umarła, matka, moja

Definicja: Strumień skołatanej świadomości, kiedy się myśli o tym, o czym się myśleć nie chce słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy "Umarła matka moja"

Słownik: Strumień skołatanej świadomości, kiedy się myśli o tym, o czym się myśleć nie chce.
Definicja:

Mówi mi, iż się już stało, iż się już wydarzyło to, co się wydarzyć miało od jakiegoś
(wie pani może dwa może trzy ja nie wiem ja zrobić więcej nie mogę)
czasu. Mówi, iż nie czuje goryczki w ustach, miedzi krwi i iż nie ma gardła ściśniętego, jak to się miewa we wszystkich książkach. Jest bardziej jakby poza rzeczywistością,
(poza czasem i przestrzenią? tak, tam właśnie jestem)
jakby, ktoś chwycił pęsetą kołnierz, wyciągnął Ją ze słoja świata, wyłowił z formaliny i przyglądał się Jej z zainteresowaniem, kontemplował, eksplorował(już eksplodował?) i próbował wyciągnąć jakieś daleko biegnące wnioski co do duszy ludzkiej, znajdującej się w wypadku niezgodnej z jej normalnym, dziennym stanem.
W ogóle nie ma ochoty się kiwać i chwiać, jakby tymi periodycznymi zmianami położenia ciała chciała cofnąć czas. Czas, mówi, teraz dla Niej nie istnieje, nie pozbyła się go, sam odszedł, sam się zanurzył w cienistym chłodzie, zapomnieniu, zawstydzony, iż swym upływem nie zdziałał zbyt sporo dobrych rzeczy. Rzeczy? Nie, mówi, iż to nie o rzeczy się tutaj rozchodzi, mówi, tu bardziej o zjawiska chodzi, o siatkę zjawisk, sieć bardziej, utkaną z ludzkiego losu, z całych serii ludzkich losów, które się gną jak plastikowe butelki skwierczące w płomieniach ogniska.
Mówi, żebym o nic nie pytał, Ona powie tylko to, na co będzie miała ochotę i oprócz tego nic więcej, więc jakichkolwiek pytań, powtarza, które choćby były istotne i boleśnie trafne, okażą się dla Niej bezsensowne.
Stało się, mówi, czerwone szczypce przecięły nitkę, nie, nie panna Atropos, to był pan Rakosos, tak, matce mojej, po co się pyta, jak wie.
Tak, teraz już wiem. Przelatują mi przed oczyma tysiące liter, setki zdań i docieram do tego miejsca, w którym wspomniałem o Jej matce.
Mówi:
- Dostałam telefon. Telefon zadzwonił, więc musiałam odebrać, ponieważ przecież czekałam, zamknięta byłam w czekaniu, poprzez czekanie otoczona, stłamszona, przytłoczona, przygnieciona, ponieważ czekałam i na informacja, na wieść- donioślej, lepiej- od Niego i informacje o niej.
Odebrałam.
Ten elektroniczny dźwięk za bardzo wwiercał się gdzieś we mnie, w środek. (Nie, nie wwiercał, wwiercały się telefony prawdziwe, z metalowymi dzwonkami, które odzywały się tak głośno, tak donośnie, sucho, iż się ich aż chciało słuchać, chciało się odbierać, kiedy jakaś niematerialna, martwa surowość przywoływała człowieka do porządku, kazała mu rzucić wszystko i biec, potykając się o rzeczy podnożne, zapomnieć o wszystkim i poświęcić tej jednej czynności, która się wtedy wydawała najważniejsza, jedyna.)
Słuchawka, martwa, plastikowa, plastykowała, ogrzewała się, zroszona kropelkami potu mojego z ręki mojej.
To było milczenie jak milczenie nocy. Bez samochodowych porykiwań. Bez rozmów starczych i śmiechów dziecięcych. Bez szelestu spódnic, tworzywnych siateczek. Tylko z szumem, z tym tajemniczym pomrukiem, nie wietrznym, nie listnym, z czymś, co walczy z ciszą, co jej chce prymat nad nocnym światem odebrać. Jest taka cisza, właściwie i precyzyjnie antycisza. Proszę kiedyś późno w nocy otworzyć okno i posłuchać. Jednostajny, rozciągnięty s z u m n o c n y. Proszę otworzyć i posłuchać.
Dlaczego o tym wszystkim opowiadam, dlaczego nie mówię o konkretach, o wydarzeniu tym najważniejszym dlaczego nie mówię? Mówię, ponieważ nie chce mówić. Nie chcę mówić, ponieważ mózg najsmutniejsze słowa, choćby i częściowo przekuwa w najsmutniejsze odczucia.
I wtedy się gardło ściska, wtedy jest tak ściśnięte, iż się ma wrażenie, iż już nie ściska, a wyciska, nie łzy, a jęki, nawet nie spazmatyczne, nie głośnie, tylko takie, które są, lecz jakby ich nie było, tak małe, iż nawet niezauważalne i poprzez to jeszcze bardziej w smutek wpędzające, poprzez własne nieśmiałe istnienie, jęknienie.
Byli wszyscy, wszyscy przyjechali wszyscy się zjawili i miałam wrażenie, iż zaraz zatańczą w jakimś radosnym korowodzie, iż z energicznym przytupem, zamknięci w cielne kręgi, będę się kręcić po tym błocku, miękkim i tłustym jak kleisty karmel.
lecz nie zrobili niczego takiego.
Ja także nic nie chciałam robić i mi się wydawało, iż osiągnęłam najwyższy stopień w medytacyjnej gradacji, ponieważ płynęły przeze mnie te wszystkie słowa, te wszystkie myśli, te strzępy sylab, które ktoś w moją stronę wysyłał, którymi ktoś do mnie strzelał. Kiwałam tylko głową, na potwierdzenie, a właściwie na nic, tak tak aby może widzieli, iż ich słucham, tak aby im się nie powiodło wykryć mojego niesłuchania, aczkolwiek i tak mi na tym nie zależało.
Czarne parasolki, jak spotężniałe wrony rozpięte na gałęziach, płaszcze czarne jak czarne chmury, otulające niebo pulchnymi ramionami, czarne spódnice jak światłochłonne klosze na niepotrzebnych lampach, czarne rękawiczki, w które nie chcą wsiąknąć krople deszczu, czarne rajstopy jak gruba warstwa kurzu na poręczy, czarne kapelusze jak ptasie gniazda wyciągnięte z pogorzeliska, czarne krawaty jak węgorze spalone swoją elektrycznością.
Wszystko było i wszyscy byli tacy, jacy być powinni. Czarno zgrzebni, pogrzebni, pogrzebowi.
I nawet organista, prawie jak zawodowy wokalista wziął kwotę należną za własne śpiewanie, jękanie. I nawet ksiądz jak zawody użytkownik limuzyn kazał się zawieść (zawieść? To mnie wszystko zawiodło) pod wdzięczne, rdzą i skrzypieniem dźwięczne bramy nekropolisz.
I gdybym coś miała na rozmycie konturów, na wytracenie klarowności, na destylację z rzeczywistości, coś, co owija ciepłym kocem niewiedzy i nieostrości, > lecz nic nie było, ponieważ może być nie mogło, ponieważ może być nie powinno.
> lecz przyznać trzeba, iż pan nositrumna nażelował włosy odpowiednio, aby lśniły jak brylantowe strączki, jak poranna trawa skoligacona z rosą. A drugi, krawat nowy krzywo zawiązał, tak aby przypadek mruczała cichym tonem naturalności, tak aby odciągnąć uwagę od wszystkiego i sprowadzić na tory bezsensownych rozważań na temat krzywizny, curvizny krawatowej. I mu się powiodło, chwilowo mu się powiodło zabrać mój wzrok z drewiennych słojów polukrowanych emulsją lakieru.
Później jednak patrzyłam poprzez deszczowe biczyki, jak się wgniatają podstawy trumiennych ścian, w marynarki czarne się wgniatają, czarne rowki pozostawiając, jakby dla deszczu, tak aby się mógł rozgościć, rozmościć.
Nie wiem, dlaczego zapamiętałam tyle szczegółów, nie wiem, dlaczego pamiętam każdego ubrania fałdę, niedoprasowania proc. mogę w sporym przybliżeniu oszacować bez pomyłki, bez zająknięcia, bez najmniejszego skulenia języka, bez żadnego języcznego zawstydzenia i niepewności.
Mogę odtworzyć wyziew z jaskini ustnej; migdały, czosnek, żołądek, białe, słodkie landrynki, guma przeżuwana w nerwowym pęcznieniu żuchwy.
Mogę kątomierzem sięgnąć do magazynu pamięci i tylko dla przypomnienia zmierzyć kąt, pod jakim grzęzły siostrzane obcasy, grzęzły w jasnobrązowym błocku, jakby się rozpuszczała sosnowa trumna, jakby się topiła może jeszcze gorącym ciałem, może histerycznie rozszamotaną duszą, nieskorą do pozaświatowych eskapad przymusowych.
Mogę, gdy zamknę powieki, przypomnieć sobie nazwiska, pochwycone z mijanych kamiennych łóżek, przypomnieć sobie, alfabetycznie uporządkować, w czterostopowiec jambiczny ze średniówką w środku wersu ułożyć, gdyby mi tylko tak się chcieć zachciało.
> lecz nie pamiętam kwiatów, nie pamiętam kolorów, charakteru pisma na białych wstążkach-ostatnie-pożegnanie, głębokości ust ziemi, w które się wślizgnęła trumna nie pamiętam. Nie pamiętam jak się sypał piasek ze srebrzystej główki, a może to woda z niej tryskała, gdy ją księżowska ręka, rękawem, szerokim, białym, krochmalnym zrękawiona, potrząsała i do wypotrząśnięcia próbowała doprowadzić.
Nie pamiętam chłodu kaplicy, gdzie się wszyscy, tłoczyli, kapliczyli, tak aby popatrzeć sobie na trumnę, jeszcze poza cmentarną atmosferą, > > lecz już w nastroju zimnym, chłodnym i z gatunku niecodziennych.
Więc byli, ramiona spuszczali, dłoń druga dłoń pierwszą gniotła na podołku, jakby chciała jedna(pierwsza) z drugiej ściągnąć jakąś niewidzialną w deseniu skóry rękawiczkę, ściągnąć.
I dzieci oczyma strzelające w górę, na dorosłych patrzące w poszukiwaniu zrozumienia, wyjaśnienia tej ciszy, tego spokoju, tego skupienia, które spada na ich duszy trzęsienie dziecięce tak nagle i niespodziewanie, i się czują tym ogromem, tą stoicką próżnią przygwożdżone do parteru zadziwienia, odizolowane od rzeczywistości rozkrzyczanej i roześmianej.
I były te twarze dziecięce, rozdziawione i rozdziwione, gdy podnoszą głowy do góry, a żuchwy się, dla przeciwwagi, bezwolnie odmykają, jakby gdzieś miało coś, jak poprzez uchyloną furtkę ulecieć, odpłynąć, uciec, uwolnić się.
> > lecz nie pamiętam słów kazalniczych, z ambony unoszących się na ciężkich dywanach kadzideł.
Nie wiem, czy była niezłą kobietą, w której życiu pan nasz jedyny pełnił rolę nadrzędną, najważniejszą, ale nie w sposób, który aby sprawił, iż zapomniała o nas, o swych bliźnich, obdarzanych poprzez nią miłością, codzienną, ponieważ częstą, a niecodzienną, ponieważ wyjątkową, ponieważ mocną tak, jak chciałoby wielu.
Nie wiem, czy tak mówił, trzęsąc rozdętym brzuszyskiem, pogrążony w oratorskim orgazmie, który uwagę wszystkich zwracał właśnie na niego, który go rzucał w fale rozkoszy i wypełniał kielich próżności.
Nie pamiętam, co gwizdały organy, słyszę tylko niewyraźnie dudnienie, dochodzące z głębinnych zakamarków przeszłości ledwie zapamiętanej, aczkolwiek przecież rejestrowanej, > > > lecz może gdzieś poza rzeczywistością, gdzieś jedną myślą w niej, drugą zaś poza nią, daleko, bez pamięci o pamięci i wszystkim, co wokoło. Słyszę jakieś skrawki, strzępy jakieś najpodlejsze słów, które coś o anielskim orszaku i niechaj gra piszczą żałośnie, cicho, cichuteńko nawet, ledwo słyszalnie, jak mysz uwięziona pod podłogą.
I pamiętam pusty ołtarz, pamiętam, jak gasły światła, żarówka za żarówką wygasały, w ogóle nie smutno, w ogóle nie żałośnie, zwyczajnie się wyżarówczały, poprzedzone cichym pstryknięciem wyłącznika.
I ten deszczowy mrok, nie ciemny, nie pełny, nie mrok głębinny, a mrok jak lekka mgiełka, która bez zbędnej selekcji osiada na wszystkim, co znajduje się w pobliżu. I posiwiał nagle ołtarzowy obrus, poszarzał, jakby się nagle pokrył kurzem tej połowicznej ciemności.
Wzrok kobiety, która wygaszała świece na mnie spadający, wzrok tak dziwny, tak pełen wyrzutu, jakiegoś zwierzęcego strachu, dopiero mnie do porządku przywołał, dopiero on mi powiedział, dokąd i po co mam iść.
I poszłam, wpatrując się w ich czarne, rozkołysane plecy.
Stało się więc, otwarły się ziemskie usta i połknęły drewniany pierożek. Koniec.
Rozchodzili się wszyscy, rozpływali, rozprzestrzeniali, nerwowe wrony, grzęznące pokracznie w grząskim błocku.
Podchodzili, ręce, dłonie mi, podawali, ja brałam i trzęsłam, tak aby pokazać, iż ja wprost przeciwnie, iż ja żyje, iż wszystko ze mną w porządku, tylko ich wzrok jakby gdzieś poza, jakby gdzieś ponad, tak nade mną, nad głową moją, aczkolwiek do głowy mojej mówił, w głowę moja celował i w głowę moją trafiał.
Cisza. W ogóle jest tylko cisza. Widzę ich usta, miękkie, rybie, anemicznie blade, tak ledwo różowe, więdnące, błyszczące, spierzchnięte, obstrupaciałe, spękane, martwe, w krwi umaczane, w organicznym dressingu unurzane. Wszystkie się ruszają, odmykają i zamykają, dla mnie to wszystko, ale nic nie słyszę, ponieważ przecież robią to, żebym słyszała, tak aby się we mnie wwierciły słowne wiertła, tak aby się we mnie wstrumyczyły słowne nurty i nurciki, tak aby mi czoło oplotły słów wstążeczki, wszystko to właśnie po to. A ja nie słyszę, ponieważ pamięć jest głucha, ponieważ pamięć jest taka, jaką chce być, a nie taka, jaką chcielibyśmy mieć, a moja akurat chce być głuchą. Więc moja przeszłość jest głucha, moja przeszłość jest także niema(niema głosu? nie-ma głosu?), ponieważ- co dopiero teraz zauważyłam- nic nie mówię.
> > > lecz słyszę pobrzękiwania łyżeczek, słyszę chrzęst cukrowego dna, kiedy się srebrzystość majestatycznie pławi w herbacianym oceanie. Widzę palce, lśniące emalią tłuszczu, który się sączy z kurzych nóg, spiętrzonych na paterach, dryfujących po Morzu Białym bawełnianego obrusu, co się podobno ma nie plamić i go siostra prać nie będzie musiała. > > > > lecz plamy i tak będą, choćby ich nie było widać.
Będą, ponieważ przyszli, tak aby się najeść, będą, ponieważ przyszli, tak aby się napić, będą, ponieważ przyszli, tak aby sobie spojrzeć, z nienawistnym błyskaniem w oczy sobie spojrzeć, będą, ponieważ sapią, tchu nie mogąc złapać, kiedy są zajęci podchwytywaniem, co lepszych partii kurczacznego trupiszcza, które jak kurhany, jeszcze świeże i parujące, daje wrażenie glorii, zwycięstwa i chwały.
Kiedy pochwycą małe i smukłe nóżki wódkogłówek, kiedy je swymi wargami obejmą jak najczulszymi ramionami, kiedy się przezroczystość poprzez gardło przeleje, kiedy się ciało zaogni, kiedy się lica zaczerwienią, kiedy się czoło firanką potu zaskrzy, kiedy się mózg rozjaśni fajerwerkami krwi, to się poczują spełnione/eni. ponieważ jeżeli się już z domu wyszło, jeżeli się oddomowić postanowiło, to się mieć musi gotową zapłatę. I nie o tradycję tu chodzi, iż siup, aby się zimne nóżki rozgrzały pod ziarnkami piachu, nie o tradycję tu idzie, choćby się tradycją podpierali, choćby z niej uczynili swój sztandar jedyny i prawdziwy, który aby ich miał prowadzić przed się i chronić za się. Bujda to i kłamstwo to skończone.
Niepotrzebnie wpadłam w mentorski ton, wpadłam w mentorską toń.
I się zamknęły drzwi, kiedy podeszwa ostatniego buta musnęła próg, i został stół, pobojowisko zostało po przemarszu wojsk, nie nieprzyjacielskich, nie przyjacielskich, a po prostu obojętnych, wojsk, które walczyły o to, aby im się wypełniły żołądy, za cudze i za darmo.
Zostałam sama, wciśnięta w ciemność, gęstą i napierającą z każdej strony, zostawiła mnie nawet siostra twierdząc, iż jutro do pracy, iż dom, iż dzieci, iż mąż, iż wszystko aby, gdyby mogła, > > > > lecz nie, nie może.
Nie rwałam włosów, aby się jeszcze bardziej zagłębić w ciepłą i przytulną pustkę, w której nic nie musiałam myśleć, nic czuć Nie podcinałam gałązek strun głosowych, nie zeskrobywałam kory z drzewa krtani, wyrzucając z siebie spazmatyczne pokrzykiwania hiobowe.
Nic z tych rzeczy, proszę pana, proszę ciebie. zwyczajnie osunęłam się, plecami płynąc po ścianie i tak siedząc, oparta o nią, siedziałam, a w tym siedzeniu moim nie było nic prócz siedzenia, które teraz było mi tylko potrzebne do tego, tak aby mu się poświęcić kompletnie, oddać bezbrzeżnie i wiernie tak, aby już sił nie starczyło na oddawanie się czemukolwiek innemu.
I patrzyłam na ten wieczorny krajobraz, na barwy patrzyłam zatarte gąbką szarości, na kształty, które się gięły finezyjnie w takich resztkach światła i resztkach świata, tak miękkie, tak płynne, i miałam wrażenie, iż zaraz uniosą się na małych skrzydełkach, utkanych z gęstniejącego mroku i popłyną, polecą raczej, pod sufit, a później prześlizgną się między atomami i przetną dach, aby móc przeciąć i niebo, poza którym musiało być dla nich coś jeszcze, coś, o czym jeszcze nie wiemy.
Ostatnimi przebiegami świetlistych palców muskało słońce te wszystkie szklanki oślinione, te łyżki, łyżeczki, matowe od brudu, który się przemieścił z nie mytych palców, i skrzyła, iskrzyła się tam ta cała menażeria, jakby taki był jej odwieczny polor, błyskać, mimo użycia i zużycia.
I znów nie pamiętam, co czułam, znów nie mogę przywołać gardła ściśniętego obcęgami niemocy, nie mogę odtworzyć kołatania serca, które się trzepotało, jak ptak w klatce, któremu ktoś, aczkolwiek na chwilę, pokazał, czym jest wolność, nie mogę sobie przypomnieć, jak się syciłam słonością strumyczków, nieśmiało wstępujących na usta, nie jestem w stanie znów poczuć paznokci, wbijających się w miękkie poduszeczki dłoni, nie mogę poczuć, nie mogę płakać.
Niewiedza nie jest błogosławieństwem. Niewiedza jest przekleństwem, które każe czesać mózg pod włos w poszukiwaniu tej wiedzy błogosławionej, tych wspomnień, każe się pogrążać w opętańczych wiwisekcjach rozkładającego się ciała przeszłości.
Myślę o tym, co mam robić. Czy iść za Nią? Postawić stopę w takich wszystkich miejsca, w których była Jej stopa? Sama jestem, jestem zbyt sama, w samotność jestem wessana, a samotność faktycznie jest próżnią, w której się nawet nie słyszy własnego zawodzenia.
Niech pan już przestanie pisać, niech pan przestanie stukać w ten plastik. Patrzę na pana, na ciebie patrzę i wiem, iż stukasz w te ebonitowe kosteczki. Przestań, mówię.
Stało się.
Koniec.
Umarła matka moja.
Przestań, mówię.
Przestałem.