednoznacznych skojarzeń, łatwiej było mi wierzyć, iż zaczynam ci ufać, nie patrzeć na ciebie jak na zawodowego szulera, zgarniającego wszystkie pule. Starałaś się, bym o niebo lepiej znał twoją siostrę, lepiej niż ciebie, nieświadoma, iż gdy mój strach ustępuje, a czasem ustępować mu się zdarza, przenikam twoje zdania zanim do końca je uformujesz – i to ja stawiam kropki, przecinki, rozwadniam barwę zdań niedokończonych, zarysowuje w powietrzu te miejsca, gdzie mogłabyś ulec panice, przestać kłamać, wydobyć łzę z zapomnianej skrytki, dać się ponieść pokusie, przestać zwodzić – wykrzyczeć: kto, ile razy, za co, jak, opisać mi twoje kolejowe podró iż, powroty na podwórko znane od dzieciństwa, uchylanie furtki, uświęcić słowami odpinanie psa z łańcucha, nazwać wszystkie zakątki, gdzie bawiłaś się z siostrą, którą pragnęłaś mieć mocniej, niż sama chciałaś być – i nie miałaś jej faktycznie nigdy – mogłabyś przesunąć mi przed oczami talię kart grozy, którymi zastępowałaś obrazkowe historie z Kaczorem Donaldem, ten zresztą jest mi znany w nieco innej postaci, ciężki, neolityczny Kaczor Donald, zrywający kołdry moich snów, gdy tylko próbuję być znów małym chłopcem z ręką na słuchawce telefonu.
Niepostrzeżenie, nie przerywając rozmowy i zgodnych z protokołem pokłonów dłoni strząsających rytmicznie popiół, otwieram twoje ciało w sposób, którego istoty nie podejrzewasz, owszem, przygotowana na pojawienie się narowistego dwugłowego zwierzęcia, wraz ze świtą rozplotkowanych panien niecierpliwości, poczyniłaś pewne kroki, aby zagwarantować sobie następne składniki w eliksirze doskonałości – lecz moje dłonie, nawet poprzez welon powietrza zaczynają zadawać pytania, których przewidzieć nie mogłaś – ani także przed nimi się zabezpieczyć.
Nie, nie przybyłem tu niestety po to, aby odkrywać własne karty do końca, przyznawać się albo wierzyć w cokolwiek, co uczynione stałoby się odkupieniem – nie obmyję cię ani nie podam ci ręcznika, nie pomogę wymiernie i trwale. Rzucałem zaklęcia licząc na to, ; iż nie mylę ich z klątwami, a ty, aczkolwiek nie mogłaś być wdzięczna, skoro nie ma za co, co najmniej wdzięcznie przyjmowałaś cały szkicowy opis labiryntu. W pewnej chwili zdało mi się, ; iż otwierasz na mnie ogromny gniew, chcesz równać z ziemią mury, baszty i komnaty zamczyska, przysypać nimi magię wspólnie z jej raczkującym adeptem, barman mrużąc oczy w niewidocznym dla niepowołanych uśmiechu do kolesia wspartego nonszalancko o bar, Vera, co mi dasz na Gwiazdkę, język barmana rysuje łakomie symbol zapytania na górnej wardze, oszalałeś, nic, nic w ogóle; opacznie pojmuję twoje zaproszenie do powrotu, pojawiające się pomiędzy słowami jak połyskująca gwiazdka, magiczny czubek czarodziejskiej różdżki; pozostała mi tylko ciemna gwiazda zmęczenia, gdy prawa kieszeń kurtki wiszącej na wieszaku pierwszej klasy nie różni się prawie od lewej kieszeni kurtki na wieszaku drugiej klasy i nie można przesypywać w nich uzbieranych za dnia muszelek, bo dzień upłynął na wydeptanym padoku miasta oszczędnie racjonującego wodę, gdzie nie wolno poświęcać czasu na jakiekolwiek z zajęć bardziej pasjonujących od zręcznego omijania prawdy. Najchętniej schowałbym twarz w zagłówek fotela, lecz wedle tradycją i fotel i cały przedział cuchną i nawet nie udają przytulności; wiem, ; iż już wkrótce, któregoś z kolejnych dni, będę miał usta pełne mułu, zabranego w niedzielne popołudnie, w porze w najwyższym stopniu śmiercionośnej, kiedy okrążają mnie pytania, a umknąć jedną z wypróbowanych ścieżek nie można. I nie można także zasnąć. W nieodgadnionych korytarzach snu będę cię spotykał, może nawet obejmował; przesiadając się z pociągu do pociągu, myląc nazwy hoteli i miast, wertując raporty i w najwyższym stopniu malownicze curriculum vitae, będę czekał na twój list, pisany naprędce, przed ucieczką – podobnie jak czekam teraz, gdy z okna pociągu tuż przed końcową stacją spoglądam na samotny krzyż z białą jak lód figurą Zbawcy, przy wąskiej drodze polnej, tuż przy ścianie lasu, zabijam czas liczeniem drzew zielonych mimo zimy i tych bezlistnych, i tych rdzawych, rudych jak włosy kobiety, którą tak bardzo bezradnie kochałem.
Otwieram drzwi; przekraczanie progu nie ma żadnego symbolicznego wymiaru – a pragnę, tak aby miało – wieczór czeka tu na mnie, lecz nie jak pies, raczej jak nadzorca kontrolujący liczebny stan. Domykam delikatnie drzwi, łudząc się, ; iż któreś z tych włókienek, spinających mnie z tobą, ocaleje i kolejnego ranka, przebudziwszy się, nie będę związany z tobą mniej, niż mi to potrzebne, aby w ogóle wstać. Mógłbym tak łatwo rozpłynąć się w szarudze wszystkich moich włóczęg, w ciągu zdarzeń, gdzie wyruszanie i powracanie czasami zamieniają się miejscami z częstotliwością, za którą nie nadąża oko, gdzie jestem posłuszny, jakbym spełniał misję, nie tylko zarabiał kapitał. Czymże cię kuszę, domostwem bez telewizora, krajem pająków, księstwem obumarłym, draperiami papierosowego dymu rozpiętymi wszędzie – w tym, co tydzień przedtem, w tym co miesiąc przedtem, w tym co za pół roku, wnętrzem pełnym rozpamiętywania spraw zamkniętych, tak zatłoczonym, jakby żałobny kondukt pomylił drogę i krążył między kuchnią, łazienką i pokojem, którego ciągle nie mam po co dzielić na dwa mniejsze.
Stawiam na parkiecie ciężką torbę, zsuwam ubranie, aczkolwiek wróciłem nagi, odkręcam prysznic nie zapalając światła – na ścianie majaczą ogniki gazowego palnika i czuję, ; iż sam się spopielam, zamiast obmywać znużenie. lecz ciągle nie odstępuje mnie marzenie ratowania, pamiętam wszystkie wołania o pomoc, przemycone podświadomie pomiędzy słowami, które niczego nie koiły, niczego faktycznie nie nazywały, starały się ze wszystkich sił pozostać bez znaczenia; chciałbym wziąć na siebie twój strach, twoje rozdygotanie, twoją ucieczkę od obecności, otulić wokół ciebie marzenia, które umykają bezpowrotnie, kiedy wirujesz, licząc na to, ; iż nie dogoni cię żadna prawda, żaden dotkliwy ból, licząc na stale bezimienną samotność, przechodzącą w okolicy ale nie dotykającą. Nie umiem określić źródła pewności, która mi podpowiada, ; iż byłbym do tego zdolny, ; iż moje swoje ocalenie związane jest nieodwołalnie z twoim, tym właśnie, do którego przyznawać się nie chcesz, jakbyś nie zdawała sobie sprawy z tego, ; iż będzie to jeszcze trudniejsze niż codzienne staranne przyklejanie uśmiechu.
Woda jest raz zimna, raz gorąca, nie mogę się zdecydować, zakręcenie kurka znaczy jakiś kolejny faza, następne nadwyrężenie tej niteczki, być może już tylko wyimaginowanej. A dalej czeka na mnie sen, przed którym się nie obronię; sen i następny lęk, ; iż w kwestiach jutra ukierunkowany jestem jeszcze słabiej niż ty.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------