Jak niewiele trzeba, by świat runął w gruzach,
by sny o potędze rozwiał wiatr rozpaczy,
by na czystym niebie znów szalała burza,
by bogaty duchem własne "ja" utracił...

Budowałem pałac z najskrytszych marzeń,
w którym wszyscy ludzie są dla siebie braćmi.
Po cóż tak wysoko wzleciałeś Ikarze?
By znów skończyć na dnie bezkresnej przepaści?...

Tańcząc wciąż na linie krawędzi zwątpienia,
która jest zarazem wiary mej granicą,
zapragnąłem ciepła od chłodu kamienia,
lecz tylko umarli tym szczęściem sie szczycą...

Po cóż stąpać drogą, która tylko zwodzi
z nadzieją, że kiedyś wszystko będzie pięknie?...
Gdy śmierć wyzwoleniem, po cóż więc sie rodzić?...
Cóż z daru miłości, gdy mamona brzęknie?...

Hej! Panie wszechświatów, czy dłubać swe oczy?
Czy kaleczyć ciało obcinając dłonie?
Czy uniknie grzechu, kto po ziemi kroczy?
Jak chodzić po falach, gdy kuszą wód tonie?...

Jakże marnym pyłem jesteśmy w przestrzeni
i jakże ta przestrzeń to, co w nas przerasta.
Tak niewiele mogąc, tak wiele pragniemy
głosząc jako prawdy wciąż to nowe kłamstwa...

Znienawidzić siebie - nie trudna to sztuka.
Trudniej jest pokochać własne ułomności.
Jak miecz znajdzie każdy ten, kto miecza szuka,
nie każdy dojrzeje do życia w miłości...

Czy śpieszyć pod topór kata w głębi swego?
Czy czekać, aż płomień pochodni wygaśnie?
Wybacz me pytania, nie rozumiem tego.
Odpowiesz mi na nie później, kiedy zasnę...