beztytułka co to jest
Definicja: jego opuszczenia zmuszą Norę niesprzyjające okoliczności które niechcący wywrócą jej.

Czy przydatne?

Co znaczy Beztytułka

Słownik: Nora to niedoszła 16latka Póki co nie przeżywa pierwszych egzaltacji statystycznej dojrzewającej dziewuchy i nie zamierza uciekać z domu Jednak do jego opuszczenia zmuszą Norę niesprzyjające okoliczności które niechcący wywrócą jej życie do
Definicja:

Tzw. rozdział drugi

O godzinie dwunastej czerwony ford wyjechał z małej uliczki Broster Road, a następnie skręcił w Drogę Północną, prowadzącą na obrzeża miasta. Nora siedziała z tyłu i z trudem powstrzymywała odruch wymiotny. Było jej okropnie niedobrze, a czaszkę rozrywała migrena. Próbowała się zdrzemnąć, lecz gdy tylko zamykała oczy w jej wyobraźni pojawiał się pulsujący obraz kwadratowych kół, absurdalnych wytworów, które potęgowały ból głowy.
Po godzinie jazdy spędzonej niemalże w całkowitym milczeniu, dziewczyna przetarła senne oczy i postanowiła zadać pytanie, które od dawna cisnęło się jej na usta.
-Eeee, tato...
-Hę?
-Tego, no... – wciąż jeszcze mogła zmienić temat, porozmawiać o pogodzie, lecz zaryzykowała. –Mówiłeś, iż mamy spore problemy finansowe...
-No, najweselej to teraz z nami nie jest, a o co chodzi?
-ponieważ... tak sobie pomyślałam, przecież moglibyśmy sprzedać samochód, nie?
tata wybałuszył na nią swe ogromne zielone oczy i gapił się tak długo, że dziewczyna musiała przypomnieć mu, iż ciągle jadą raczej ruchliwą autostradą i wypadałoby od czasu do czasu zwrócić uwagę na drogę.
-Chyba żartujesz?! Mojego Berlinga? –mężczyzna wyglądał na prawdziwie oburzonego.
-To oznacza... ja wiem, iż ty go lubisz, lecz czy nie uważasz, iż to rozwiązałoby chociaż na jakiś czas nasze kłopoty?
-Nora, a ty zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, czym jest przywiązanie? 9 lat wspólnie, na dobre i na złe, w pogodzie i niepogodzie, a teraz co? Miałbym go tak zwyczajnie sprzedać? Jak ty to sobie wyobrażasz? Zresztą, jak aby się poczuł Berling? Porzucony poprzez pana, wymieniony bezwzględnie na kilka banknotów?
Ach tak. Nora zapomniała, iż samochód ojca czuje. Czuje, myśli, mówi, słucha... –Szkoda, iż nie robi herbaty – powiedziała do siebie w duchu.
-A jeżeli nie będziesz miał za co kupić benzyny, to chyba twój skarb padnie z głodu, hę?
Mężczyzna zasępił się, jednak po chwili na jego twarzy zagościł przerażający, złowieszczy uśmiech.
-Najwyżej zostanę taksówkarzem. Jak myślisz?
Dziewczyna nie miała definicje, czy >>tata żartuje, czy także snuje całkiem poważny plan, który ma zamierzenie wprowadzić z życie...

Gdy wjechali na polną drogę, z licznymi dziurami i wybojami, zaczęło padać. Wielkie i ciężkie krople uderzały z nieznośnym hukiem w szyby i dach samochodu, a Nora słuchała tej deszczowej symfonii i wiele rozmyślała. Z nerwów zaschło jej w gardle, a na samą myśl o tym, iż z każdą minutą przybliżają się coraz bardziej do celu podróży czuła ścisk w żołądku.
-Daleko jeszcze? – zapytała niepewnym głosem.
-Hmn... – >>>tata wahał się, co odpowiedzieć. –W sumie... to... powinniśmy być już na miejscu... Czekaj, muszę coś sprawdzić, podaj mi mapę, leży za moim siedzeniem. Dziewczyna schyliła się i wyciągnęła rękę. Wymacała butelkę z wodą mineralną, puste opakowanie po gumie do żucia i dwa nie piszące długopisy, lecz mapy nigdzie nie było. Kiedy wyginała się coraz wymyślniej, aby odnaleźć ‘Przewodnik po Anglii dla kierowców’, samochód gwałtownie zahamował. Nora sturlała się bardzo niezgrabnie na podłogę i przywaliła czołem prosto w metalowy wieszak przymocowany z tyłu fotela. Rozcierając stłuczone miejsce, słyszała jak >>>>tata przeklina na lewo i prawo, odpina pasy i wysiada z samochodu. Gdy się podniosła i wychyliła głowę poprzez okno, zobaczyła go purpurowego ze złości, gestykulującego groźnie pięścią w stronę jakiejś... kobiety? To chyba zbyt wiele powiedziane.
Na środku drogi stała dość niska, choć krępa osoba, przywdziana, chociaż bardziej pasowało aby tu wyraz owinięta w łachmany; miała na sobie nieudolnie połataną, szarą płócienną sukienkę, przewiązaną w pasie kilkoma splecionymi w warkocz rzemykami, na głowie zniszczony i brudny słomiany kapelusz, który w znacznej części przysłaniał twarz, na stopach zaś skórzane, znoszone klapki.
Wydawała się bardzo spokojna, patrzyła gdzieś w dal, zupełnie nie zwracając uwagi na słowną i fizyczną gimnastykę mężczyzny.
-Cholera jasna! Czy pani do reszty zgłupiała?! – nie czekał na odpowiedź. –faktycznie.... rozum pani odebrało? Wyłazić znienacka na sam środek drogi...i stać bez definicje... Słyszy mnie pani w ogóle?
Kobieta sprawiała wrażenie, jakby była dokumentnie głucha. Odwróciła się plecami do ojca Nory, rozprostowała ręce, wyciągając je leniwie w stronę słońca, i wzięła głęboki oddech.
-No nie! Nie dość, iż niemądra, to jeszcze bezczelna! Mówię coś do pani, mogłem panią przejechać, przecież gdybym się w porę nie zatrzymał... lub co najmniej stracić panowanie nad kierownicą i uderzyć w... – chciał powiedzieć ‘drzewo’, lecz w jednej sekundzie zdał sobie sprawę, ze w promieniu kilometra, oprócz szumiącej zielonej trawy i kilku urokliwych krzaczków nic nie rośnie. –Cholera.... – pomyślał. –W każdym razie, mogła pani wywołać wypadek, rozumie pani co mówię?!
Kobieta westchnęła, obróciła głowę i popatrzyła obojętnie na Phillipe’a. Zmarszczyła brwi i skierowała swój wzrok na czerwonego forda. Zaczęła iść w jego kierunku, lecz mężczyzna błyskawicznie zagrodził jej drogę i zagroził: O nie! Od mojego Berlinga won! Niech się pani nawet nie waży...
lecz ona się ważyła. Podeszła bliżej, obejrzała go precyzyjnie ze wszystkich stron, a Phillipe stał bezradnie w osłupieniu i modlił się, aby niczego nie dotykała. Staruszka pochyliła się i zajrzała do środka. Dojrzała skuloną na siedzeniu Norę i wbiła w nią własne szare oczy. Uśmiechnęła się jakoś tak dziwnie, obnażając pożółkły, zniszczony i niekompletny garnitur zębów. Nabrała do płuc możliwie najwięcej powietrza i chuchnęła z całych sił na szybę, przy której siedziała Nora. Dziewczyna błyskawicznie odskoczyła, jakby bała się, iż nieznajoma ma w gardle ukrytego kałasznikowa. Z podejrzeniem wymalowanym na twarzy przyglądała się poczynaniom starej dziwaczki. Ta z kolei, nie czekając ani chwili, na świeżo zaparowanym szkle nakreśliła brudnym paluchem dwie strzałki. Jedną skierowaną do góry, drugą w prawo. Wyprostowała się, odwróciła do całkowicie zdębiałego Phillipe’a, zachichotała w duchu i odeszła koślawym krokiem, zostawiając na środku drogi nieco oszołomionych Norę i jej ojca, który z tego wszystkiego zaczął gadać sam do siebie...
-Boże...co za baba... co za ciemna, nieogarnięta masa....–był tak zdenerwowany, iż aż trzęsły mu się ręce.– I niech mi ktoś teraz powie, iż najwięcej wypadków w ogóle nie powodują kobiety...
Ochłonął, westchnął ciężko i nacisnął pedał gazu.
-Pff... co za dzień... a ty, jak tam, żyjesz? Zdawało mi się, czy spadłaś z siedzenia?
-Nie, nie, zdawało ci się... – wymamrotała ciągle masując czoło. –Zlokalizowałeś mapę?
-Nie bardzo... Może jest w bagażniku... Może... a może nie, dobra jedziemy na czuja, najwyżej po drodze kogoś zapytamy.
> lecz po drodze nie było kogo zapytać. Po ok. 10 minutach dotarli do rozwidlenia. >>>>>tata zatrzymał samochód i stęknął. Nora spojrzała na niego ukradkiem i przygryzła wargi.
-Ja kręcę... prawo, lewo... kurde, Nora, rzut kostką czy ciągniemy wykałaczki?
-W prawo – wyszeptała.
-Co mówisz?
-W prawo. Jedźmy w prawo.
-W prawo powiadasz? Widzenia jakieś miałaś? Ja tam bym pojechał na lewo...
Dziewczyna nie była pewna czy chce opowiedzieć tacie o dziwacznym rysunku jaki nakreśliła na szybie staruszka.
- zwyczajnie... Tak mi się wydaje... –wiedziała, iż ta argumentacja nie brzmi zbyt przekonująco.
-No nie wiem...
-Chociaż raz w życiu mnie posłuchaj, dobra?
-Dobra, dobra... >> lecz jak zabłądzimy...
-Oj nie gadaj tyle, tylko jedź!
Cały czas myślała o tamtej kobiecie. Jej oczy i tajemniczy uśmiech ciągle nie dawały spokoju Norze. I do jasnej ciasnej! Co miały oznaczać te strzałki?! – sporo myśli kłębiło się w głowie dziewczyny. Modliła się w duchu, aby skręt w prawo okazał się błędem, aby droga, którą wybrała nigdzie ich nie zaprowadziła.
A co najmniej nie tam, dokąd zmierzali.


* * *

Przydrożne krzaczki, które dotychczas rozsiane były bardzo ubogo, zaczęły powoli gęstnieć, przeradzać się w pokaźniejsze drzewka, aż nareszcie przeobraziły się w ciemny las mieszany. Popołudniowe słońce prażyło coraz mocniej, a Nora zrobiła się senna. Sięgnęła do plecaka po jabłko, >> lecz tylko je powąchała, po czym odłożyła z powrotem. Nie była głodna. Nerwy wypełniły jej żołądek. Miała dość tej przeciągającej się podróży, po raz pierwszy od miesiąca chciała znaleźć się już na miejscu, poznać pana Beardsley’a i mieć za sobą wszystkie w najwyższym stopniu stresujące chwile. Włączyła discmana, włożyła słuchawki do uszu i rozkoszowała się muzyką swojego ulubionego zespołu. Przymknęła oczy i zaczęła pstrykać, naśladując rytm piosenki.
W pewnej chwili samochód zatrzymał się po raz następny.
-Co znowu? – zapytała nie otwierając oczu.
-No. Chyba jesteśmy na miejscu. – odpowiedział >>>>>>tata dziarskim tonem. – Masz niezłą intuicję, ja bym błądził i błądził...
-CO? – dziewczyna gwałtownie się poderwała, aż słuchawki wypadły z małżowin i potoczyły się leniwie w dół -Jak to na miejscu?
-No... widzisz tę tabliczkę?
Nora wyjrzała poprzez okno i przeczytała napis na prostokątnym czerwonym szyldzie:

Ipswich 119km
Norwich 78km
Wickerwink 6 km
-O cholera...-dziewczyna nie wierzyła w to, co zobaczyła.
- iż co? – >>>>>>>tata nie był pewien czy dobrze usłyszał.
-To oznacza... jestem cholernie zmęczona, eee... dobrze, - iż już dojechaliśmy. – powiedziała bezbarwnym tonem.

A może to sytuacja? Zbieg okoliczności? Może tamta kobieta jest chora lub - zwyczajnie lubi rysować strzałki?

Mijali właśnie ponure cmentarzysko, kiedy zerwał się porywisty wiatr. Targał na lewo i prawo opadłymi z drzew liśćmi, uderzał głucho w szyby samochodu. Mimo wczesnej pory – była dopiero czternasta – zrobiło się pochmurno. Ciemne nimbusy przysłoniły czerwcowe słońce, a Nora poczuła chłodny powiew, oplatający jej szyję i ramiona.
Droga stawała się coraz bardziej kręta i wyboista. Żwir, piasek i drobne kamienie, którymi była usłana chrzęściły nieznośnie pod kołami. Phillipe zaczął nucić pod nosem jedną z popularnych angielskich melodii, >> lecz tak fałszował, - iż Nora wymyśliła byle pretekst, aby zagaić rozmowę i skończyć ten okropny koncert.

-Eee... tato, powiedz mi, tak mniej więcej, ile ja będę musiała mieszkać u tego Beardsley’a?
-Ja wiem? Z miesiąc, góra dwa, myślę, - iż z pewnością nie dłużej. Znajdę pracę, urządzę nam jakieś przyzwoite mieszkanie i ani się obejrzysz, a już po ciebie przyjadę. A co? Martwisz się czymś?
-Nie... skąd. Tak się tylko zastanawiam... A jak tam chomiki J.J’a? Rozmnożyły się już?
>>>>>>>>tata Nory zdawał się być zaskoczony tym niecodziennym pytaniem. Odwrócił się i popatrzył na córkę podejrzliwym wzrokiem.
-Nora, o co chodzi? Co ty znowu kombinujesz?


Dziewczyna była zdesperowana, gotowa do podtrzymywania jakiegoklwiek tematu, byleby jej tacie nie przeszło poprzez myśl kontynuowanie nieznośnego "śpiewania".


-Nic, nic. - zwyczajnie... pomyślałam, - iż jeżeli miałby mieć małe... to oznacza ten chomik oczywiście... to... moglibyśmy wziąć jednego? lub dwa... zawsze chciałam mieć chomika.
-O nie! Dobrze wiesz, - iż mam uczulenie na sierść gryzoni. Oprócz tego... to takie niepraktyczne zwierzęta... Małe, strachliwe, śmierdzące. Obiecuję, - iż jak wrócisz, kupimy sobie psa, około?
- około?? >> lecz ja wybieram rasę.
-Dobra, tylko błagam – nie ratlerki, one się jakoś tak wciąż trzęsą dziwnie...


To miała być zwykłą gadka – szmatka, a zakończyło się na deklaracji zakupu psa. –Nieźle, nieźle – pomyślała. –Oby tak dalej, a zajdziesz wysoko... – jakiś mały przedsiębiorczy diabełek zadomowił się w jej głowie. tacie przeszła ochota na śpiew, więc Nora nie musiała zastanawiać się nad następnym tematem rozmowy. –A może... –szeptała sobie w duchu -...gdybyśmy pogadali jeszcze chwilę, to obiecałby mi samochód? lub chociaż motor... kurde...
-Hoho! – mężczyzna okrzykiem Świętego Mikołaja wyrwał dziewczynę z zamyślenia. –Popatrz na tę bramę przed nami!
Nora wychyliła się lekko ze swojego miejsca i aż jej szczęka opadła, gdy zobaczyła kilka połączonych ze sobą desek, tworzących bardzo niestabilny, powykrzywiany łuk i przybity do niego metalowy, choć zardzewiały napis ‘Wickerwink zaprasza!’. Stare, powyginane, obrośnięte tlenkiem żelaza litery w ogóle nie wyglądały zachęcająco.
Samochód stanowczo zwolnił, nieopodal stał gdyż ostrzegawczy symbol drogowy z dorodną dwudziestką wymalowaną na białym tle. Nora przeczesała nerwowym ruchem dłoni własne kręcone brązowe włosy. W jednym momencie poczuła ten znajomy ścisk w żołądku, a zimny pot oblał jej czoło. Oparła ręce na kolanach i wtedy zauważyła, - iż dłonie lekko dygocą. Przełknęła ślinę, wzięła głęboki wdech, >> lecz nadal czuła się nieswojo. Wjechali na Trasę Wylotową, a dziewczyna chciwie łapała każdy obraz nowego miejsca. Kiedy czerwony ford poruszał się z prędkością szybkiego piechura, > >>>>>>>>>tata Nory wyciągnął z kieszeni spodni małą żółtą karteczkę i przeczytał na głos:
-Szlak Czterech Wrzosów 11, hmn, co najmniej wiemy czego szukać, czekaj zaraz kogoś zapytamy...
Wysiadł z samochodu, podciągnął dżinsy, które w czasie prawie pięciogodzinnej jazdy zdążyły się nieco obsunąć, odchrząknął i rozejrzał się wokół. Naprzeciw siebie ujrzał ogromną, drewnianą, rozpadającą się chatę z zabitymi oknami i niepasującymi metalowymi drzwiami bez klamki. Nieopodal wejścia leżał na trawie najprawdopodobniej stalowy łom i kilka niedbale rozrzuconych kurzych piór. Z wnętrza domu dochodziły przeróżne odgłosy; mlaskanie, sapanie, tupanie i rzężenie, ale Phillipe nie był pewien, czy chce się przekonać kto albo co wydaje te dziwne dźwięki.
-No, nieźle – szepnął do siebie. Zrobił kilka kroków w prawo i w ten oto nieskomplikowany sposób znalazł się na Ulicy Zbocznej.
-Co do cholery! – zaklął głośno, gdy tylko przeczytał krzywo zawieszoną tabliczkę z nazwą.
W Ulicę Zboczną wcinał się dosyć niezgrabnie Podwójny Szlak; i tak wąski już chodnik przedzielony został zielonym pasmem trawy na którym w całkiem równym rzędzie rosły topole. Mężczyzna zmarszczył brwi i podrapał się po nieogolonej brodzie. Nie bardzo mu się podobało miejsce, w którym na czas bliżej nieokreślony miała zamieszkać jego córka. Podszedł niepewnym krokiem do pierwszego domu z prawej. Ten wyglądał na nieco bardziej cywilizowany. Podobnie jak wcześniejszy był drewniany, ale z solidną betonowa podmurówką, cały pomalowany na kolor kwitnącej, kremowej róży. W oknach widniały śnieżnobiałe koronkowe firanki, na parapecie zaś stały świeżo podlane, doniczkowe begonie.

- co najmniej jest klamka – pomyślał oglądając srebrną gałkę. Nacisnął palcem wskazującym przycisk dzwonka. Mijały sekundy, jednak nikt nie odpowiadał. Słyszał czyjeś krzątanie się w środku, więc zadzwonił ponownie, ale i tym wspólnie nie doczekał się odzewu. Podszedł do okna i próbował sprawdzić, czemu nikt nie otwiera, niestety misternie, gęsto uplecione koronki mu na to nie pozwoliły.
-A pan czego tu szuka? – usłyszał za plecami wścibski, syczący głos.
-Ja tylko...- miał zamierzenie zacząć się wyjaśniać, ale gdy odwrócił głowę i spojrzał na mężczyznę, który go zaczepił, z ogromnym trudem powstrzymał parsknięcie śmiechem. Miał oto przed sobą dość szczupłego, wysokiego blondyna w przekomicznym stroju XIX-wiecznego żandarma.
-Słyszy pan? To niedozwolone i niemoralne podglądać w biały dzień młodą damę!
Zamiast przyznać mu rację i przeprosić za własne iście nieetyczne zachowanie, Phillipe zainteresował się złotymi guzikami na czapce żandarma i wykrzywił twarz w niekontrolowanym uśmiechu.
-Ależ... ja nic złego nie robię... chciałem tylko zapytać o drogę... Może pan zechce mi... ekhm... –stłumił następny napad radości – eee... pomóc?