deratyzacja co to jest
Definicja: Zimą przechodzenie poprzez dziesięciometrowy korytarz dzielący mieszkanie od ubikacji.

Czy przydatne?

Co znaczy Deratyzacja

Słownik: Zimą przechodzenie poprzez dziesięciometrowy korytarz dzielący mieszkanie od ubikacji jest udręką
Definicja: szczególnie, gdy obudzić się w środku nocy: ciepło pościeli oddala się nagle, brutalnie i następuje bolesne przebudzenie – wtedy cudem unikam hałaśliwego obijania się o ściany, wymijam jakoś stojącą w połowie korytarza szafę – barykadę, z trudnością trafiam palcami w pokrętło zamka i drżącym sercem odliczam jego dwa głośne, krzyczące obroty. Później jest wysepka podestu na klatce schodowej i kolejne drzwi, które otwierać można śmielej, nie troszcząc się o zachowanie ciszy; wewnątrz trzy maleńkie klitki, uszeregowane pokornie po prawej: wspólna ubikacja, i dwie łazienki, ledwo mieszczące wanny. Po lewej przejście, łącznik zabarykadowany pralką sąsiadki. W naszym boksie wanna o wysokich bokach, stara, zniszczona i pożółkła – Anka zszargała sobie ręce, próbując przywrócić jej białość – krótka, okropnie nieforemna. I nasza muzealna pralka, automatyczna wprawdzie, lecz zużyta tak, iż co tydzień wymaga przeglądu - kiedy podnoszę jej pokrywę, czuję się jak u wejścia do labiryntu – plątanina kabli, które niegdyś różniły się kolorami, a teraz stanowią tylko część szarobrunatnej, tajemniczej maszynerii, która da się naprawiać jedynie intuicyjnie, nawet z zamkniętymi oczami; awarie pozbawione są logiki, więc moje pace elektryka-dyletanta nie czynią szkody jej wnętrznościom. Nie mając innych podobnych możliwości, godzę się ze statusem niepełnosprawnego czarnoksiężnika, maga, który utracił prawa do większości zaklęć. lecz zimową nocą, stęskniony za powrotem do łóżka, nie mam i nie chcę mieć nadziei na nic innego niż powrót snu. Przełomowy fragment mojego somnambulicznego kołysania się między snem, a zamarzaniem przypada na przekradanie się w okolicy łóżeczka Irki – fakt, jej sen z reguły trwa niezmącony w noce ciche i w noce imprezowe, również wśród noworocznych salw i pojedynczy śpioch, brnący przez noc i szorujący po ścianie czy po krawędzi serwantki, nie może zburzyć tego spokoju w żaden sposób. Niemniej jednak, na wszelaki wypadek, przemykam na palcach, naśladując bezwiednie styl pijanych mężów wracających na łono rodziny i pod ostrzał żon o jakiejś nieprawdopodobnej, mrocznej, środkowo nocnej godzinie.
I kiedy już wsuwam się pod rożek kołdry, przypomina mi się historia określająca przedziwnie smak tej zimy, banalna i magiczna. I jak zazwyczaj jedyna w swoim rodzaju.

Zima nas wytresowała i to bardzo solidnie – była bardzo, bardzo wymagająca. W gruncie rzeczy – gdy mówić o tym, co wyprawiała z naszymi nocami – byłem jedynym pechowcem, któremu aż tak dały się we znaki te śródnocne eskapady, poprzez nieogrzewany korytarz i gwiżdżącą przeciągami klatkę schodową – powinienem za to winić wyłącznie moje nadwrażliwe nerki i lekki sen, który czmycha przy lada okazji, aby tuż przed świtem zamieniać się w sen kamienny.
Nie mam definicje, jakim cudem zgodziliśmy się płacić horrendalne komorne za najmniej szczelną i najgorzej ogrzewaną lodownię przy słynnej ulicy piotrkowskiej w pewnym mieście, którego nazwę czasem lepiej przemilczeć. Być może wybierając lokum, wyczułem intuicyjnie te niesamowite, inspirujące możliwości, kryjące się w odbywaniu regularnych nocnych manewrów, powodujących chroniczne zapalenie oskrzeli lub przeciwnie: uodparniających na wszystkie już szczepy chorobotwórczego świństwa.
Żyliśmy tam w wielkiej łagodności, trwającej mimo straszliwego pośpiechu naznaczającego nieodwołalnie moje życie. Anka wypychała mnie z łóżka o piątej z minutami: jedyna efektywna sposób odrywania od snu zaprzysięgłego i wytrwałego piecucha, zdezorientowanego fatalnie poprzez kolejne trzy kwadranse, starającego się oszukać senność papierosem i dwoma ogromnymi kubkami kawy, najlepiej parzonej po turecku, do której po pięciu minutach parzenia wlewa się naparstek zimnej wody, aby nie poparzyć sobie ust, które nie czytają jeszcze gradientów temperatury; szybkie śniadanie jedzone pod czujnym okiem zegarka pilnującego, bym nie przegapił najdogodniejszego autobusu. Nic zresztą nie mogłoby się zdarzyć rankiem, gdyby Anka nie wychwytywała tak błyskawicznie żałosnego westchnienia ciszy, rozcinanej rachitycznym popiskiwaniem mojego mikroskopijnego budzika.
Ostatnie dwa czy trzy zgodne z ceremoniałem duże, prawie dławiące łyki kawy, pocałunek na czole Anki, neseser – plastykowy piekielny rezonator – przewracający się w mrocznym przedpokoju i chwytany w ostatniej chwili, zanim rumor rozwścieczy wszystkich nieskazitelnie sennych domowników i, poza planem, rozpocznie dzień lawiną – awanturą.... wymagana jest więc rozpaczliwa robinsonada w obronie ciszy i bezpieczeństwa wypoczynku.
Później pozostawało mi oswobodzić palce zapętlone w sznurowadłach, dopiąć kurtkę i szczękając zapalniczką odpływać ku drzwiom wejściowym, grubym, ciężkim i obleśnie kremowym od wewnętrznej strony. Klatka podwórka, w której czaiły się wszelakie wiatry nocne i poranne, chłód i wilgoć, tunel wąskiej bramy, gdzie niejeden raz przyłapywał mnie zielony jaszczur: rozpędzony i hamujący w ostatniej chwili samochód gazeciarza ( to jedyne w swoim rodzaju miejsce na świecie – nigdy przedtem i nigdy później nie widziałem gazeciarza rozwożącego pierwsze wydania dzienników roverem 620 ze skórznymi fotelami).
I dalej: brnięcie poprzez wydeptane śniegowe błoto na wszystkich chodnikach, prostowanie kości, uszczelnianie szalika. Anka pochrapywała znów, gdy ja domagałem się od kioskowej sprzedawczyni wyrwania z pliku niedawno przywiezionej prasy wielce pożądanego przeze mnie numeru Wyborczej, goniłem za tramwajem, wsiadając wprost w zamykające się drzwi, dwa niezauważalne przystanki gdzie zbierano dalszych niedospanych marzycieli, gwałtowne katapultowanie się, papieros w usta, bieg poprzez ożywający z wolna plac targowy, noszący to samo imię, co aleja, przy której spędziłem 18 lat dzieciństwa w innym, nielubianym i brudnym mieście, maleńka chwila pauzy na następnym przystanku, dopalić papierosa, odsapnąć – wreszcie moszczenie się na którymś z tylnych siedzeń autobusu, aby przetrać trzy, może cztery minuty oczekiwania i dwudziestopięciominutową podróż.
Tak to sobie było. Dobrze było. Dzień po dniu - czasami ciężko – lecz pięknie także, nieustająco pięknie. Przetrwaliśmy w tamtym mieszkaniu porę straszliwej biedy, gdy Anka dokonywała cudów, mnożąc śmieszne kapitał i dając mi miłość najpełniejszą z tych, które znałem. Warto było trudzić się tam. Dobrze było.
Ślady na mydle zauważyła Anka; zauważyła i postanowiła dać upust wszystkim swoim wątpliwościom. W okresie najsurowszej dla nas biedy, którą przetrwaliśmy dzięki systematycznemu uszczuplaniu kuchennych zapasów mamy Anki , gdy włóczyłem się całymi dniami ze spotkania na spotkanie, zdesperowany do ostateczności, gotów podjąć się każdej pracy, byle tylko od zaraz, dotknęła nas przedziwna plaga, fatum jakieś wręcz, które sprawiało, iż ilekroć Anka przynosiła do domu – promienna, triumfująca, rozradowana, jak po zakupach w makro cash & carry – mydło wyszperane w niekończących się, nieprzebranych i w zasadzie niezbadanych do końca zasobach jej mamy, pochodzące z tajemniczych szaf w jej artystycznie, bajecznie zagraconym mieszkanku na ostatnim piętrze rozsypującego się z wolna bloku, mydlana zdobycz znikała. Niepojęte – położyć mydło w łazience i przy kolejnym do nie nawrocie mydła już nie zastać, nie znaleźć...
Opodal nas, w pierwszym z trzech mieszkań, zlokalizowanych przy wspólnym korytarzu, mieszkała schorowana starowinka, dzieląca z nami nie tylko wspólne wejście ale również łazienkę – to jej pralka tarasowała połowę wejścia do domeny detergentowych, olfaktorycznych miraży i szumu wody w wannach. Opiekowały się nią na zmianę trzy zacne niewiasty, wynajęte poprzez syna podopiecznej, przybywającego z rzadka zza oceanu, gdzie pracował od lat. Zdziwaczenie staruszki w zasadzie nie przekraczało norm, do których zdążyłem nawyknąć poprzez wszystkie lata zbierania doświadczeń w mniej albo więcej sublokatorskich układach. Niekiedy, prócz zdawkowej zamiany powitań, zatrzymywała mnie na korytarzu i zdarzało się nam zamienić parę słów, aczkolwiek nie byłem w takich rozmowach biegły i nieco się przed tym migałem. Nie odstręczał mnie wbrew pozorom jej wiek, ani w pełni usprawiedliwione wiekiem zdziwaczenie ani natręctwa tematyczne, pojawiające się w takich króciutkich rozmowach, tak schematyczne i przewidywalne, iż można aby je skatalogować w komplecie już po kilku dniach znajomości – a znaliśmy się już blisko dwa lata. Obawiałem się swego braku wprawy i idącej w ślad ze tym niewybaczalnej niedelikatności - staruszka jawiła się tak kruchą i wiotką, iż jakieś nieprzemyślane wyraz, zaczerpnięte gdzieś z zapasów wykorzystywanych pośpiesznym i codziennym rozmowom z dalszymi znajomymi mogłoby ja unicestwić, spopielić. Z zaangażowaniem używałem kilkakroć telefonu, przyzywając pogotowie, dreptałem zniecierpliwiony w poprzek bramy, aby pokierować zirytowanych sanitariuszy w meandrach przejścia poprzez podwórko, doglądałem biegu spraw i odchodziłem dopiero upewniony co do pomyślnego finału.
Otóż śmieliśmy domniemywać, iż mydło znika za sprawą opiekunek staruszki...
Za pierwszym wspólnie uznaliśmy to za śmieszne nieporozumienie towarzyskie, zbyt pogodni, aby zaprzątać sobie głowę drobiazgami bez znaczenia; za drugim wspólnie byliśmy chyba odrobinę skonfundowani; za trzecim wspólnie smagnęło nas nieco mocniej, ponieważ nie było czym umyć dziecka, a rzecz wyszła na jaw zbyt późnym wieczorem, aby Anka mogła podjąć wyprawę ratunkową do mamy, zaś stan mojego portfela tamtego akurat dnia nie pozwalał nawet na zakup opakowania po mydle. A więc było niewesoło.
Uradziliśmy wreszcie nosić mydło za każdym wraz z sobą – a w łazience wyłożyliśmy na wabia mały kawalątek szarego mydełka, wyszperany w momencie poszukiwań prowadzonych w naszej archaicznej kuchni, z archaicznymi niespodziankami czającymi się w każdej szufladzie, za każdą półką i w ogóle wszędzie – wcześniejsza lokatorka, również wiekowa, miała nieco szczególne poglądy na lokowanie potrzebnych do życia elementów i rozmaitych, czasem niewytłumaczalnych rezerw.
I oto z nadejściem pory szarego mydła rozpoczęła się także prawdziwie pora zagadki, która z dnia dziennie nurtowała nas coraz mocniej i chwilami napełniała niepokojem i przestrachem.
Któregoś dnia Anka wróciła z łazienki z niezmiernie chmurną miną; kiedy zerknąłem na nią znad papierów, przestraszyłem się nie lada i na wszelaki wypadek zacząłem czynić rachunek sumienia, lecz mimo wysiłków nie odnotowałem tam żadnej niezmytej wanny, rozsypanego proszku do prania czy węża spustowego pralki porzuconego niedbale gdzieś w zakazanej okolicy. Po kilkunastu minutach bąbel milczenie pękł i Anka, ot tak, mimochodem zapytała, czy nie wiem przypadkiem – przypadkiem ! – kto podrapał mydło... Zapewne moje zaokrąglone oczy stanowiły wystarczająco wymowną odpowiedź, więc w rewanżu i na przeprosiny za minę burzową otrzymałem uśmiech świątecznie piękny – czego skądinąd nie omieszkałem odnotować w notatniku mojej miłości gdyż dowód rzeczowy do mieszkania wspólnie z Anką nie przybył, poganiany raczej poprzez ciekawość niż poprzez pełen pęcherz, pobiegłem do łazienki przeprowadzić wizję lokalną. Dziewicze niemal, czasem raptem spryskane wodą poprzez Irkę, przedwojenne chyba mydełko nosiło wyraźne ślady zadrapań – wyglądało to na ślady zapałki, nożyka albo... spinki do włosów. Po powrocie zaleciłem Ance odbycie poważnej rozmowy wywiadowczej z Irką kolejnego ranka, najlepiej w drodze do przedszkola i uznałem temat za skończony.
Byłem w błędzie. Wszyscy byliśmy w błędzie, nie doceniając przemyślności bestii...
Gdy następnego dnia wróciłem, już nie szukający pracy, lecz szczęśliwie pracujący od siódmej rano do bliżej nieokreślonego wieczora, co kończyło się przeważnie powrotami w porze dobranocki, kolacją wrzucaną w usta gdzieś w kącie kuchni, aby nie zagłuszać wrzasku telewizora, który trudził się przekazywaniem informacje i rozrywek; gdy wróciłem spragniony wyłącznie dobrych nowin, zamiast deseru dostałem w miseczce kawałek mydła, składający się głównie z rys i wyżłobień, poczynionych bez wątpienia tym samym narzędziem, co poprzednio. Nowym elementem okazał się ubytek w narożniku kostki – byłbym gotów przysiąc, iż chodziło o ślady zębów!
Zrozumiałem, ze jestem w kropce - okazało się to tym bardziej dotkliwe, kiedy Anka tonem nader refleksyjnym streściła mi wszystkie pró aby wyduszenia z Irki choćby strzępka informacji o zabawie mydłem. Współczułem Ani - to musiał być morderczy dzień. Cóż, zagadko...
Anka umyła dzieciora, ja opowiedziałem którąś z rzędu bajkę wymyśloną ad hoc, przy których mnie samego ogarniała senność przetykana tęsknotą zagnieżdżoną gdzieś we wspomnieniach z dzieciństwa, gdzie moimi towarzyszami zasypiania były niemy pokój i czarna, przerażające jak zaczajony smok pianino, którego bałem się już za dnia i które gdzieś w tajemnych nurtach podświadomości raz na zawsze określiło mój chłodny relacja do sporych instrumentów muzycznych.
Porzuciliśmy skupienie nad sekretami mydła, zamknęliśmy starannie pokój dziecinny, wtuleni w siebie obejrzeliśmy beznamiętnie video, który w sumie nie zasługiwał nawet na zapamiętanie tytułu; oddaliśmy kilkadziesiąt min. rytuałom prysznica i niebieskich szczoteczek do zębów, co to mogliśmy je rozpoznawać tylko po kształtach, a później wymieniliśmy żarówki za małą naftową lampkę, z której korzystaliśmy regularnie i skwapliwie – i kochaliśmy się zapamiętale, długo i delikatnie, mrucząc przed zaśnięciem coś na temat nieszczęśników, którzy nie umieją dość efektywnie chronić swego życia przed śmiercionośnymi powiewami rutyny.
Dzień – nowy dzień – przyszedł tak samo jak przychodziły przed nim inne, wypełnił się prędko i nadspodziewanie prędko pozwolił mi wrócić do domu. Zmordowany całodziennym ślęczeniem przy monitorze, wyplątując się z niedokończonych rozmów telefonicznych w trzech językach i tysiąca innych spraw tkwiących w kręgu moich zawodowych miłości, pokornie pomaszerowałem z dwoma wiadrami do łazienki: jedno do opróżnienia, drugie na świeżą wodę. W zawieszeniu między niemal odruchowymi czynnościami poczułem się obserwowany; nie byłoby to dziwne w ulicznym tłumie, gdzie każdy aczkolwiek poprzez okres może być adresatem przyciągającego magnetycznie spojrzenia - w pustej, ciasnej łazience zdawało się to jednak niepokojące. Zaczynałem się zastanawiać nad tym, którego z opiekuńczych duchów naszego domostwa należałoby obciążyć odpowiedzialnością za podglądanie, gdy mimowolnie opuściłem na chwilę głowę i tuż przy krawędzi drzwi na tle nieregularnej, burej plamy cienia ujrzałem świdrujące mnie maleńkie, bystre oko. A po chwili spędzonej w pełnym zaskoczenia bezruchu, w niedobrym oświetleniu, wytropiłem jeszcze niemal domyślne kontury futrzanych kłaków i zarys śmiałego, bezczelnego pyszczka. Gdzieś nieco dalej, prawie w całkowitym oderwaniu od niedawno wypatrzonych przejawów istnienia, leżała jaśniejsza gruba nitka, która okazała się być ogonem łakomczucha mydlarza, ponieważ teraz nie miałem już wątpliwości. Mimowolnie, bezwiednie uśmiechnąłem się - uśmiech powinien mieć wymowę uspokajającą... nie miał jednak wystarczającej siły: stworzonko znikło gwałtownie, usłyszałem jedynie krótki, metaliczny dźwięk, zapewne spod którejś z wanien. Tak oto porażkę poniosła nasza amatorska, psychiatryczna działalność; po chwili osłupienia poczułem niesłychaną wesołość i taką zaniosłem na krawędzi wiadra aż do kuchni, gdzie przywołałem Ankę i należycie dramatycznym szeptem zdałem sprawozdanie ze wszystkich postępów dochodzenia w kwestii losów mydła. Zaśmiewaliśmy się oboje tak długo, aż Irka poczuła się uprawniona do natychmiastowej czujnej ingerencji – popatrując na siebie ustaliliśmy bez jednego słowa, tylko w drżących spojrzeniach wspólną wersję oficjalną, tak ; aby przestrachu nie wzbudzić. Skądinąd zapobiegliwość niewiele potrzebna: Irka wychowywana była wg reguł tak elastycznych wobec zmienności świata, iż głupstwa nie psuły jej humoru, a zgoła niewyobrażalne było, tak aby można osłabić jej przyjazny relacja do żywych istot, ze szczególnym uwzględnieniem pająków, gąsienic i innych stworów, które dla mnie w dzieciństwie odznaczały się paskudnością zupełnie wyjątkową i straszyły poprzez wszystkie smarkate lata.
wedle przewidywaniami, pierwszym - nieomal natychmiast – adresatem Irkowego komunikatu o nowym zwierzątku domowym, stał się Pies – nasza dobrotliwa dalmatynka. Komunikat – nasycony zachwytem, euforyczna radością i entuzjazmem pod wszelkimi postaciami – został wygłoszony z donośnością nie licującą w żadnym razie z późną porą. Udzieliliśmy więc oboje stosownego napomnienia, zaleciliśmy posłuszeństwo, czujność i dochowanie tajemnicy, aczkolwiek nie posunęliśmy się do żądania przysięgi na głowę Hohusia, Lwa- iż-ho-ho, który był ulubionym lokatorem Irkowego łóżka, Irkowego plecaka, a czasami najuciążliwszym z domowników, międzypokojowym włóczykijem, szwendającym się na biurku, stole kuchennym, wersalce i we wszystkich innych miejscach do pomyślenia i tych kompletnie niewyobrażalnych również.
a więc uspokoiło się: wszystkie zjawiska zostały wytłumaczone, oswojone, nie zagrażała nam psychopatyczna czarownica, dybiąca na dziecko, zaczajona gdzieś za szafami w przedpokoju, nie grasowały tu jakiekolwiek glutowate, fluoryzujące i ośligłe duchy rodem z „Ghostbusters”.
Zapowiadało się na całkiem ciekawą końcówkę zimy. Oczywiście nim powiodło się nam zapędzić dziecko do łóżka, musieliśmy odbyć naradę, gdzieś ponad kategorycznymi i rzeczowymi pytaniami Irki: kiedy szczurek zostanie oswojony, czy będzie można się z nim bawić w pokoju i kto będzie go wyprowadzał na spacery. Lata wytrwałej i stale doskonalonej dyplomacji pomogły Ance i mnie skonstruować odpowiedź, która nie będąc w żadnym razie kłamliwą, nie była także w żadnej mierze obietnicą. ponieważ dochowania obietnicy Irka dopilnowałaby, w tym była konsekwentna, była w najwyższym stopniu konsekwentną sześciolatką, z jaką zdarzyło mi się przestawać w żadnych zwyczajnych czy niezwykłych okolicznościach.
Nadeszła sobota - w moim przypadku nie zawsze oznaczało to dzień wolny od konieczności przemykania się zaułkami świtu - ale ten dzień był prawdziwie świąteczny, obdarowujący, wyswobodzony z wszelakich pęt: planowaliśmy oddać się lenistwu i kilku niewiele nużącym drobiazgom, na które nie stało czasu w dni robocze, chyba krótsze od wszystkich innych.
Poranne pukanie do drzwi zirytowało mnie ale nie zdziwiło bardzo – normalnie kontraktowym budzikiem w dni wolne od pracy była, jakże ; aby inaczej, Irka, która wstawała zawsze z zadziwiającą w jej pokoleniu regularnością kolei warszawsko-wiedeńskiej, tym chętniej w weekendy, - iż restrykcje dotyczące telewizora znikały jak za uderzeniem czarodziejskiej różdżki – z kolei od czasu do czasu w korytarzu łączącym wszystkie mieszkania przepalały się żarówki – i padało na mnie, permanentnie wyznaczanego do takich zajęć, mimo, - iż byłem jednym z dwóch sprawnych mężczyzn na piętrze. Nasz sąsiad nie kwapił się jednak do tego typu prac, oprócz tego z reguły bywał jeszcze trudniej uchwytny niż ja; nadto jeszcze nikt nigdy nie widział go poza sypialnią o tak absurdalnie wczesnej porze. Przekonany, - iż cel mojej nowej misji jest już jasno określony, wyszedłem z pokoju okupowanego poprzez Ankę i mnie, mrugnąłem porozumiewawczo, przyciskając palec do ust i dotykając nieobudzoną dłonią włosów Irki: delikatnie, miłośnie, powitalnie - po czym zabrałem z kuchni taboret i podążyłem do drzwi, dopinając jedną ręką koszulę i starając się nieco przytomniej otworzyć oczy, co, przyznaję było nieco syzyfowym zadaniem w sobotę, przed godziną siódmą. Otworzyłem, wybąkałem jakieś – dzień dobry - nie do końca zdając sobie sprawę z tego, kto stukał do drzwi i z czym może przychodzić. Ujrzałem zarumienioną, pucułowata twarz jednej z opiekunek staruszki – z trudem poskromiłem chęć lekceważącego machnięcia dłonią; nie lubiłem tej kobiety, szanowałem troskliwą ruchliwość wokół spraw swojej podopiecznej, lecz nie mogłem przełamać niechęci, która miała źródło gdzieś w roztaczanym poprzez pielęgniarkę przykrym zapachu nieświeżych koszul i zbyt rzadko zmienianej bielizny.
Wie pan, straszne, ja nie wiem co zrobić – plątała się w niejasnej prośbie – tam jest taki wielki – pokazała dłońmi przestrzeń zajmowaną poprzez średniej wielkości buldoga – szczur...Szczur!!!! niech go pan zabije, on nas pogryzie.... – błagała coraz rozpaczliwiej.
Zapewne wyglądałem arcykomicznie, ciągle zaspany i poirytowany, ściskając w prawej dłoni ciężki, toporny taboret; istotnie, najidealniejsze narzędzie do uśmiercania wilkołaków, złych demonów i szczurów, które uważnie przeczytały książka Arnolda Schwarzennegera o budowaniu rzeźby, zatytułowany wdzięcznie „Pumping Iron”.
Już idę – bąknąłem po raz wtóry, starając się nadać głosowi odpowiednio twardą, stalową barwę. Z pewnością nie nadawałbym się na egzekutora, tym bardziej egzekutora powstania, które cieszyło się moją sympatią i sporą dozą uznania za wszędobylską ciekawość i zdolność dyskretnego zachowania.
Po pierwsze postanowiłem, - iż nawet w obliczu w najwyższym stopniu wyrafinowanych tortur nie poddam się i nie przyznam do tego, - iż już od kilku dni wiem o tym nielegalnym sublokatorze, a od kilku tygodni śledzę z uwagą losy znikających albo zmieniających postać elementów w naszej strefie łazienki.
Po drugie nie przyznam się, - iż intencją naszej rodziny ( aczkolwiek w gruncie rzeczy tej kwestii nie dyskutowaliśmy jakoś szczególnie szczegółowo, czułem jednak, - iż jako głowa rodziny mam prawo określania ważnych stanowisk w dyplomacji śródsąsiedzkiej) jest raczej odkarmienie zabłąkanego nieszczęśnika, być może bez wstępnych deklaracji przyjęcia pod dach na resztę dni, niemniej jednak wśród przyjaznych gestów.
Po trzecie – i to postanowienie było zdecydowanie najsilniejsze – stwierdziłem, - iż bez względu na intensywność oczekiwań gawiedzi, będę wykazywał się wyłącznie gapowatością, powolnymi ruchami i dowolnymi rodzajami zeza, ale pozwolę intruzowi ujść z życiem i wymknąć się honorowo na klatkę schodową. Wytropiłem już gdyż drogę wejściową bezimiennego ciągle szczurka – mieściła się w pionie kanalizacyjnym, w wygryzionej starannie i równiutko gumowej uszczelce.
Korytarz zdobiła gigantyczna kałuża wody, rozlanej poprzez pielęgniarkę czmychającą w popłochu z łazienki – obejrzałem rozlewisko z szacunkiem, niemal na końcu języka miałem jakieś wyrazy uznania...
Nie było mi dane wyjść z łazienki prędko – komitet nadzorczy złożony z dwóch opiekunek i obydwu naszych starszych sąsiadek kontrolował z namaszczeniem wszystkie moje posunięcia – co prawda była to złudna asysta, jako - iż nikt nie ważył się wejść w ślad za mną do łazienki, z uwagi na groźną obecność arcyszczura i z racji na koszmarną ciasnotę tego świątynnego miejsca.
Trzonkiem od mopa ostukałem wanny, uderzyłem kilkakroć w pralkę, lecz nie spowodowało to w żadnym kątku najlżejszego poruszenia. Kucnąłem i udawałem, - iż lustruję pkt. po punkcie wszystkie zakamarki, srożyłem minę, posapywałem gniewnie i w ogóle starałem się o wojowniczą postawę, modląc się w duchu, ; aby nieszczęsny smakosz mydła nie wychylił wąsów w nieodpowiednim momencie.
Nie wychylił. Ufałem coraz bardziej jego mądrości.
Wracając z krucjaty, zostałem jeszcze zatrzymany – przeszedłem pośpieszne szkolenie w kwestiach technik zabijania stworów agresywnych, wijących się i skaczących, powiązane ze wszystkimi możliwymi do wykorzystania zabójczymi substancjami, które byłem zobowiązany umieścić w łazience, formując łańcuch pułapek. dostałem nawet do dyspozycji kilka smakowicie wyglądających miseczek z mieszankami gipsu, smalcu i skwarek, co wg zgodnej opinii bogobojnych doradczyń miało doprowadzić do rychłego rozpęknięcia straszliwego stworu, który objedzony skwarkami z gipsem poczuje marzenie, zaczerpnie wody z sąsiedniej miseczki i dokona żywota w należnych mu za wzbudzane przerażenie straszliwych męczarniach.
Nie podobało mi się to. Poczułem się jak inkwizytor, może niedokończony Szewczyk Dratewka – i powiedziałem sobie w duchu, - iż nie mam na to wszystko najmniejszej ochoty. Znów dyplomatycznie podziękowałem za niezliczone bezcenne porady, zobowiązałem się (krzyżując za plecami palce) do podjęcia zdecydowanych kroków, polowań systematycznych w dzień i w nocy. Itd..
Rozstawiłem w łazience miseczki ze skwarkami, gips zabrałem ze sobą, zamknąłem temat.
Spędziliśmy dzień na leniuchowaniu. później drugi. Pogoda była tak marna, - iż nie zdobyliśmy się na nic więcej niż dwa krótkie – jak na nasze zwyczaje – godzinne spacery. Trudno liczyć tu moje regularne wyprawy z psem, to już był rytuał, sześć średniodługich wypraw bez względu na warunki atmosferyczne, stan zakatarzenia, bolące plecy czy nogi w gipsie. Co do nóg w gipsie była to na razie deklaracja, złożona psu bez nacisków – jednakże i bez rozmyślań nad szczegółami technicznymi takiej misji.
Szczurek nie pokazywał się. Jednak poprzez kilkanaście następnych dni myślałem o nim coraz więcej. Obrastał w legendę i bez mego udziału. Anka i Irka płonęły z chęci ujrzenia go choćby na chwilę – niestety pozostawało nam dokładanie coraz to nowych porcji szarego mydła – skwarki pozostawały nietknięte. Zadzwoniłem nawet na Wydział Biologii lokalnego uniwersytetu, ; aby dowiedzieć się czegoś więcej – jak regularnie szczury podróżują pionami kanalizacyjnymi do wysokości drugiego piętra i co sprawia, - iż tak niesamowicie gustują w mydle...
Co kilka dni ponawiałem poszukiwania na wyraźne żądanie zniecierpliwionych sąsiadek. Irka posuwała się nawet do tego, - iż niby przypadkiem pozostawiała w łazience na noc którąś z ulubionych zabawek – tak aby szczurkowi nie było przykro.
Sąsiadki do skwarek dołączyły kilkanaście klasycznych pułapek na myszy – zniszczyłem pantofle lawirując bezskutecznie pomiędzy tymi małymi złośliwymi paszczękami.
Po następnym tygodniu dowiedziałem się – i to od Anki – - iż szczur ma na imię Lucek.
ciągle byłem jedyną osobą wobec której odważał się na wyjście z ukrycia – raz na moich oczach zupełnie bez skrępowania zrzucił mydło pod wannę – lecz na tym poprzestał; wlazł za pralkę i cierpliwie czekał aż skończę kąpiel.
Interweniowano gdzieś w administracji.
Irka wysilała wyobraźnię, wymyślając coraz to nowe zabawy, do których przystąpi niezwłocznie, gdy tylko szczurek Lucek wyzbędzie się onieśmielenia i pozwoli oswoić. Anka zaczynała być o szczura zazdrosna. – To niesprawiedliwe – wykrzykiwała gniewnie – ty go sobie przywłaszczyłeś! A kto sprząta łazienkę najpiękniej? To niesprawiedliwe i już. Ja także mam niezbywalne prawo go zobaczyć. –
Na szczęście chociaż ona jedna żartowała...
Przy jakiejś towarzyskiej okazji, gdy odwiedzili nas przyjaciele Anki wspólnie z ich dziecięciem, spędziliśmy pół dnia na układaniu piosenki, do czego zainspirował nas Roger - Odrzutowiec, z kreskówki w którymś z niezliczonych dziecięcych telewizyjnych kanałów. Naruszyliśmy niechybnie prawa autorskie do muzyki, lecz potrzeba była pilna, a uspokojenie rozbrykanej dwójki okazało się skuteczne wybitnie, gdyśmy na sześć gardeł mruczeli:

( aczkolwiek bardzo podle czuję się
I nie mam już ochoty
; aby wykorzystywano mnie
Do prac lub do psoty
Gdy garów w kuchni rośnie stos
Umyje – tylko powiedz
I nucić piosnkę będę w głos
Bom Futrzak – Zawodowiec
Gdy dzieci nie chcą bawić się
I bardzo dokazują
Gdy aura sprzyjać już nie chce
albo korki wyskakują
Gdy świnkę małą goni pies
I sam strzela korkowiec
Tam może przydać się, no, wiesz
Twój Futrzak – Zawodowiec
Gdy lala straci głowę swą
> albo złamie się pędzelek
Gdy rower jedzie w stronę niedobrą
I spada pantofelek
Nie warto próżno ronić łez
Wystarczy tylko pobiec
Gdzie czuwa i bez końca jest
Wasz Futrzak – Zawodowiec

Ustaliwszy, - iż resztę życia i wszystkie niedziele w szczególności poświęcać będziemy wyłącznie pisaniu nowych piosenek, rozstaliśmy się w pogodnych nastrojach. lecz prawie wszystkie plany spełniają się jak w piosence.
Pewnego nostalgicznego popołudnia, kiedy wracałem do domu nad słowo wcześnie, spotkałem ponurego jegomościa, który na naszej klatce schodowej rozkładał granatowe kostki trutki na szczury. Spięliśmy się okropnie – wyraziłem co do słowa całą moją opinię na temat bezmózgowca, który właśnie stara się otruć mego psa. Facet, nie przejęty, wzruszył ramionami. – niech się pan nie martwi. Niemożliwe. Spokojna głowa. Aa – i w łazience także już wyłożyliśmy trutkę. Koniec ze szczurami – zszedł ze schodów dodając na odchodnym nieomal filozoficznie następne – niech się pan nie martwi –
Udawałem, - iż się nie martwię, a z biegiem dni rzeczywiście przestawałem się martwić – kostki trucizny, których nie mogłem usunąć pod stałym nadzorem sąsiadek, leżały w łazience nietknięte, mydło znikało dalej. Za to sąsiadki, nieświadome naszego mydlanego procederu, nieco się uspokoiły. Potrząsano mi przed nosem foliowym workiem, w którym piętrzyły się rezerwy kostek, wybłagane od specjalisty od deratyzacji... Zapewne gdyby sąsiadkom zdarzyło się teraz ujrzeć szczura, uznałyby go za ducha...
Anka i Irka przyłączyły się do mojej opinii o niezniszczalności Lucka – niestety dla bezpieczeństwa Irki, musieliśmy ją przestrzec przed rozsypanymi wszędzie granatowymi kostkami – >( aczkolwiek i tak nie wędrowała do łazienki sama.
Któregoś dnia po kąpieli, stwierdziłem, - iż jedna z kostek trucizny znikła bez śladu. gdyż nigdzie nie było ofiary, zgodziliśmy się (nie wspominając ni wyrazem Irce), - iż Lucek lub uzyskał receptę na nieśmiertelność, lub postanowił odejść gdzieś w samotności.
Nie postanowił.
W parę dni później, w niedzielny ranek zastygłem w progu łazienki. Ogarnął mnie najpodlejszy smutek od dawna... wykombinowałem gdzieś szybko tekturowe pudełko i w momencie porannego psiego spaceru, gdy Anka i Irka spały jeszcze smacznie, wykonałem niewielki wykop na skwerze. Pies patrzył na mnie ze zrozumieniem, nawet miał jak ja smutną minę. I przysiągłbym, ze merdał ogonem zanim odeszliśmy
Anka zachowywała się dzielnie, ja nie – w tydzień później, wykorzystując nieobecność dziecka podrzuconego babci na cały długi weekend, przytaszczyłem do domu kilka brzęczących flaszek piwa – i zarządziłem stypę. Tu nie było nieporozumienia –Anka i ja lubiliśmy bardzo Lucka, Anka i ja podobnie lubiliśmy piwo. Upiliśmy się – leciusieńko –za zniszczenie wszystkich trutek i wszystkich niszczących pantofle pułapek na myszy.
Irka po powrocie od babci zażądała zamiast bajki o krasnoludkach, stosunku z postępów szczurka Lucka w oswajaniu. Nie miałem ochoty okłamywać jej zanadto, więc zacząłem jakieś mętne tłumaczenia o zmianie miejsca pobytu, dającej się wyobrazić gorącej szczurzej miłości, oddelegowaniu do ukochanej. Zapewne byłem nie dość sugestywny: Irka popatrzyła na mnie z politowaniem – Tak sobie właśnie myślałam. On umarł. Tylko ty mi nie chcesz powiedzieć. lecz nie martw się, to był dobry Szczurek. Z pewnością poszedł do nieba. – minę miała spokojną, lecz mała łza spływała jej po policzku. Starłem ją palcem, najdelikatniej.
-Pewno masz rację. Jak zawsze. A teraz śpij. Kocham cię. Śpij, dobranoc – mężnie zniosłem miażdżące objęcia.
W pokoju wisiała leciusieńka mgiełka dobranocnej ciszy.
Na wszelaki wypadek zgasiłem światło.
Jestem przekonany, - iż co do Lucka Irka nie myli się ani trochę.