na ulicy pszenicznej gdzie niebo
szturcha łoskotem leniwych kół
a ckliwe latarnie jak zapałki
podtrzymują ciężkie powieki miasta

jakaś dziewczyna z jakimś chłopakiem
fałszują radośnie w takt pomylonych stóp
targają za siebie dowody tożsamości
narzuconej im przez sinobrodego piasta

nie znają się na modzie ulegają
chwilowej poezji która rankiem okaże się
nie na ich kieszenie w osobnych celach
już tam nauczą ich jak się hymn śpiewa