beztytułka ciąg dlaszy co to jest
Definicja: słownik.

Czy przydatne?

Co znaczy Beztytułka, ciąg dlaszy, rozdział losowo wybrany spośród wielu

Słownik: Jak w tytule: dalszy ciąg pewnej historii, która przybiera coraz dziwniejsze, chociaż juz bardzo konkretne kształy
Definicja:

Tzw. rozdział czwarty

Nora siedziała po turecku przed tańczącymi w kominku płomieniami. W jej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, których dziewczyna nie była w stanie uporządkować. Chciała iść spać i aczkolwiek na chwilę uciec od dręczących ją spraw, ale nie miała wystarczająco sił, aby się podnieść. Rozłożyła całe swe stu sześćdziesięcio pięcio centymetrowe ciało na czerwono – granatowym dywanie i zamknęła oczy. Niestety błogie lenistwo nie trwało długo. Z kuchni wychynęła pani Beardsley i, jak zawsze, słodkim, serdecznym głosem, oznajmiła:
-Kochanie, zbliża się jedenasta, pora spać. No, zmykaj na górę.
Nora oddałaby pół tabliczki czekolady, może nawet całą, tak aby tylko spać w innym pomieszczeniu niż Kimberly. Wczołgała się opornie po schodach i skrzywiła na sam widok drzwi wejściowych pokoju rudej złośnicy. Resztkami sił sięgnęła po wielki plecak, wypakowany po brzegi, pękający tu i ówdzie w szwach i zieloną walizkę na kółkach. Objuczona jak wielbłąd zaczęła sunąć wzdłuż korytarza. Nacisnęła z rezygnacją na okrągłą gałkę i ku swemu zaskoczeniu... ujrzała wspaniałe owalne lustro, stylowy srebrny kran, umywalkę, toaletę, podłużną, obudowaną, nadzwyczaj głęboką wannę, kilka śmiesznych malinowych dywaników o fantazyjnych kształtach... była w łazience.
-lecz... eee... – mrugnęła kilkakrotnie, ale widok nawet minimalnie się nie wymienił. Całkowicie zdezorientowana, zresztą nie po raz pierwszy tego dnia, zamknęła pospiesznie drzwi, robiąc przy tym nie niewiele hałasu i obejrzała się za siebie badając precyzyjnie wzrokiem cały korytarz.
-Schody, później w prawo i do końca... no przecież... –otworzyła drzwi i ponownie znalazła się w łazience. –No bez jaj...
Stała tak w progu, objuczona bagażami, zupełnie osłupiała, zastanawiając się czy przypadkiem nie zaszkodziła jej niedopieczona kaczka.

-Co ty wyprawiasz? – zapytała oburzona głowa Kimberly, wychylająca się ciekawsko z pokoju w okolicy. Faktycznie nie masz bardziej interesujących zajęć niż trzaskanie drzwiami tuz przed północą?
-A wiesz... tak jakoś... nie mogłam się oprzeć... – Nora, nie czekając ani chwili, wtargnęła do pomieszczenia, z którego wystawała ruda łepetyna córki Beardsleyów i zaniemówiła. Tam, gdzie jakiś czas temu myła ręce, stało sosnowe narożne biurko. Zamiast czterech metalowych wieszaków na ręczniki, na ścianie wisiał okazały pastelowy pejzaż. Jeszcze przed czteroma godzinami pod okrągłym oknem znajdował się sedes... teraz z kolei spoczywało w owym miejscu wielkie łóżko z aksamitna, fioletową narzutą. Prostopadle do niego ustawione zostało drugie, nieco mniejsze i z pewnością wiele starsze.
-Ty śpisz tutaj. – powiedziała z nieukrywaną satysfakcją Kimberly, wskazując na podziurawioną wersalkę. Na jej brzegu leżała spokojnie pożółkła, pachnąca stęchlizną pościel.
-własne rzeczy możesz trzymać w czarnej komodzie. Niestety – na twarz rudej powrócił nienawistny uśmiech – w szafie i na półkach nic się już nie zmieści.
Nory jednak to nie obchodziło. Stała ciągle z nieprzytomnym wzrokiem utkwionym gdzieś w podłodze, aczkolwiek tak faktycznie w ogóle nie na nią patrzyła. Rzuciła byle jak -własne bagaże, zagracając tym samym jedną czwartą pokoju. Nie przebrała się w piżamę, zdjęła jedynie buty i opadła bez życia na niepościelone łóżko. Westchnęła ciężko i zamknęła oczy. Minęło kilka sekund, gdy usłyszała ciche pstryknięcie, co mogło oznaczać, iż Kimberly pofatygowała tyłek i zgasiła światło.

otrzymała list. Otworzyła go i zaczęła czytać. Na pomiętej kartce papieru nakreślonych było ok. sto przeróżnych strzałek, krótkich, długich, prostych, zawiniętych, skierowanych we wszystkie możliwe strony. Chwilę później znalazła się na dworze. Dziwne przeczucie prowadziło ją coraz głębiej do lasu. W pewnym momencie natknęła się na wielkie, utkane z liści drzwi. Kiedy je uchyliła, dostrzegła bujany fotel stojący pośród ciemności. Mimo że nikt w nim nie siedział, ten cały czas rytmicznie się kołysał. Gdzieś nad głową usłyszała ciche trzepotanie. Wytężając wzrok, zobaczyła zielony notes z małymi białymi skrzydełkami, szamoczący się rozpaczliwie pomiędzy gęstymi lianami. Chciała go dosięgnąć, ale im bardziej starała się złapać książeczkę, ona wzbijała się coraz wyżej i wyżej i wyżej... Aż nareszcie zrównała się z pulsującym na niebie słońcem. Jego promienie straszliwie raziły Norę, dlatego także dziewczyna z całych sił zacisnęła powieki. Mimo tego ciągle dręczyła ją oślepiająca jasność, zaczęła więc krzyczeć:
-Nie, nie!
-Tak, tak. –przedrzeźniał ją znajomy głos. –No już, wstajemy.
Dziewczyna, w ogóle nie mając na to ochoty, otworzyła niemrawo lewe oko i szukając nim jakiegoś zegarka zapytała:
-Która godzina?
-Dochodzi trzynasta. –dobiegł ją złośliwy rechot. –jeszcze chwila, a przegapisz kolację.
-Kimberly! –syknęła pani Beardsley. Rzuciła jej ostrzegawcze, ostre spojrzenie, po czym zwróciła się w stronę Nory. –No, widzę, iż ci się smacznie spało, bardzo mnie to cieszy, -lecz faktycznie, co zbyt wiele, to niezdrowo... a to co? Spałaś w ubraniu?
Rechot za plecami Nory przybrał na sile, więc pani Beardsley nie pytała już o nic więcej. Wychodząc z pokoju oznajmiła krótko: ‘Obiad za pół godziny.’ i zeszła na dół, stukając obcasami.

Nora podniosła się z łóżka, zamrugała kilka razy aby przyzwyczaić zaspane oczy do tej nadzwyczajnej jasności i, nie zwracając uwagi na Kimberly, zaczęła się rozpakowywać. Rozsunęła suwak walizki i wyjęła z niej niedbale poukładane ubrania. Rozłożyła ciuchy na łóżku i popatrzyła na czarną komodę. Pomyślała, iż jeżeli uda jej się zmieścić w niej co najmniej połowę rzeczy, to i tak odniesie spory efekt. -lecz sukcesu nie było.
Komoda, podobnie zresztą jak wspomniany jakiś czas temu bambosz okazała się wredna i złośliwa, a w dodatku bardzo niewiele pakowna. Nora zdołała upchnąć do środka pięć par dżinsów, torebkę z bielizną, dwanaście kolorowych t – shirtów, sporą żółtą kosmetyczkę i... niestety nic więcej. Niebieski dwuczęściowy dres, kurtka przeciwdeszczowa, dwie średniominiowe spódniczki, suszarka do włosów, skórzane sandały, granatowa piżama, kilka ręczników, pięć płyt CD, sfatygowany discman, 90 – kartkowy notatnik, piórnik, cztery wełniane swetry i dwie bawełniane bluzy musiały same poszukać sobie schronienia.
-Fajnie jest... – mruknęła do siebie, patrząc bezradnie na bałagan, którego sama była autorką. Nie chciała nawet myśleć o tym, co znajduje się w plecaku i gdzie można aby to wszystko poukładać. Gwóźdź do trumny przybił bezczelny różowy bambosz, spoczywający beztrosko na samym dnie opróżnionej walizki, którego dojrzała po jakichś trzech minutach.
-Ja kręcę... –ukryła twarz w dłoniach, ale bynajmniej nie zamierzała płakać. Tragizm i beznadziejność tej sytuacji zaczęły ją powoli śmieszyć, więc uśmiechnęła się do siebie, pokręciła głową z niedowierzaniem i zeszła na obiad zostawiając w pokoju porozrzucane bezładnie ubrania, nierozpakowany plecak, niedawno odnalezionego kapcia i Kimberly, pogrążoną w lekturze jakiejś, najprawdopodobniej niezbyt interesującej, książki.


***

Dochodziła szesnasta, kiedy w całym domu Beardsley’ów rozległ się donośny dźwięk dzwonka. Nora siedziała w swoim ulubionym kąciku przy kominku, zajadając łakomie czekoladę, i zastanawiała się, kto pospieszy otworzyć drzwi: Kim, jej matka, a może staruszek, który cały czas skrywa się w swoim gabinecie?
ale nie pospieszył nikt. Wyglądało na to, iż dom jest pusty. Kiedy sygnał oznajmiający nadejście niespodziewanego gościa stawał się coraz bardziej upierdliwy, dziewczyna zwlokła się z wygodnego, mięciutkiego dywanika i podeszła do okna, aby sprawdzić, kto ma tak nadzwyczajnie pilną sprawę, iż dobija się niekulturalnie, mimo wyraźnego braku odzewu.
Zobaczyła stojącego na werandzie, nienaturalnie wysokiego mężczyznę z przerażająco wyłupiastymi szarymi oczami. Miał 40, może 45 lat, 2-dniowy zarost i chorobliwie zapadnięte policzki. Był ubrany w granatowy, nieco przykurzony uniform; na głowie z kolei dumnie nosił czapkę z wyszytą grubymi, złotymi nićmi kopertą na niebieskim tle.
Listonosz przestępował z nogi na nogę, nerwowo podrygując, jakby spieszyło mu się do toalety. Mimo to cały czas stał przed drzwiami i z uporem klasycznego osła pukał, pukał, naciskał na przycisk dzwonka, później dla urozmaicenia walił pięścią, znów dzwonił i tak w kółko. W każdym razie – nie odpuszczał.
Dziewczyna, czając się, niczym szpieg doskonały, za koronkową, kremową firanką, zauważyła, iż mężczyzna trzyma w lewej ręce... pistolet?
I aczkolwiek tak faktycznie, nigdy w życiu nie widziała broni palnej z bliska, ów element potrafiła doskonale i bez większych wątpliwości zidentyfikować. Ze strachu zaschło jej w ustach, a serce zaczęło bić co najmniej dwa razy szybciej. Obawiała się ruszyć z miejsca, bo min. szelest mógłby zdradzić jej obecność. Wstrzymała oddech i czekała na posunięcie przeciwnika. Listonosz z kolei, prawdopodobnie wreszcie zrezygnował, gdyż odwrócił się na pięcie, wsadził broń za pasek z tyłu spodni i zszedł pospiesznie po drewnianych schodkach. Oddalił się nareszcie na taką odległość, iż Nora mogła z ulgą odetchnąć. Gorączkowo myślała kogo chciał zabić ten obłąkany facet. A może nie miał zamiaru nikogo zabić... tylko nastraszyć? Czym zawinili mu Beardsley’owie? Nagle poczuła mocne uderzenie gorąca w okolicach szyi, niczym kobieta w okresie menopauzy. A jeżeli w ogóle nie chodziło mu o Beardsley’ów?
Uznała, iż ktokolwiek nie byłby potencjalną ofiarą listonosza, należy jak najszybciej obwieścić odpowiednim służbom porządkowym o jego niecnych planach, jednak nadal bała się poruszyć. Przełamując przerażenie paraliżujące ciało, ruszyła w kierunku gabinetu starszego Beardsley’a, niestety drzwi były zamknięte i nikt nie odpowiadał na rozpaczliwe wołanie Nory. Dziewczyna, najciszej jak tylko potrafiła, wymknęła się z domu i śledziła wzrokiem oddalającą się szybko sylwetkę niedoszłego zabójcy. Gdy skręcił w małą, krzywą i zarośniętą wysoką trawą boczną uliczkę i zniknął jej kompletnie z pola widzenia, przemknęła cichaczem do ‘Knajpy Pub Bar’ i w popłochu rozglądała się za jakimiś znajomymi twarzami. Pudło. W środku było strasznie parno i duszno, a w powietrzu unosiła się dziwna, wręcz upajająca woń mieszanki alkoholu i zupy szparagowej. Poprzez tę nadspodziewanie gęstą, szaro – kremową mgłę nie zdołała niestety dojrzeć ani jednej osoby, do której mogłaby zwrócić się o pomoc. Przy ladzie baru leżał ledwie żywy, najprawdopodobniej otumaniony poprzez zwodniczy aromat wypełniający całą wolną przestrzeń, gruby i nieco obleśny mężczyzna, z czerwonymi, przekrwionymi oczyma i wielkim kartoflanym nosem. Przy stoliku w rogu leniwie sączyła kawę drugiej, bądź trzeciej młodości kobieta, > ale robiła to w tak nadęty sposób, iż Nora nie miała ochoty nawet do niej podchodzić. Już kierowała się do wyjścia, zostawiając w środku nadzieję na uratowanie zagrożonej śmiertelnym niebezpieczeństwem niedoszłej ofiary, gdy usłyszała za sobą usilnie powtarzane słowa, które jakimś dziwnym trafem przypominały do złudzenia jej imię...
Obróciła się, aby zobaczyć stojącego za barem, odzianego w biały fartuch i wysoką, nieco upaćkaną w czerwonym sosie czapkę, uśmiechniętego od ucha do ucha mężczyznę. Wymachiwał radośnie łyżką wazową na wszystkie strony, rozbryzgując tym samym tajemniczą substancję po ścianach... Pan Beardsley, który widocznie zdążył poprzez noc kompletnie wytrzeźwieć, zachęcał gorąco dziewczynę do spróbowania jego najnowszego wynalazku – kremu pomidorowego z borowikami.
-jakichkolwiek ‘ -lecz’, siadaj, zaraz ci naleję, Charlie, podaj no jakiś talerz, tylko szybko! –rzucił do wystraszonego kędzierzawego młodzieńca, stojącego w głębi kuchni z miotłą i szufelką.
-Eeee... yyy... – wybąkał niemrawo, zamiast wykonać polecenie. –Tego no...
-Odłóż to i podaj talerz. Pozamiatasz za chwilę. – nakazał łagodnym tonem szef kuchni.
-Panie Beardsley, ja faktycznie dziękuję, nie jestem głodna, przyszłam tu ponieważ...
-Siadaj, mówię... pogadamy przy kremie pomidorowym, ja także sobie zrobię przerwę, zjemy wspólnie, a później wrócisz do domu i porobisz sobie co tam będziesz miała ochotę...
-; -lecz faktycznie, musi mnie pan wysłuchać... teraz... koniecznie...
Niestety nie mogła objaśnić mężczyźnie, o co precyzyjnie chodzi, bo zagłuszył ją szczęk tłuczonego szkła i okrzyk, najprawdopodobniej paniki, jaki wydał z siebie chłopak, upuszczając dwa talerze i wazę wypełnioną po brzegi gorącą zupą.
-Do cholery jasnej! Chilcory! Czy ty nigdy nie możesz czegoś zrobić dobrze? I kto to teraz posprząta, co? Nie! Nie dotykaj mi się do tego nawet! Wiesz co... w ogóle... w ogóle to wyjdź... zejdź mi z oczu i mnie już więcej dzisiaj nie denerwuj... Kurka wodna! Co za bajzel... Przepraszam cię Nora, sama widzisz, drobne zamieszanie, cóż, wygląda na to, iż nici z naszego wspólnego obiadu, wybacz, muszę to teraz jakoś ogarnąć...
--; -lecz to bardzo istotne! Panie Beardsley!
-CHRISTOPHER!!! –ryk, jaki posłyszeli, co najmniej o trzy sekundy wyprzedził panią Beardsley, która wparowała do gospody niczym burza i niczym piorunem rzuciła w męża... pistoletem?
-Ależ kochanie... Co ty...?
-Ile razy mam ci powtarzać, iż nie pozwalam chłopcom bawić się bronią?!
-Eeee... no tak, --; -lecz Elizabeth, przecież to tylko zabawka... taka niewinna....
-Ja ci dam niewinną zabawkę... Ten przebrzydły Itvin znowu zrobił mi awanturę, rozumiesz, bezczelnie wparował do zielarni, sama nie wiem jak wywęszył, iż tam jestem, i przy wszystkich klientach, rozumiesz, przy wszystkich, przy Betty Shamrock, Grace Fallsworthy... zaczął mi wyrzucać, iż źle wychowuje moje dzieci, rozumiesz, iż ŹLE JE WYCHOWUJĘ! iż niby zapuszczam w nich nasienie agresji, pozwalając im bawić się różnymi pistoletami i innymi wymysłami producentów zabawek, które coraz silniej kiełkuje, a chłopcy wyżywają się nie wiadomo dla czego właśnie na nim... I iż on sobie absolutnie nie życzy takiego zachowania... I jeśli jeszcze raz zaczną strzelać do niego tymi pomarańczowymi kuleczkami, to za siebie nie ręczy... Rozumiesz?! – krzyknęła z pretensją. –Rozumiesz?! A to wszystko twoja wina! Wciąż mówię i mówię, iż Adam i Thomas mają się nie bawić takimi rzeczami, i co? Jak do ściany. Już wieszak w łazience aby prędzej pojął niż ty... ty... ty... – skrzywiła się, a jej złość, wzburzenie i napad szału jakby odeszły w niepamięć. –Co tu tak śmierdzi? Spojrzała ze zgrozą w dół i dostrzegła, iż stoi precyzyjnie pośrodku dorodnej pomidorowej kałuży, a jej skórzane kozaczki i aksamitna lamówka bawełnianej spódnicy toną bezradnie w gęstym, lepkim kremie o dość intensywnym, średnio przyjemnym zapachu.